Moja fotografia jest przedłużeniem życia

383
ZDJĘCIA: ARCHIWUM TOMASZA MASŁOWSKIEGO

Aleksandra Ziółkowska-Boehm rozmawia z Tomkiem Masłowskim o "małejPOLSCE"

Co to jest małaPOLSKA?

– małaPolska – to jest internetowy kanał na You Tube ze zbiorem ponad 140 filmów dokumentalnych o ludziach pochodzenia polskiego w Ameryce. Na filmach znajdują się głównie relacje z polskich wydarzeń artystycznych, filmy o artystach: malarzach, rzeźbiarzach, rozmowy w ich studiach, mieszkaniach, podczas recepcji na ich wystawach, koncerty grup muzycznych, rozmowy z pisarzami, poetami, biznesmenami, itp. (link do strony mP: https://www.youtube.com/channel/UC90ZygJK2fpEtlFtPpkr2EQ/videos ).

Skąd wziął się taki pomysł na małąPolskę, jakie były początki?

– Od mniej więcej 2000 roku odwiedzałem rozmaite imprezy; otwarcia galerii z wystawami artystów malarzy, fotografów, rzeźbiarzy, odczyty, koncerty, spotkania z interesującymi ludźmi. Bywałem w Nowym Jorku nawet kilka razy na tydzień w polskich placówkach kulturalnych, np. w redakcji (jeszcze na Manhattanie) „Nowego Dziennika” (galeria Artes pokazywała nową wystawę w każdy pierwszy czwartek miesiąca), w redakcji „Kuriera Plus” na Brooklynie, w Księgarni Literackiej na Java Street, na Greenpoincie (gdzie właściciel organizował spotkania z autorami książek i albumów), w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie, w kościołach, w domach prywatnych, w restauracjach.

Poza tym bywałem w galerii przy Polskiej Szkole w Clark (gdzie zawsze w pierwszy piątek miesiąca było otwarcie nowej wystawy) i w Galerii Druch Studio w Trenton, NJ, gdzie Ryszard Druch organizował swoje słynne Salony Artystyczne (w soboty albo w niedziele), na które zapraszał znakomitych gości.

Głowa na talerzu

Fotografowałem happeningi, w nowo otwartej restauracji „Klimat” na dolnym Manhattanie, czy spotkania w restauracji „Kredens”, koncerty „Budki Suflera” w nieistniejącym już Roseland Ballroom (Manhattan, NYC, 2009), czy Lady Pank w Melrose Ballroom (2011, Queens, NYC).

Po jakimś czasie założyłem portal internetowy małaPOLSKA, składający się głównie z fotografii z tych właśnie imprez i portretów artystów.

Po dziesięciu latach zgromadziłem duże archiwum fotograficzne, i wydałem (papierowy) album fotograficzny pt. „POLACY W AMERYCE/POLISH PEOPLE IN AMERYKA”, 2010 ( https://www.blurb.com/b/1928655-polish-people-in-america ). Album zawierał portrety i biogramy 400 ludzi głównie z Nowego Jorku i okolic.

Rok później wydałem mniejszy już album z portretami 100 Polaków pt. POLACY W AMERYCE  NEW JERSEY, 2011 ( https://www.blurb.com/b/2756318-polacy-w-ameryce-new-jersey). Tym razem album zawierał 100 portretów ludzi z Trenton i okolic ze stanu New Jersey.

Ukończył Pan studia na Akademii Górniczo-Hutniczej (AGH) w Krakowie. Jak zaczęła się Pana przygoda i pasja z fotografią?

– Myślę, że byłem fotografem całe swoje życie. Tak naprawdę zacząłem fotografować w szkole średniej, ukończyłem IV Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Krakowie, klasę z profilem matematyczno-fizycznym. Potem studiowałem na AGH na Wydziale Elektrycznym, na kierunku elektronika.

Pierwszą ciemnię fotograficzną miałem w piwnicy mojej mamy w jej mieszkaniu. Po każdej wycieczce w góry (np. Dolina Pięciu Stawów Polskich w Tatrach, Babia Góra w Beskidzie Żywieckim, czy Turbacz w Gorcach) drukowaliśmy czarno-białe fotografie z Anią Stróżewską. Połowę życia spędziłem w ciemniach fotograficznych, a potem przy komputerze pracując z Photoshopem.

Historia wilka

Kto był Pana inspiracją? Jakie są Pana związki z Krakowem?

Moją pierwszą fotograficzną inspiracją była moja ciocia-babcia Anna Masłowska. Skończyła farmację na Uniwersytecie Jagiellońskim i pracowała w Aptece pod Barankiem, która należała do jej taty – Mieczysława Masłowskiego na Małym Rynku w Krakowie. Apteka należała do naszej rodziny już w okresie międzywojennym  – aż do upaństwowienia apteki przez komunę w 1956 roku.

Mój dziadek – Stanisław Masłowski, oficer WP – został zamordowany w Katyniu (kwiecień albo maj 1940) przez sowieckich bandytów (z rozkazu Stalina). Nigdy dziadka osobiście nie poznałem. Znam go natomiast ze starych, pięknych fotografii jego siostry, mojej cioci-babci – Anny Masłowskiej. Jak na swoje czasy, Anna Masłowska była bardzo „nowoczesna fotograficznie”. Używała aparatu fotograficznego na statywie i z samowyzwalaczem, i często sama pozowała na swoich fotografiach. Zrobiła również całą serię fotografii z wnętrza Apteki pod Barankiem, co dzisiaj nazwałbym fotografią w miejscu pracy, tzw. environmental portrait. „Obfotografowała” wszystkich członków Rodziny Masłowskich i ich życie w Krakowie. Na jej fotografiach widać jak byli ubrani, jak mieszkali. Są stare fotografie z wnętrza Apteki z równiutko poukładanymi ampułkami na półkach, z kolumną, o którą opiera się mój pradziadek – Mieczysław, z piękną ozdobną inkrustowaną kasą, wagą i z całą załogą apteki.

Ta Apteka istnieje do dzisiaj, ma te same meble w środku, być może nawet jest tam to samo lustro w którym kiedyś zrobiła sobie autoportret młoda wtedy Anna. Dzięki niej mogę zobaczyć świat, który odszedł już do wieczności, i żyje jeszcze tylko na starych fotografiach mojej cioci-babci.

Ciocia-babcia dożyła 96 lat i opowiedziała mi wszystkie historie rodzinne, dzięki jej opowieściom i archiwalnym fotografiom – mogę sobie wyobrazić moich przodków. Baranek – który znajdował się nad głównymi drzwiami Apteki – jest teraz w Muzeum Farmacji na ulicy Floriańskiej, razem z różowymi ampułkami z Apteki Mieczysława Masłowskiego (zawsze myślałem, że te ampułki były czarno-białe…).

Po latach, głównie z tych archiwalnych fotografii mojej cioci-babci Anny Masłowskiej, ze starych dokumentów, listów, pocztówek, dyplomów uniwersyteckich – złożyłem książkę o moim dziadku – Stanisławie Masłowskim w charakterze mojego hołdu dla niego ( https://www.blurb.com/b/3286632-stanislaw-maslowski-katyn-1940 ).

Sto lat później – stojąc w tych samych miejscach z których ciocia fotografowała Stary Kraków – czuję ponadczasowość fotografii, to że łączy ona Przeszłość z Przyszłością. Nie byłoby mnie tutaj bez moich Przodków, a teraz oni mogą jeszcze raz zaistnieć dzięki mnie, choćby tylko na stronach książek czy w moich filmach.

Odbicie w lustrach

Wszystko tak szybko się zmienia. Ludzie odchodzą do wieczności. I to właśnie jest mój koncept fotografii: Moja fotografia ma „zakonserwować” ludzi, zatrzymać czas na obrazie i przesłać go do przyszłości. Moja fotografia jest przedłużeniem życia poza śmierć fizyczną, nadaje ludziom ponadczasowość, a może nawet nieśmiertelność…

Jest Pan także autorem filmów, jak się zaczęła Pana kolejna pasja?

– W pewnym momencie zrozumiałem, że nie można wszystkiego sfotografować. Np., jak sfotografować kogoś kto śpiewa albo tańczy? Kogoś kto recytuje wiersz albo opowiada o tym, jak walczył w Powstaniu Warszawskim? I wtedy mnie olśniło. Zrozumiałem, że jest tylko jedna lepsza rzecz od fotografii, i to jest film. Film jest fotografią w ruchu i z dźwiękiem.

Na czym polega Pana filmowa praca? Jak się Pan przygotowuje?

– Jadę na miejsce do tego człowieka, o którym będzie film, do jego studia, tam gdzie pracuje, czy do jego domu, wybieramy ciekawe miejsce (fotel, półka z książkami, kanapa), ustawiam kamery na statywach, światła, i zaczynamy rozmowę. Może to być monolog, albo rozmowa. Czasami, jeżeli jest to ktoś znany i wybitny, z dużym dorobkiem artystycznym, muszę się do takiej rozmowy przygotować. Nie można zadawać inteligentnych pytań nie wiedząc nic o twórczości danego człowieka.

W wypadku np. artysty malarza – przechodzimy z kamerą od obrazu do obrazu, albo nagrywam jak maluje czy rysuje coś szybkiego w time lapse’ie. Poeta czy pisarz może coś przeczytać do kamery, muzyk może coś zagrać, itd. Sesja nagraniowa trwa zwykle 3-4 godziny, żeby potem można z tego materiału zrobić np. 50-cio minutowy film dokumentalny.

Po powrocie przeglądam nagrania i wybieram najlepsze fragmenty. Edycja trwa bardzo długo, bo nie da się  np. „przyspieszyć” czyjejś wypowiedzi, trzeba cierpliwie to oglądać wiele razy, potem dodać tytuły, podpisy, komentarze, i ewentualnie załączyć fotografie na filmie. Film jest gotowy zwykle do tygodnia po nagraniu, i zamieszczony na kanale mP na YT.

Kogo na przykład ma Pan w swojej kolekcji na mP?

– Chyba najbardziej znaną postacią prezentowaną na (dziewięciu!) filmach na mP jest Mistrz Andrzej Pityński. Filmowałem Pityńskiego przez 15 lat, odwiedzałem go w jego studio, chodziliśmy razem do restauracji na rozmowy, byłem na jego spotkaniach, wykładach, i wreszcie wydałem o nim książkę pt. Mistrz Andrzej Pityński – Rzeźbiarz Naszych Czasów  https://www.blurb.com/b/2616378-mistrz-andrzej-pitynski . Ta książka o Pityńskim jest katalogiem jego rzeźb, płaskorzeźb, medali, rysunków – oczywiście wszystkie fotografie są tylko i wyłącznie moje. Sfotografowałem osobiście większość jego rzeźb monumentalnych w USA i w Polsce. Z tej książki zrobiłem film w charakterze „slide-show” z jej stron, który jest zamieszczony na mP https://youtu.be/oVY1Q1u3Hrw .

Inni interesujący ludzie uchwyceni na filmach na mP to np. Ryszard Druch – organizator Salonów Artystycznych i artysta malarz, Tadeusz Turkowski – znakomity recytator poezji polskiej, Tadeusz Parzygnat – rzeźbiarz w drzewie, Lubomir Tomaszewski – rzeźbiarz (kamień, drzewo, miedź), uczestnik PW i malarz ogniem, Andrzej Wala – poeta, Ryszard Semko – artysta malarz, i wiele innych.

Poza tym, odwiedzając stronę mP, można zwyczajnie posłuchać muzyki. Każdy znajdzie coś dla siebie. Są tam filmy z koncertów Budki Suflera, Lady Pank, Krzysztofa Krawczyka, Rubika, Arturo Romay, Reverse, muzyka z kabaretu Chapeau Bas, Dorota Huculak, Green Secret, Open Way, Gringo Duet, i wiele innych. Na mP są również relacje z muzeów, parków, pielgrzymek, z polskich wydarzeń takich jak „Noc Świętojańska” czy spotkanie w Central Parku pod pomnikiem Króla Jagiełły na Wielkanoc.

Kamień

Proszę opisać stronę „małaPOLSKA” i kto może się na niej znaleźć?

– małaPOLSKA – tj. kanał na You Tube który jest dla każdego, kto ma coś do pokazania, coś do opowiedzenia. Najbardziej „fotogeniczni” są oczywiście artyści; malarze, rzeźbiarze, muzycy, pisarze, ludzie którzy przeżyli wojnę, ktorzy mają jakąś ciekawą historię do przekazania.

Jest takie powiedzenie że „każdy ma swoją opowieść”. Kiedy np. idę do fryzjera, Marc opowiada mi o tym, kogo ostatnio zabili, dlaczego i w jaki sposób, kogoś kto przychodził strzyc się do tego właśnie zakładu fryzjerskiego. Dla mnie to jest interesująca opowieść, tylko Marc nie chce mi pozwolić się sfilmować bo ukrywa się przed swoimi żonami.

Tematem filmu na mP może to być właściciel restauracji czy sklepu, albo inny biznesman, który chce zareklamować swoją działalność w krótkim filmie dokumentalnym. I w końcu mogą to być ludzie którzy już odeszli do wieczności, ale jest ktoś, kto chciałby żeby pozostał po nich jakiś ślad, nawet jeżeli ma to tylko być w postaci filmu składającego się ze starych fotografii.

Czy ludzie mający mający ciekawą opowieść o swoim życiu, czy swojej rodziny i chcący ją utrwalić– mogą zgłaszać się do Pana?

– Zachęcam serdecznie. Niech się zgłaszają pod adres: [email protected]

Poza fotografią i filmem (podobno?) pisze Pan opowiadania…

– Od wielu lat prowadzę pamiętniki, opisuję zdarzenia w postaci krótkich esejów. Ostatnio zacząłem składać te wolne opowiadania w jedną całość i planuję wydanie książki autobiograficznej (non fiction) która będzie zbiorem stu opowiadań. Książka pt. Z POLSKI DO AMERYKI * ZASADA DRUGICH SZANS – będzie zorganizowana na lini czasu w ten sposób, że każde opowiadanie może być czytane oddzielnie, a jednocześnie wszystkie razem tworzą całość. Podtytuł – ZASADA DRUGICH SZANS – to jest właśnie coś, co dopiero zrozumiałem niedawno. Większość z nas najpierw jest dzieckiem, a potem jest rodzicem, najpierw jest pracownikiem u kogoś, a potem jest pracodawcą, najpierw jest lokatorem a potem jest właścicielem domów i sam je wynajmuje lokatorom. Chodzi o to, że mamy zawsze potem w życiu jeszcze drugą szansę, żeby przeżyć tą samą sytuacje ale już z innego punktu widzenia, może z większym doświadczeniem, może z możliwością zmiany i większej kontroli zdarzeń. Wtedy możemy „naprawić” coś, co stało się złego w naszej przeszłości.

Dziękuję za rozmowę.

***

Kamila na rowerze

Tomek Masłowski

Fragmenty przygotowywanej książki

MOJE NIEBEZPIECZNE DZIECIŃSTWO (1978) – czyli zjeżdżalnia, dżem truskawkowy, majtki Sylwi i tory kolejowe

PINGWINY – czyli nowoczesne metody terroru

Uciekłem z 5 przedszkoli krakowskich i w końcu mama oddała mnie na przechowanie do przedszkola „na Skałce”, które było prowadzone przez siostry zakonne. Siostry przebrane były w czarne habity z białym, okrągłym, plastikowym kołnierzem pod szyją. Wysoki kamienny mur – którego nie mogłem przeskoczyć – stalowe kraty w oknach i ciężkie skoble w drzwiach zamykane na szyfr sprawiały, że tym razem nie mogłem stamtąd uciec. Pingwiny torturowały nas różnymi metodami. Stałem godzinami w kącie twarzą do ściany, albo klęczałem na twardej drewnianej podłodze z wyciągniętymi do przodu rękami. Pingwiny biły mnie po otwartych dłoniach różańcem z koralikami tak, żeby nie zostawiał śladu, i żebym nie mógł tego później pokazać rodzicom, którzy i tak by mi w to nie uwierzyli. Zostaliśmy wszyscy trwale uszkodzeni na całe życie. Dla dwóch moich kolegów z tego przedszkola nie było już ratunku. Zostali potem księżmi. Jednym z nich jest Emil Furtak a imienia drugiego nie pamiętam. Zapamiętałem Emila, bo biliśmy się z nim o to, kto dzisiaj będzie całował się z tą dziewczynką z długimi czarnymi warkoczami, w krótkiej spódniczce, i wysoko podciągniętymi podkolanówkami. Emil zwykle przegrywał. Kiedy nadszedł mój ostatni dzień więzienia w przedszkolu na Skałecznej, poszliśmy z tatą na lody do pobliskiej kawiarni. Zablokowałem większość wydarzeń z tego czasu. W pingwiny nie wierzę.

MAMA I PRZYGODY W SZKOLE – czyli czy ubrałeś kalesonki?

W szkole biliśmy się z chłopakami z 7 „be”, którzy byli dużo głupsi, ale za to dużo silniejsi od nas. Kiedyś dotknąłem „niechcący” dużych piersi Danki Radwańskiej, która „chodziła” z Ćwiertniakiem. Złapali mnie potem w korytarzu szkolnym i razem z „Dźwigiem” i kilkoma innymi kolesiami – pobili mnie w równej walce w sześciu na jednego. Miałem wtedy chyba złamany nos, podbite na zielono oczy i rozbitą wargę w dwóch miejscach. Mamie oczywiście powiedziałem, że zderzyłem się ze słupem od jakiejś latarni, kiedy biegnąc do uciekającego mi tramwaju, walnąłem w niego głową. Dopiero jak zacząłem chodzić na judo, zrozumiałem że jestem całkiem silny, tylko muszę przestać się bać i zacząć się bronić. Już po kilku treningach tak uwierzyłem w siebie, że najpierw kopnąłem „Dźwiga” tak, że ten zemdlał, a potem przerzuciłem Ćwiertniaka jakimś chwytem przez biodro, i tamten spadł na ziemię i jeszcze długo turlał się po schodach na sam dół. Za kopnięcie „Dźwiga” zostałem wezwany do pokoju nauczycielskiego i po długiej rozmowie – pani dyrektor wezwała moich rodziców do szkoły. Mama nie mogła uwierzyć, że zrobił się ze mnie taki bandyta, a tato był ze mnie chyba nawet trochę dumny. Z taką reputacją, prosto po rozmowie z dyrektorką szkoły, zyskałem nowy szacunek wśród kolegów. Zauważyły mnie też po raz pierwszy dziewczyny z klasy. Nawet Danuśka zaczęła się do mnie uśmiechać i wyprężać swoje duże piersi, ale ja tym razem – nauczony przykrym doświadczeniem – trzymałem już swoje ręce przy sobie.

Kiedy indziej, kiedy stałem na przystanku tramwajowym z kolegami, podeszła do mnie niespodziewanie mama.

– A czy ubrałeś kalesonki? – zapytała mnie mama przy wszystkich moich kolegach.

– Tak, mam trzy pary – odpowiedziałem i spaliłem się ze wstydu widząc jak moi koledzy zakrywają sobie usta rękami, żeby nie parsknąć śmiechem.

– A szaliczek ubrałeś? – kontynuowała przesłuchanie przy świadkach mama.

Ponieważ byłem wielkim przywódcą bandy – Janosikiem, więc trochę było mi wstyd, że chłopcy z mojej bandy właśnie dowiedzieli się, że założyłem dzisiaj trzy pary kalesonek. Moja mama miała taki delikatny sposób zawstydzania mnie przy wszystkich. Włożyła potem swoją zimną rękę za moją koszulkę i dotknęła moich pleców.

– Nie goń tak, bo się przeziębisz. Jesteś cały spocony – skarciła mnie mama na koniec przy wszystkich.

Zwykle kiedy mama wracała z wywiadówek, robiła mi straszną awanturę. Jak zwykle na wywiadówce okazywało się, że nie wiedziała o połowie moich przestępstw popełnionych w szkole, bo podrabiałem jej podpis w dzienniczku szkolnym z zawiadomieniami od pani Jędrych o moim złym zachowaniu. We wtorki podpisywał mi dzienniczek tato. Potem jeszcze z Jurkiem Siewiorkiem zostaliśmy wyznaczeni przez panią Jędrych do opieki nad klasowym akwarium. Codziennie rano dawaliśmy im jeść, co tydzień wymienialiśmy im wodę. Na zajęciach praktyczno-technicznych zrobiliśmy do niego oświetlenie z dwóch żarówek, które zakładało się na górę akwarium w charakterze klosza. Podświetlone pięknie rybki pływały szczęśliwe pokazując wszystkim swoje kolorowe płetwy. Pani nauczycielka postawiła nam piątki. Na drugi dzień przychodzimy rano do klasy, a tu w akwarium bulgoce gotująca się woda, rybki pływają martwe na powierzchni zabite wysoką temperaturą. Jak się okazało – żarówki z naszego oświetlenia urwały się i wpadły do wody podgrzewając ją przez noc do temperatury wrzenia. Tak gotująca się zupa rybna zakończyła naszą karierę opieki nad klasowymi rybkami. Mam tylko nadzieję, że zanim te rybki zagotowaly się wtedy w tym akwarium, zostały najpierw porażone i zabite prądem 220 V dopływającym do żarówek z naszego projektu. Pani nauczycielka z zajęć praktyczno-technicznych – wymazała nam piątki gumką z dziennika.

ZAKOŃCZENIE – czyli tylko On nas żałował

Jeżdżąc na rowerach po torach kolejowych, szukając skarbów w okolicznych śmietnikach, grając na betonowych parkingach w piłkę, walcząc z bandą Artka Kubackiego na miecze zrobione z choinek, podglądając pół-nagie dziewczyny na Bagrach, bawiąc się wśród wykopów wypełnionych wapnem na pobliskich budowach – nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństw czychajacych na nas przy przekraczaniu ruchliwych ulic i torów kolejowych pobliskiej stacji – przeżyłem najlepszy czas swojego życia – moje niedopilnowane dzieciństwo. Nikt mną się nie przejmował. Przeżyłem tortury pani Wojewskiej na fotelu dentystycznym i znęcanie się mojej szkolnej wychowawczyni pani Aureli Jędrych, która teraz za takie coś znalazła by się w więzieniu. Często w zimie jeszcze po ciemku, czekałem na tramwaj na przystanku w temperaturze -27 C. W dwumetrowych zaspach śniegu szedłem do szkoły na piechotę na ósmą rano. Graliśmy w klasy skacząc po narysowanych kolorową kredą polach, w chowanego, w podchody, w dwa ognie, w noża, w gumę i w kapsle pstrykając je po wijących się trasach na asfalcie pobliskiego parkingu, po kolejnej telewizyjnej transmisji rowerowego „Wyścigu Pokoju” (…)