Moja pierwsza praca w USA

943
FOTO: EPA

„Stawka wynosiła 5 dolarów na godzinę. Pamiętam doskonale, bo była to połowa kwoty, jakiej się spodziewałam” – wspomina pierwsze zarobki w USA Kamila. Zaczynała od pracy kasjerki w warzywniaku. Po kilku tygodniach została zwolniona, bo nie zgodziła się na randkę z szefem. Było to 19 lat temu. Współcześni polscy imigranci często otrzymują oferty, gdzie zarobki przekraczają 100, a nawet 200 tys. dolarów rocznie. W sumie, jak oblicza Pew Research Center, zatrudnienie w USA ma ponad 27 mln cudzoziemców. Większość, bo 21 mln, pracuje legalnie.

Prawie połowa z wszystkich imigrantów mieszka w trzech stanach: Kalifornii, Teksasie i Nowym Jorku i to tutaj przede wszystkim szukają zatrudnienia. Największe szanse na wyższe zarobki, i tu bez zaskoczenia, mają osoby znające język angielski i posiadające odpowiednie dokumenty. Szacuje się, że tylko co trzeci cudzoziemiec zostający w USA posługuje się językiem angielskim w stopniu bardzo dobrym.

SKLEP ALBO BUDOWA

Roman kończy w tym roku 40 lat. Od 20 mieszka w Stanach Zjednoczonych. Przeprowadził się tutaj z Kolbuszowej na Podkarpaciu. Dołączył do swojej mamy, wtedy już amerykańskiej obywatelki. „Dzięki temu, miałem zieloną kartę i o wiele łatwiejszy start emigracyjny niż osoby, które przyjeżdżają same, w dodatku tylko na wizie turystycznej” – uważa Roman. Przyleciał w czerwcu. Od września miał rozpocząć kursy językowe. Wcześniej chciał zarobić na swoje wydatki. „Pamiętam, jak mama przyniosła do kuchni polską gazetę z zaznaczonymi ofertami pracy. Miałem do wyboru sklep spożywczy albo budowę. W tamtym momencie kompletnie nie liczyło się to, że mam pozwolenie na pracę. Nie znałem angielskiego, więc nie mogłem zwrócić się do żadnej amerykańskiej firmy” – opowiada nasz rozmówca. Wybrał sklep. Polskie delikatesy na Brooklynie. „Już nie pamiętam dokładnie, jaka była stawka godzinowa, ale myślę, że ok. 5-6 dolarów. Może mniej? – zastanawia się Roman. – Pierwsze polecenie – i jak się później okazało przedostatnie – brzmiało: ‚pomapuj’ posadzkę. Niby nic trudnego, a jednak okazało się, że robię to, zdaniem mojego przełożonego, fatalnie. Później kazał mi układać towar na półkach. Polskie ogórki, pasztety, paprykarze. Po kilku godzinach poszedłem do toalety. Gdy wróciłem, dostałem ochrzan, że oddaliłem się z miejsca prac bez pozwolenia, dlatego moja dniówka zostanie pomniejszona o jakąś tam kwotę. Dokładnie nie pamiętam, jaką. Zacząłem się śmiać, no i to chyba najbardziej zdenerwowało menedżera, bo stwierdził, że ja do tej roboty się nie nadaję. Nie zaprzeczyłem, bo faktycznie to nie było moje powołanie. Tak więc moje pierwsze zatrudnienie w USA trwało mniej niż sześć godzin, zarobiłem ok. 30 dolarów, a następnego dnia zostałem pomocnikiem na budowie” – wspomina nasz rozmówca. Obecnie funkcjonariusz nowojorskiej policji.

WARZYWNIAK, KAWIARNIA, PIEKARNIA

Sklep spożywczy w dzielnicy Borough Park na Brooklynie był też pierwszym doświadczeniem zawodowym Kamili. 39-latka mieszka w USA od kilkunastu lat. „Wychowywałam się na amerykańskich serialach. ‚Dynastię’ i ‚Beverly Hills’ do tej pory mam w jednym paluszku. W Nowym Jorku od jakiegoś czasu mieszkała moja ciocia. Pewnego dnia zapytałam, czy mogłabym przylecieć do niej na wakacje” – wspomina Kamila. Była wtedy studentką Uniwersytetu Śląskiego. „Jeszcze w Polsce podpytałam znajomych, ile można zarobić w USA. Kwoty padały przeróżne. Nawet kilkanaście dolarów na godzinę, a to było przecież 19 lat temu. Uwierzyłam i obliczyłam, że w ciągu trzech miesięcy zarobię co najmniej 5 tys. dolarów. Zakładając, że będę pracować po 10 godz. dziennie. Rzeczywistość okazała się inna. Po pierwsze, znalezienie pracy zajęło mi dwa albo trzy tygodnie. W końcu się udało w warzywniaku na stanowisku kasjerki. Stawka godzinowa – 5 dol. Pamiętam doskonale, bo pomyślałam sobie, że jest to połowa kwoty, której się spodziewałam. Pracowałam od 8 do 10 godzin dziennie. Atmosfera była fatalna. Do tego stopnia stresowałam się, że jadąc autobusem do pracy, marzyłam, by nastąpił w sklepie wybuch gazu albo wydarzyło się cokolwiek, co sprawi, że już nie będę musiała tam być. Pracowałam w warzywniaku ok. 5 tygodni. Codziennie rano zaczynałam od sprawdzenia, jak zmieniły się ceny warzyw i owoców. Do tej pory nie wiem, czym kierowali się właściciele, zmieniając co chwila ceny. Miałam kilkanaście minut, by wyuczyć się ich na pamięć. No a później początek zmiany. Zostałam zwolniona, bo nie chciałam się umówić z szefem. Szczerze? Ulżyło mi, bo samej głupio było mi rzucić pracę. Nie chciałam rozczarować cioci. Kolejne wakacyjne zatrudnienie to kawiarnia na Greenpoincie, gdzie pierwszy raz w życiu musiałam mieszać mięso na hamburgery. Może to śmieszne, ale już wtedy byłam wegetarianką i myślałam sobie: co ja robię dla pieniędzy? Nie wytrzymałam tam zbyt długo, przede wszystkim dlatego, że praca była na nocną zmianę – od 22 do 6 rano. Mieszkałam na Bay Ridge (Brooklyn) i sam dojazd był uciążliwy. Ostatni miesiąc wakacji przepracowałam we włoskiej piekarni i najlepiej wspominam właśnie to miejsce, choć było potwornie nudno. Za to spokojnie – nikt na nikogo nie krzyczał – opowiada Kamila. – Przeżyciem był 11 września. Pamiętam, jak koledzy pracujący w kuchni zawołali nas na zaplecze i na malutkim telewizorku oglądaliśmy te przerażające wydarzenia. Było już po południu, gdy do sklepu weszła nasza stała klientka, cała obsypana białym pyłem. Okazało się, że pracowała w jednej z wież, teraz już nie pamiętam w której, i jakby nigdy nic kupiła chleb. Była w tak wielkim szoku, że nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co się stało. Mówiła, że wraca na piechotę z dolnego Manhattanu i nie ma pojęcia, czy jutro ma iść do pracy, czy też nie, bo nikt w biurze nie odbiera telefonu. Nie docierało do niej, że nie tylko nie ma już biura, ale całego wieżowca, w którym się mieściło. Gdy tuż przed moim wyjazdem rozmawiałam z nią o tym, przyznała, że nie pamięta, jak dotarła do domu. A inne wydarzenia z tego dnia wspominała jak przez mgłę” – mówi Kamila. Jej pierwszy amerykański zarobek wyniósł mniej niż 2 tys. dolarów. W Polsce pomieszkała kilka lat i ponownie przyjechała do USA, bo tak bardzo zauroczył ją Nowy Jork. W dodatku wylosowała zieloną kartę. Obecnie pracuje jako główny menedżer w ekskluzywnej restauracji na Manhattanie. 2 tys. dolarów wynosi jej tygodniówka. Jak mówi, „amerykański sen” spełnia, ale dopiero od pewnego czasu.

PRACA I ZWIEDZANIE

W niewielkim miasteczku Wisconsin Dells w stanie Wisconsin ubiegłoroczne wakacje spędzała Sylwia, studentka pedagogiki na Uniwersytecie Rzeszowskim. Praca była legalna, bo w ramach programu Work and Travel. Dostała zatrudnienie jako ratowniczka wodna w parku położonym w popularnym resorcie. Zarabiała 8,5 dol. na godzinę, czyli ponad dolara więcej, niż wynosi w tym stanie minimalna stawka godzinowa. Tygodniowe zakwaterowanie kosztowało ją mniej niż 100 dol. Mieszkała na terenie resortu. „Myślę o tym, aby przeprowadzić się do Stanów Zjednoczonych, ale chciałabym zamieszkać tam legalnie. Z programu Work and Travel korzystałam pierwszy raz. Na kilka miesięcy dostałam wizę typu J-1, czyli tzw. exchange visitor visa, i mogłam bez problemów zarabiać, a do tego zwiedzać ten piękny kraj. Sporo uczestników programu pochodzi właśnie z Polski” – zauważa Sylwia. Pracowała 30 godzin tygodniowo, a więc zarabiała 255 dol. „Wiem, że nie były to jakieś wielkie pieniądze, tym bardziej gdy odliczy się kosztu pobytu, no i opłaty aplikacyjne, ale i tak jest warto. Ten program nie służy do tego, by się wzbogacić, ale by jeszcze lepiej poznać język angielski, zdobyć pierwsze doświadczenie związane z pracą, no i zwiedzać. W moim miejscu atmosfera była super. Jeśli ktoś mnie pyta, czy warto, zdecydowanie odpowiadam, że tak” – zaznacza Sylwia.

Work and Travel to program wymiany kulturowej stworzony przez amerykański Departament Stanu. Organizatorami są fundacje amerykańskie, autoryzowane przez rząd USA, które pomagają w ubieganiu się o wizę J-1. Pozwala ona na podjęcie legalnej pracy w okresie letnich wakacji, ale nie dłużej niż cztery miesiące, oraz zwiedzanie Stanów przez okres do 30 dni po zakończeniu programu. W tym wypadku także jest ograniczenie – podróżować po USA można nie dłużej niż do 1 października. Sylwia za dwa lata skończy studia. Największe jej marzenie to praca nauczycielki w amerykańskiej szkole.

BUDKA Z PRZEKĄSKAMI

Z takiego samego programu, kilka lat temu, skorzystała Ilona z Wrocławia. Też marzyła o Ameryce. Tak bardzo, że zdecydowała się zostać. Dodatkowym argumentem była miłość. „Zatrudniona zostałam w parku rozrywki w New Jersey jako pracownica w budce z przekąskami. Liczyłam, że będę pracować 40 godzin tygodniowo, ale nie udało się. Maksymalnie dostawałam 30 godzin. Moje zarobki (razem z napiwkami) wahały się od 250 dol. do nawet 450 dol. Ale tak ładną tygodniówkę miałam tylko jeden raz. Praca w ogóle nie była skomplikowana. Przyrządzałam hot dogi, oprócz tego serwowałam jakieś słodycze i napoje. Najbardziej uciążliwa była pogoda, ale dało się przeżyć. Poza tym 5 godz. dziennie to naprawdę nic trudnego. Znajoma mamy, która mieszkała wtedy niedaleko, od czasu do czasu proponowała, żebym poszła z nią na sprzątanie. Pierwszego razu nigdy nie zapomnę. Chodzi o tempo, jakie narzuciła pani Grażyna. Miałyśmy do posprzątania dwupiętrowy domek. Do tego pranie i prasowanie. Naprawdę myślałam, że wyzionę ducha. Marzyłam o mojej budce z przekąskami” – opowiada Ilona. Któregoś dnia poznała swojego obecnego męża. „Już nie pamiętam, co mu zaserwowałam, ale chyba hot doga. Zapytał, skąd jestem, bo wydaje mu się, że z Polski albo z Rosji. Okazało się, że on pochodzi z okolic Wrocławia. I tak od słowa do słowa zaczęliśmy się spotykać. Żeby nie zostać w USA nielegalnie zmieniłam wizę J-1 na wizę studencką. Po kilku latach był ślub i mąż mnie sponsorował. Cały czas mam sentyment do mojej pierwszej pracy, do tego stopnia, że jak widzę dziewczyny pracujące w budkach z przekąskami, to zawsze daję im spory napiwek” – uśmiecha się nasza rozmówczyni, od niedawna mama, obecnie przebywająca na urlopie macierzyńskim, na co dzień agentka nieruchomości.

Sporo współczesnych imigrantów z Polski to osoby świetnie wykształcone, które pracują dla zagranicznych korporacji i na jakiś czas zostały oddelegowane do biur, na przykład, w Nowym Jorku, Miami czy San Francisco. Na brak ofert pracy z pewnością nie narzekają osoby z wykształceniem w branży IT.

200 TYS. DOLARÓW ROCZNIE

Sporo współczesnych imigrantów z Polski to osoby świetnie wykształcone, które pracują dla zagranicznych korporacji i na jakiś czas zostały oddelegowane do biur, na przykład, w Nowym Jorku, Miami czy San Francisco. Na brak ofert pracy z pewnością nie narzekają osoby z wykształceniem w branży IT.

Witek dziewięć lat temu zaczął pracę w internetowej przeglądarce lotów w Wielkiej Brytanii. Stamtąd, po jakimś czasie, został przeniesiony do siedziby firmy w Miami w USA. „Nic nie musiałem załatwiać, cała papierologia została za mnie przygotowana. Przeprowadziłem się do USA mając wizę L-1, która pozwala mi na pobyt w Stanach nawet przez kilka lat. Jeśli chodzi o warunki socjalne, to także nie mogę narzekać. Firma pomogła mi z mieszkaniem, a nawet było ono opłacone z góry przez kilka miesięcy. Jestem tu już pięć lat i przyznaję, że dziwię się osobom, które emigrują nie mając ważnych dokumentów pobytowych i decydują się na nielegalne zatrudnienie. Przede wszystkim są one znacznie niżej wynagradzane. Poza tym nie ma się płatnych urlopów, ubezpieczenia czy dni chorobowych. A to teraz jest podstawa. Wystarczy poczytać raporty dotyczące wymagań współczesnego pracownika. Szczególnie Amerykanie stawiają wysoko poprzeczkę i ja uważam, że to bardzo dobrze” – podkreśla Witek.
W Polsce na tym samym stanowisku, jako tester oprogramowania, zarabiał dziewięć lat temu nieco ponad 5 tys. złotych. W Szkocji dwa razy więcej. W USA, jak twierdzi, jego roczne zarobki przekraczają 200 tys. dolarów. Do tego ma akcje firmy. „To jest moja pierwsza i jak na razie jedyna praca w USA. Za rok kończę 45 lat. Trochę inwestuję, sporo zwiedzam. Ogólnie nie narzekam. Warto wyemigrować, przynajmniej na jakiś czas, ale mając już konkretną ofertę – uważa nasz rozmówca. – Moja siostra od prawie 10 lat mieszka w Nowym Jorku. Cały czas w wynajmowanym mieszkaniu i cały czas z nadzieją, że coś się wydarzy, co zmieni jej życie. Co ciekawe, ma zieloną kartę i mogłaby już zdawać egzamin na obywatelstwo, ale to i tak nie zmienia jej sytuacji zawodowej. Od lat pracuje jako kelnerka w firmie kateringowej na Manhattanie. Zarabia 30 dol. na godzinę. Ma wprawdzie świadczenia socjalne, ale nie są jakieś rewelacyjne. W tym roku kończy 40 lat i trudno mi sobie wyobrazić, by pracowała tak ciężko fizycznie kolejne dwadzieścia parę lat do emerytury” – przyznaje Witek.

„PRACA SZUKA CZŁOWIEKA”

Jak wynika z niedawno opublikowanego raportu, dla Amerykanów jednymi z najważniejszych kwestii w miejscu zatrudnienia są elastyczne godziny pracy, nielimitowane dni urlopowe oraz opłacane przez firmę karnety na siłownię. To właśnie dodatkowe benefity najbardziej zachęcają pracowników do wybrania konkretnej firmy. Ważną kwestią jest ubezpieczenie zdrowotne, a także zapewnienie opieki nad dziećmi w miejscach pracy. Sporo kandydatów zwraca też uwagę na to, czy dana firma oferuje wyjazdy integracyjne i czy płaci za dojazdy do pracy. Płatne urlopy macierzyńskie, ale i tacierzyńskie to także warunek dla wielu osób rozważających możliwość zatrudnienia.

Za najlepsze miejsca do pracy w Stanach Zjednoczonych uznano głównie firmy z branży IT oraz reklamowej. W Nowym Jorku w czołówce znalazła się między innymi agencja AdTheorent, mająca swoją siedzibę na Manhattanie. Pracownicy mogą korzystać z zajęć jogi i medytacji, organizowanych na miejscu, a także z bezpłatnych masaży. Do tego regularnie organizowane są wspólne wydarzenia, na przykład wycieczki za miasto czy aktywności w klubach fitness. Każda środa to dzień przysmaków, na przykład lodowych deserów czy ciast z nadzieniem owocowym. Codziennie można przyprowadzać do firmy swoje psy, a każdy pracownik dostaje od czasu do czasu „niespodziankowy dzień wolny”, tak by mógł jeszcze lepiej wypocząć. Agencja reklamowa zatrudnia obecnie prawie 200 pracowników, a jej roczne dochody sięgają ponad 100 mln dolarów.

Jak oceniają osoby zajmujące się rekrutacją, w USA już od dawna (przynajmniej jeśli chodzi o wykwalifikowanych pracowników) to praca szuka człowieka, a nie na odwrót. Nieco inaczej wygląda sytuacja z zatrudnieniem, kiedy nie jest wymagane doświadczenie, na najniżej opłacanych stanowiskach. Takie prace wciąż wykonują przede wszystkim imigranci, i to tacy, którzy nie posiadają legalnych dokumentów. Niezwykle rzadko zdarza się, aby w takich miejscach oferowano płatne urlopy czy dni chorobowe. Stawka godzinowa także jest sporo niższa niż obowiązujące minimalne wynagrodzenie. W mieście Nowy Jork wynosi ono obecnie 15 dol. na godzinę w firmach zatrudniających co najmniej 11 pracowników, w mniejszych – 13,50 dol. W stanie Nowy Jork minimalna stawka godzinowa to 11,10 dol. W stanie New Jersey – 10 dol., w Pensylwanii – 7,25 dol., a w Connecticut, od 1 października będzie to 11 dolarów.

1 KOMENTARZ