Moc dobrych rzeczy

208
FOTO: PEXELS.COM

To nieprawda, że na świecie jest mniej dobra niż kiedyś. Jest go tyle, co zawsze, tylko trzeba świadomie go wyglądać. Jeśli wierzysz, że przydarzy ci się coś dobrego, to tak właśnie będzie!

Z tą pompatyczną deklaracją wystąpiła Młodsza przy kolacji słuchając mojej tyrady na temat szkodliwości czytania newsów. Chyba wymknęło mi się coś w stylu, że dzieją się dzisiaj same straszne rzeczy, a serwisy informacyjne są ze sobą w zawodach, komu uda się poinformować w ciągu doby o większej liczbie katastrof, nieszczęść, a zwłaszcza oszustw i celowego działania na szkodę innych.
– Udowodnię ci to! – wystąpiła Młodsza z konkretną propozycją. – Mieliśmy dzisiaj popołudnie z gorącą czekoladą w szkole?
– O, a mieliście? – zareagowałam.

– Super, nawet o tym nie pamiętałaś – westchnęła z goryczą. – Tak, mieliśmy. Dostawało się od nauczyciela na ostatniej lekcji kuponik, szło się na stołówkę i tam wydawali ci kubek z napojem. Bez bitej śmietany co prawda, ale za to z marshmallowsem. Po jednym. A ja dostałam ich dwa! Aha! A wiesz dlaczego?
– Nie i nigdy się tego nie domyślę – zapewniłam ją.
– Bo wierzyłam, że ta dobra rzecz może mi się przytrafić. Więcej, ja ją aktywnie do siebie przywoływałam!
– Marshmallowsy do siebie przywoływałaś? – odrobinę się zdumiałam.
– Tak. Bo w obliczu tygodnia wypełnionego zaliczeniami semestralnymi to jedyne dobre rzeczy w moim obecnym życiu.
– Wow. To ciężkie masz to życie.
– A żebyś wiedziała. Ale w przeciwieństwie do ciebie nie tracę wiary, że dobre rzeczy istnieją i tylko należy pamiętać o tym, by… o nich pamiętać! Nic więcej.
Powyższa wymiana mądrości na temat dobra na świecie nie przeszkodziła mojej córce już kilkanaście minut później przejść w stan zgoła odmienny od filozofowania, że wystarczy tylko wierzyć i chcieć, a będzie nam dane. Podręcznik do fizyki wylądował na kratce wentylacyjnej w celu wysuszenia, tak obficie został zlany łzami rozpaczy nad tym, że zadania na teście na pewno będą z kosmosu i nie ma nawet sensu się uczyć ani hodować w sobie nadziei, porażka jest przecież zapisana w gwiazdach.
Młodsza odmaszerowała dzisiaj rano do szkoły, humor wciąż miała wisielczy i to mimo, iż dostała na śniadanie kakao z bitą śmietaną oraz marshamallowsem (sic!), a do mnie powracają jej słowa, niby trywialne i wyświechtane – jak powiedziałaby moja mama – a jednak mocne.
Za chwilę wieczór, na który wielu z nas czeka ze szczerą radością i niecierpliwością. Miła jest wizja nie tylko odświętnego stołu zastawionego wigilijnymi specjałami, ale i nas samych. Też odświętnych, uroczystych, a przede wszystkim dobrze myślących o sobie. Że mimo tych paru wad, jakie posiadamy – a ktoś ich nie ma? – to jednak jesteśmy w porządku. Staramy się. O coś nam w życiu chodzi. Coś nam się, mimo porażek, a nawet prześladującego nas pecha, udaje. Od czasu do czasu przynajmniej. Znaczy to, że jeśli faktycznie jest gdzieś ten Bóg, co to nam się dzisiaj znów rodzi, to rodzi się po to, byśmy poczuli, jak klepie nas przyjaźnie po plecach i mówi: Widzisz? Nie trać wiary. Ten świat nie jest taki zły. Masz w życiu więcej, niż ci się wydaje. Musisz to tylko dostrzec.
Pamiętam zupełnie inną rozmowę ze starszą córką sprzed lat.
– Życie jest okropne i im szybciej się z tym pogodzimy, tym lepiej – zakomunikowała właśnie przed świętami. Miała naście lat i plakat ulubionej grupy rockowej nad łóżkiem z tak hardkorową stylizacją artystów, że jej młodsza siostra przestała (ze strachu) wchodzić do jej pokoju.
– Po co w ogóle te święta? – prychała. – Żeby się wystroić i udawać, że jest się lepszym niż naprawdę? I wierzyć, że od samej wiary coś się może naprawdę zmienić? Właśnie dlatego, że ludzie tylko wierzą i wierzą, ale nic nie robią, to nie ma żadnych zmian!

Przykro mi było tego słuchać, ale i trudno polemizować z tą czarną wizją człowieka i ludzkości. Zdawałam przecież sobie sprawę, jak wiele opinii powtarzanych przez moje dzieci było i do dziś jest w istocie moimi własnymi słowami, które wychwyciły z zasłyszanych lub podsłuchanych rozmów. Wiedziałam nadto, że młodość w swoim najbardziej dramatycznym i radykalnym wydaniu, spowita w płaszcz z emocji i buntu dojrzewania, posiada wybitny talent do budowania rzeczywistości wyłącznie z klocków skrajności. Białe obok czarnego. Wszyscy albo nikt. Pełnia lub pustka.
Nie pamiętam, czy jej wtedy odpowiedziałam od razu. Może poszłyśmy na kawę lub na zakupy. W najtrudniejszych chwilach wychowawczych, gdy brakuje mi słów, staram się przynajmniej być obok. Trywialne, wyświechtane sytuacje, te z rodzaju codziennych i regularnie uprawianych, są, moim zdaniem – i w przeciwieństwie do trywialnych mądrości – rzeczą niezwykle cenną i przydatną. Pozwalają czasem przetrwać to, co w przeciwnym razie byłoby nie do zniesienia.
W którymś momencie jednak Starszej odpowiedziałam.
– Człowiek, który nie traci wiary, że zmiana jest możliwa, jest bardziej skłonny przyłączyć się do działania lub nawet zainicjować działanie na rzecz tej zmiany, gdy pojawią się odpowiednie warunki. I wiesz co? Może właśnie o to chodzi? – podzieliłam się z nią moim przemyśleniem. Prawdopodobnie nie odpowiedziała. Były to ponure czasy wyłącznie dekonstrukcji i kontestacji.
Dokładnie to samo powtórzyłam dziś rano Młodszej wysadzając ją pod szkołą. Obiecałam też, że będę za nią trzymać kciuki podczas klasówki z fizyki tak mocno, aż mi zdrętwieją dłonie. Westchnęła ciężko, jakby usiłowała zrzucić z piersi wór kamieni. W przeciwieństwie do swojej siostry przed laty ona jednak odpowiedziała:
– Jak mi nie pójdzie, to przecież nie będzie końca świata. Będą inne okazje, żeby mi poszło lepiej, prawda?
Życzę Państwu, byście spędzili nadchodzące święta nie tracąc wiary, że życie ma dla Was w zanadrzu moc dobrych rzeczy. Czasami trzeba tylko na nie trochę poczekać.