Mówić głośno o tym, co działo się w Polsce podczas II wojny światowej

0
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

„Trzeba mówić, i to jak najwięcej, o polskich bohaterach. Ja będę to robić do ostatniego oddechu” – podkreśla w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” Rita Cosby, jedna z najlepszych amerykańskich dziennikarek, laureatka nagród Emmy, córka powstańca warszawskiego Ryszarda Kossobudzkiego.

Odkrycie historii ojca, powstańca warszawskiego, bardzo zmieniło pani życie. Czy opowiadanie o nim, ale też, o tym trudnym okresie II wojny światowej, jest dla pani misją?

Przeprowadziłam wywiady z przywódcami kilkudziesięciu państw, w tym z trzema prezydentami USA, rozmawiałam z Janem Pawłem II i byłam pierwszą amerykańską dziennikarką, która miała wywiad z papieżem Franciszkiem. Czas dla mnie znalazły też takie gwiazdy, jak Michael Jackson, Angelina Jolie czy Mike Tyson. Robiłam reportaże z linii frontu. Mówię o tym nie bez powodu, bo jak ktoś mnie pyta, która z przeprowadzonych rozmów była dla mnie najważniejsza, odpowiadam, że ta z moim ojcem. Odkrycie jego historii było dla mnie największym przeżyciem. Dlatego, gdziekolwiek jestem, namawiam, zwłaszcza młode osoby, by odkrywały historie swoich przodków, bo wiele z nich nie zostało jeszcze opowiedzianych, a o tym, co działo się w Polsce podczas II wojny światowej, należy mówić, i to mówić bardzo głośno.

Dlatego, że Amerykanie nie do końca wiedzą, jak wyglądała polska wojenna rzeczywistość i może stąd też biorą się przekłamania typu „polskie obozy śmierci”?

Myślę, że wielu Amerykanów, szczególnie z młodego pokolenia, albo wie o wojnie bardzo mało, albo dopiero niedawno dowiedzieli się na przykład o powstaniu warszawskim. Trzeba edukować i powtarzać, że Polacy byli bohaterami. Że w tych strasznych czasach cechowała ich determinacja i wręcz nadludzka odwaga. Mój ojciec miał 13 lat, gdy wybuchła II wojna światowa. Doskonale zapamiętał nadlatujące niemieckie bombowce. Później mieszkał niedaleko getta warszawskiego. Zawsze zabierał z domu więcej jedzenia, by dać je Żydom. Kilka razy przedostawał się na drugą stronę muru, by pomóc w organizowaniu ucieczek. Uważał, że bez względu na wyznanie jesteśmy przede wszystkim Polakami i wspólnie walczymy przeciwko agresorowi. Bardzo przeżył powstanie w getcie, później stał się powstańcem warszawskim. W jego oddziale tylko kilka osób miało broń, ale mimo to, z ogromną determinacją, walczyli z uzbrojonymi Niemcami. Mieli głębokie przekonanie, że jest to ich obowiązek – walczyć o wolną Polskę. Nam, współczesnym ludziom, trudno jest pewnie zrozumieć, skąd czerpali siłę. Jeśli chodzi o przekłamania, to wciąż pojawiają się błędy, choć uważam, że mniej niż jeszcze kilka lat temu. Zasługa w tym między innymi Polaków mieszkających za granicą, którzy wyłapują przekłamania i natychmiast interweniują. Ja na każdym spotkaniu podkreślam, że nie istniały „polskie obozy śmierci” – one były niemieckie. I cieszy mnie to, że każdy, kto usłyszy historię mojego ojca i innych bohaterów, nie odważy się powiedzieć „polskie obozy śmierci”.

Ojciec nie tylko nie mówił o swojej przeszłości, ale był dla mnie pewną tajemnicą. Pamiętam wspólny wyjazd na kemping. Byłam wtedy dzieckiem. Ojciec trenował do maratonu, po ćwiczeniach zdjął koszulkę. Wtedy na jego ciele zobaczyłam liczne blizny. Zrozumiałam, że musiało go spotkać coś strasznego. Gdy zapytałam mamę o te blizny, odparła tylko, że gdy był nastolatkiem, przeżył bardzo ciężki czas i że w tym domu nigdy o tym nie będziemy rozmawiać.

O tym, co przeżył ojciec, dowiedziała się pani w wieku 35 lat. Ojciec przez lata milczał o swoich przeżyciach. Mama też nie chciała o tym rozmawiać

Ojciec nie tylko nie mówił o swojej przeszłości, ale był dla mnie pewną tajemnicą. Pamiętam wspólny wyjazd na kemping. Byłam wtedy dzieckiem. Ojciec trenował do maratonu, po ćwiczeniach zdjął koszulkę. Wtedy na jego ciele zobaczyłam liczne blizny. Zrozumiałam, że musiało go spotkać coś strasznego. Gdy zapytałam mamę o te blizny, odparła tylko, że gdy był nastolatkiem, przeżył bardzo ciężki czas i że w tym domu nigdy o tym nie będziemy rozmawiać. Po jakimś czasie rodzice rozwiedli się i z ojcem nie miałam kontaktu. Po śmierci mamy, która zmarła na raka, spakowaliśmy wszystkie rzeczy z domu rodzinnego i umieściliśmy je w magazynie. Po kilku latach, gdy ponownie do nich zajrzeliśmy, znaleźliśmy między innymi zardzewiały nieśmiertelnik jeniecki mojego ojca, a potem opaskę powstańczą, brudną i okrwawioną. A także kartkę z polskimi tajnymi pseudonimami i jeszcze jedną kartkę, byłego jeńca wojennego Ryszarda Kossobudzkiego. I kiedy zobaczyłam te wszystkie przedmioty, pomyślałam: o mój Boże, przecież to mój ojciec. Nie mogłam opanować emocji. Natychmiast do niego zadzwoniłam i poprosiłam, by opowiedział mi o tym, co przeżył. Okazało się też, że noszę imię po dziewczynie z AK, która była dla niego jak siostra, więc było to dla mnie jak wielkie przebudzenie: poznać te wszystkie historie powstańcze, dowiedzieć się o odwadze mojego ojca i ludzi, z którymi walczył, i usłyszeć o bólu i cierpieniu, przez jakie przeszedł mój ojciec, i słuchać o zniewalającym heroizmie: walce kijami i koktajlami Mołotowa z okrutną armią niemiecką, jej lotnictwem i artylerią, z tą maszynerią wojenną. Chciałam się dowiedzieć, kim ja jestem. Odkryć, że owszem, z jednej strony jestem Ritą Cosby, gospodarzem programu telewizyjnego, ale z drugiej strony jestem Ritą Kossobudzką, córką powstańca z bogatą przeszłością.

Efektem tej pierwszej, tak szczerej rozmowy pani z ojcem jest wydana kilka lat temu książka: „Cichy bohater. Tajemnica przeszłości mojego ojca”. Trafiła na listę bestsellerów „New York Timesa”. Spodziewała się pani takiego sukcesu?

Mój ojciec był jedną z pierwszych osób, do których zadzwoniłam z tą wiadomością. Powiedziałam: cześć, tato, zgadnij, co jest na liście bestsellerów. Gratulacje! A on odparł: Gratulacje należą się Polsce. Książka ukazała się nie tylko w Stanach Zjednoczonych i przeczytały ją tysiące osób. Promuję ją też w wielu miejscach na świecie. Niewiele osób wie, że została przetłumaczona, na przykład, na język albański. Miałam przyjemność opowiadać o historii ojca i innych powstańców przed 40 tysiącami osób na stadionie, jak i w małej tureckiej szkole. A także, na przykład, w synagodze. Trzeba mówić, i to jak najwięcej, o polskich bohaterach, ja będę to robić do ostatniego oddechu.

Czy za każdym razem jest to przepełnione emocjami wydarzenie? Nawet teraz, gdy rozmawiamy, ma pani łzy w oczach.

Wiele wydarzeń w historii mojego ojca wzrusza mnie bardzo. Na przykład, gdy walczył już kolejny dzień w powstaniu. Z każdej strony spadały bomby. Dowódca krzyczał: strzelajcie, nie poddawajcie się! Na oczach ojca ginęli koledzy z oddziału. Wtedy zrozumiał, że to właśnie dziś jest ta noc, kiedy odda życie za Polskę. W końcu dowódca stwierdził, że muszą ukryć się w kanałach. Podobnie zrobiło kilka tysięcy powstańców. Warunki były dramatyczne. Niemcy zalewali kanały wodą, wpuszczali gaz, wrzucali granaty. Ojciec w końcu wyczołgał się na powierzchnię i wtedy został ciężko ranny. Ostatnie wspomnienie Polski było takie, że leżał półprzytomny na ziemi, miał przystawioną do skroni broń. Warszawa płonęła. Potem został wywieziony do obozu jenieckiego w Niemczech. Panowały tam tragiczne warunki. Jednemu z więźniów udało się jakoś przemycić radio. Dzięki temu wiedzieli o ruchach wojsk. Gdy usłyszeli, że zbliża się do nich armia radziecka, postanowili zorganizować ucieczkę. Ojciec ważył wtedy 90 funtów, przy wzroście ok. 6 stóp. Udało mu się przeżyć i razem z 60 innymi więźniami uciekali przez lasy. W końcu zobaczyli nad sobą samolot. Z początku myśleli, że jest to niemiecka maszyna. Gdy nadleciał raz jeszcze, dostrzegli, że należy do armii amerykańskiej. Pilot, widząc zagłodzonych więźniów, zrzucił im pakunek. Była to tabliczka czekolady owinięta czerwoną wstążką, a do niej dołączony liścik, w którym było napisane: „Jesteście bezpieczni. Kierujcie się 15 mil na zachód. Będziecie wolni”. Ojciec był przekonany, że jest to jakiś sen, nie mógł uwierzyć, że naprawdę są wolni.

Te wszystkie przeżycia wojenne, a także to, co działo się później, sprawiły, że Ryszard Kossobudzki nie chciał odwiedzić Polski, nawet wtedy, gdy nasz kraj całkowicie odzyskał wolność, czyli po 1989 roku. Jak udało się pani namówić ojca do przyjazdu po 65 latach?

Zaproszeniem prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Powiedziałam: tato, prezydent cię zaprosił. On zapytał: jaki prezydent? Odparłam: prezydent Polski. Wtedy stwierdził, że nie może odmówić. Był zaskoczony, że jest traktowany w Polsce jak bohater, a nie jak zbrodniarz, który podpalił Warszawę. Był wzruszony, że powstańcy warszawscy są otaczani taką czcią. Często powtarzam, że Polska zwróciła mi ojca, stał się zupełnie innym człowiekiem. Przez 65 lat trzymał swoje emocje głęboko w sobie. Z daleka od najbliższych: swojej żony i swoich dzieci. Ryszarda Kossobudzkiego zakopał bardzo głęboko i samotnie z nim żył, nie pozwalając sobie na jakąkolwiek spontaniczność. Natomiast w Polsce całkowicie się rozsypał. Nigdy wcześniej nie widziałam go jak płacze, a te łzy były bardzo autentyczne, pełne smutku po utracie najbliższych. To, że mogłam mu towarzyszyć w tamtej podróży, pozwoliło odbudować nasze relacje. Dzięki Polsce odzyskałam ojca psychicznie i fizycznie. Tata odszedł kilka lat później, ale pamięć o nim nigdy nie zaniknie. Mam też nadzieję, że uda nam się nakręcić film.

Czy to, że realizowała pani reportaże między innymi z żołnierzami na misjach, na przykład w Afganistanie, pomogło pani lepiej zrozumieć przeżycia ojca?

Na pewno. Szczególnie miejsce w mojej pracy zajmują żołnierze. Jestem pierwszą amerykańską dziennikarką, która mogła pojechać do Afganistanu. Pamiętam, jak w pewnym momencie zobaczyłam afgańskich żołnierzy służących po naszej stronie. Mieli charakterystyczne dla tego kraju nakrycie głowy, tak samo jak ubrania, i – przepraszam za to co powiem – śmierdzieli, jakby wiele dni nie brali prysznica. Jeden z Amerykanów powiedział mi, że możemy swobodnie przy nich rozmawiać, bo kompletnie nie rozumieją języka angielskiego. Jakiś czas później podszedł do mnie jeden z nich, zabronił się odwracać i piękną angielszczyzną powiedział: jestem tajnym agentem CIA, nawet dowództwo amerykańskie nie wie, że nim jestem. Bardzo lubię panią oglądać na kanale Fox News i dziękuję, że robi pani ten reportaż. To było wielkie przeżycie dla mnie. Także obserwowanie żołnierzy na co dzień pozwoliło mi lepiej zrozumieć ich ogromne poświęcenie dla kraju. Spotkałam także polskich żołnierzy walczących ramię w ramię z Amerykanami. Zawsze są gotowi do wsparcia swojego sojusznika, i na odwrót. Mówię to nie tylko jako Amerykanka polskiego pochodzenia, ale jako wieloletnia dziennikarka – nasze kraje nigdy nie miały tak dobrych relacji jak teraz. Byłam w Białym Domu podczas ostatniej wizyty prezydenta Andrzeja Dudy. Wcześniej, przez wiele lat, byłam korespondentką w Waszyngtonie i nigdy nie widziałam, by polski prezydent był przyjmowany z takimi honorami i z taką uwagą. Jesteśmy sojusznikami, jesteśmy partnerami, a co ważne – widzi to cały świat, jak bardzo Polska jest ważna na arenie międzynarodowej. USA i Polskę łączą takie same wartości. Przede wszystkim walka o wolność, którą można przecież tak łatwo stracić. Polacy są wyjątkowym narodem, bardzo silnym i niezwykle pracowitym. Widać to chociażby w Stanach Zjednoczonych. Wiele innych narodów może czerpać z nas przykład. Także z naszych wojennych bohaterów, którzy wyżej niż życie cenili wolność ojczyzny.