Na pomoc poszkodowanym na Bahamach

189
Wyspa Grand Bahama została zniszczona w 80 procentach / Foto: ARCHIWUM ADRIANNY JÓSKOWIAK

Mimo że od uderzenia huraganu Dorian w wyspy wchodzące w skład archipelagu Bahamów minęło już kilkanaście dni, to sytuacja nadal jest tam tragiczna. Organizacje zajmujące się pomocą oraz wolontariusze bezpośrednio ją niosący proszą o wsparcie. Mieszkańcy wysp Great Abaco i Grand Bahama, które najbardziej ucierpiały, obawiają się najgorszego – wybuchu epidemii – ponieważ brakuje im lekarstw, środków czystości, a przede wszystkim wody pitnej. Wśród poszkodowanych oraz niosących pomoc są także Polacy.

Dorian uderzył w wyspiarskie państwo 1 września. Miał wówczas najwyższy, piąty stopień, a porywy wiatru sięgały 300 kilometrów na godzinę. Huragan przez dwa dni krążył nad Bahamami, dokonując potężnych spustoszeń. Gdy tylko wiatr osłabł, organizacje charytatywne oraz wolontariusze przystąpili natychmiast do działania i mimo niezbyt sprzyjających warunków rozpoczęli szereg akcji pomocy. Jednak usuwanie skutków po Dorianie idzie mozolnie, a na dodatek jest zagrożenie kolejnymi żywiołami. Właśnie kilka dni temu w Bahamy uderzyła tropikalna burza Humberto, niosąca ze sobą deszcz i wiatr.

Na ulicach leżą wyrzucone meble i materace z zalanych wodą domów. Woda sięgała wysokości 7 metrów / Foto: ARCHIWUM ADRIANNY JÓSKOWIAK

POLACY NA BAHAMACH
Adrianna Jóskowiak od 14 lat mieszka wraz z rodziną – mężem i synem – we Freeport. Do uderzenia Doriana żyło im się spokojnie, mimo że w sezonie huraganowym zawsze pojawiało się pewne niebezpieczeństwo i obawy. Jednak wcześniej nigdy nie było tak straszliwie jak w tym roku. Nawet trzy lata temu, gdy dosyć poważnie odczuli skutki huraganu Matthew, który również wyrządził na Bahamach pewne szkody.

„Dom, który wówczas wynajmowaliśmy, stracił dach, więc musieliśmy się z niego ewakuować. Było wówczas trochę zniszczeń, ale wyspa szybko się odbudowała” – wspomina Polka w rozmowie z „Nowym Dziennikiem”.

Tym razem, po przejściu huraganu Dorian, zarówno Grand Bahama, gdzie mieszka nasza rozmówczyni, jak i sąsiednia wyspa Great Abaco wyglądają „jakby ktoś zrzucił tam bombę atomową”. Prócz rodziny Adrianny Jóskowiak mieszka tam jeszcze kilku innych naszych rodaków.

„Wszyscy Polacy, których znam, żyją i są już bezpieczni. Na naszej wyspie prócz mojej rodziny zostały jeszcze tylko dwie Polki, a pozostałe osoby się ewakuowały. Dwie koleżanki są na Florydzie i tam organizują dla nas pomoc” – wyjaśnia Adrianna Jóskowiak.

Krajobraz Bahamów po przejściu huraganu Dorian wygląda jak po wojnie / Foto: ARCHIWUM ADRIANNY JÓSKOWIAK

WSPARCIE DLA POSZKODOWANYCH
„Jest wiele instytucji oficjalnie pomagających poszkodowanym, jak np. Rotary Club. Jednak wszelkie rzeczy przechodzące przez nią trafiają najpierw do organizacji o nazwie NEMA (National Emergency Management Agency), która następnie rozprowadza je wśród potrzebujących – wyjaśnia Adrianna Jóskowiak. – W związku z tym, że jest to rządowa organizacja, to ograniczają ją biurokratyczne procedury, przez co pomoc ta nie dochodzi zbyt szybko do ofiar huraganu” – dodaje nasza rozmówczyni. Dlatego też powstały grupy wspierające różne organizacje, a nawet działające bezpośrednio wśród poszkodowanych.

Polska wolontariuszka, wraz z mężem i synem, cały czas pomaga w rozdzielaniu i rozwożeniu darów. Codziennie odbierają z lotniska różne dostawy z pomocą, które najczęściej są adresowane na kościoły. W akcji przekazywania darów pomagają także osoby mieszkające na Florydzie.

„Karl Sonder, mąż mojej polskiej koleżanki Kathariny, od czasu uderzenia huraganu codziennie przylatuje tutaj z Fort Myers i przywozi różne potrzebne rzeczy, które udaje im się zebrać na Florydzie” – opowiada Adrianna Jóskowiak dodając, że takich osób jest zdecydowanie więcej.

„Każdy, kto ma łódkę lub dostęp do samolotu, to jest aktywny i pomaga potrzebującym. Wielu z nich wynajmuje transport i przewozi rzeczy, które są zbierane na Florydzie. Niestety to wszystko jest bardzo drogie” – wyjaśnia Polka. Żeby móc kontynuować niesienie pomocy poszkodowanym, potrzebne jest wsparcie finansowe, ponieważ koszty przelotu i transportu lotniczego są bardzo duże i wahają się od jednego do dwóch tysięcy dolarów w obie strony, a zdarza się – jak zapewnia nasza rozmówczyni – że Karl lata z darami dwa razy dziennie. Dlatego też została zorganizowana zbiórka funduszy poprzez portal crowfundingowy GoFundMe pod nazwą „Help Grand Bahama after hurricane Dorian„.

Karl Sonder prywatnym samolotem dowozi paczki z darami z Florydy na wyspę Grand Bahama / Foto: WWW.GOFUNDME.COM

Pani Adrianna zdaje sobie sprawę, że nie każdy może udzielić wsparcia finansowego, więc zwraca się także z prośbą o pomoc rzeczową, złożoną z prowiantu oraz odzieży, a nawet artykułów gospodarstwa domowego.

„Ludzie tutaj potrzebują wszystkiego: pościeli, poduszek, koców, ręczników, ubrań, rzeczy dla dzieci, pieluch, nawilżanych chusteczek, a przede wszystkim wody, ponieważ obecnie nie mamy na wyspie wody zdatnej do picia – wylicza polska wolontariuszka. – Wszystko, co przywozi mąż koleżanki, idzie do dwóch lokalnych kościołów. Następnie my je odbieramy i rozwozimy po wyspie, rozdajemy ludziom, którzy potrzebują pomocy” – wyjaśnia Adrianna Jóskowiak.

Ofiary huraganu Dorian mogą także osobiście odebrać dary w punktach dystrybucyjnych Rotary Club, ale niestety nie każdy potrzebujący może do nich dotrzeć.

„Ludzie nie mają samochodów, ponieważ zostały uszkodzone lub zalane wodą” – tłumaczy nasza rozmówczyni. Prócz niej w akcję pomocy zaangażowanych jest wielu innych wolontariuszy.

„Mamy złożoną na WhatsAppie grupę ludzi, którzy chcą pomagać i gdziekolwiek przychodzi kontener do rozładowania czy przesyłka do kościoła, to podajemy informację i ktokolwiek z nich ma wolny czas, to przychodzi pracować lub rozwozić paczki. Każdy pomaga tak jak może” – podkreśla Polka.

Adrianna Jóskowiak z synem Szymonem cały czas pomaga w dowożeniu pomocy do poszkodowanych osób / Foto: ARCHIWUM ADRIANNY JÓSKOWIAK

BEZWZGLĘDNY DORIAN
„Dotknęła nas największa klęska żywiołowa w historii” – stwierdził tuż po przejściu huraganu premier Bahamów Hubert Minnis. Wyspa Grand Bahama, podobnie jak wcześniej Great Abaco, została zniszczona w 80 procentach. Sytuacja w północnej części archipelagu jest katastrofalna – zrównane z ziemią osiedla, zniszczone lotniska, powywracane samochody, połamane palmy i zalane domy. Nie ma wody pitnej, brakuje prądu, nie działa internet i przepływ jakichkolwiek informacji jest bardzo ograniczony.

„Większość wiadomości zdobywamy z rozmów z napotkanymi ludźmi i własnych obserwacji. Dlatego myślę, że nie ma osoby, która ma pełny obraz tego, co się tutaj dzieje. Oficjalnie mówi się o tym, że w czasie huraganu zginęło 70 osób. Na szczęście liczba poszukiwanych spadła z 3500 do 1500 ludzi” – podkreśla Adrianna Jóskowiak, mieszkająca na wyspie Grand Bahama. Według informacji, jakie otrzymała od innych osób, na wyspie Abaco sytuacja wygląda jeszcze gorzej.

„Część jej mieszkańców została ewakuowana do Stanów Zjednoczonych oraz do Nassau na wyspę New Providence. Natomiast sama wyspa podobno wygląda tak, jakby ktoś zrzucił tam bombę atomową – relacjonuje nasza rozmówczyni dodając, że oko huraganu najpierw dotarło na Abaco, a później na zachodnią część Grand Bahamy. – Byłam kilka razy z pomocą w tej części naszej wyspy i faktycznie tam też obraz jest jak po wojnie, dokładnie tak jak opowiadają ludzie, którzy widzieli sytuację w Abaco. Tam nie ma ani jednego domu, który by był cały” – podkreśla pani Adrianna. W związku z tym przestały istnieć i działać wszelkie instytucje publiczne, jak urzędy, domy dziecka, schroniska dla zwierząt itd. Huragan zniszczył również wszystkie serwisy na wyspie Grand Bahama.

Po wielu domach na Bahamach zostały tylko ruiny / Foto: ARCHIWUM ADRIANNY JÓSKOWIAK

„Zalana i uszkodzona została cała flota samochodowa policji, sprawne są chyba tylko dwa radiowozy. Podobnie jest ze strażą pożarną, serwisem energetycznym itd.” – opowiada polska wolontariuszka. W związku z brakiem kontroli policyjnej złodzieje zaczęli plądrować zniszczone domy.

„Na szczęście w niektórych miejscach jest już amerykańska Straż Przybrzeżna i wojsko brytyjskie. Ostatnio pojawili się także amerykańscy i kanadyjscy fachowcy, którzy naprawiają linie elektryczne, dzięki czemu na niezalanej części wyspy powoli przywracany jest prąd” – mówi Adrianna Jóskowiak.

Organizacje charytatywne oraz wolontariusze nie przestają jednak działać na rzecz wszystkich potrzebujących. Proszą także o wsparcie ich akcji i przestrzegają przed tym, co może się jeszcze wydarzyć. Mimo pomocy płynącej z wielu stron na wyspach dotkniętych przez huragan Dorian panuje niewyobrażalna katastrofa humanitarna, a mieszkańcy obawiają się najgorszego.

„Obecnie największym zagrożeniem jest możliwość wybuchu epidemii – podkreśla nasza rozmówczyni. – Wyspy są niewielkie, a zamieszkuje je bardzo dużo ludzi. W związku z brakiem czystej i pitnej wody może tutaj dojść do straszliwej tragedii” – alarmuje pani Adrianna, przywołując sytuację z 2010 roku z Haiti, gdzie większość ofiar zmarła nie wskutek trzęsienia ziemi, tylko w wyniku cholery, która tam się pojawiła.

„Wszyscy teraz o tym mówią, ponieważ woda w studiach jest skażona” – dodaje Polka.

Szymon Jóskowiak (syn Adrianny) pomaga w rozdzielaniu i rozwożeniu darów. Z tyłu stoi wolontariuszka Lyndaha Welles

GDZIE WYSYŁAĆ POMOC
Punktów, do których można adresować paczki z darami, jedzeniem i ubraniami, jest bardzo dużo. Można je łatwo znaleźć w internecie, np. pod adresem www.rotary6990.org. Poniżej jest kilka danych i adresów sprawdzonych oraz polecanych miejsc przez Adriannę Jóskowiak:
wpłaty finansowe – portal www.GoFundme.com. Nazwa akcji „Help Grand Bahama after hurricane Dorian„. Donacje można także składać poprzez stronę www.gbdisasterrelief.org
• paczki z darami można adresować na:
Katharina Sonder
18528 Baseleg Ave
North Fort Myers, FL 33917
(z dopiskiem) Help for Grand Bahama

Grand Bahama Hurricane Dorian
GPS Bahamas
5115 NW 17th Terrace, Hangar 39A
Fort Lauderdale, FL 33309
(z dopiskiem) Help for Grand Bahama