Najważniejsze wartości: „Bóg, honor, ojczyzna”

195
Mieczysław Madejski jest obecnie prezesem Nowojorskiego Oddziału Światowego Związku Żołnierzy AK / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/ NOWY DZIENNIK

"Przyszedł w końcu moment, kiedy powiedzieliśmy sobie dosyć, nie możemy pozwolić, by tak było dalej, że nic nie mamy – ani spokojnego życia, ani szkoły, ani żadnych perspektyw na zmianę, tylko codziennie widzimy łapanki i egzekucje" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Mieczysław Madejski ps. "Marek", powstaniec warszawski i zarazem dowódca plutonu "Topolnicki".

Jak pan patrzy na powstanie warszawskie z perspektywy 75 lat, które właśnie mijają od chwili jego wybuchu? Co było jego główną przyczyną?
Jest wiele różnych opinii na ten temat. Jednak powstanie musiało wybuchnąć, dlatego że po pięciu latach zniewolenia przez Niemców wszyscy byliśmy bardzo tym zmęczeni oraz chcieliśmy w końcu spokoju i wolności. W dodatku byliśmy młodymi ludźmi, chcącymi normalności. W tym czasie w Warszawie pozostała głównie młodzież oraz dzieci, ponieważ po 1939 roku oficerowie oraz żołnierze zostali uwięzieni w obozach jenieckich w Niemczech oraz w Rosji, m.in. w Katyniu. Z kolei starsi mężczyźni byli wyłapywani przez Niemców, którzy potrzebowali siły roboczej w fabrykach i gospodarstwach rolnych. Na pozostałych organizowano łapanki i wykonywano egzekucje na ulicach. Byłem nawet świadkiem jednej z nich. To było coś okropnego. Jechałem wówczas tramwajem, który został zatrzymany na rogu Alei Jerozolimskich oraz placu Zawiszy. Wyprowadzono nas i postawiono pod parkanem na ul. Towarowej. Za chwilę podjechał samochód ciężarowy z około 60-osobową grupą ludzi z zawiązanymi oczami i skrępowanymi rękami, których Niemcy postawili po drugiej stronie drogi. Później podjechał kolejny samochód, z którego, na naszych oczach, wszyscy zostali rozstrzelani karabinem maszynowym. Następnie gestapowiec sprawdzał, czy ktoś z nich jeszcze żyje, jeżeli tak, do go dobijał. To był czas, kiedy człowiek wychodził z domu i nie wiedział, czy wróci. Te egzekucje dodatkowo miały na celu wywołanie strachu u ludzi. Dla mnie i wielu innych osób skutek był odwrotny, widok taki nie powodował strachu, tylko wzbudzał ogromną nienawiść do Niemców. Poza tym okupanci rabowali nasze domy i zabierali wszystko, co się tylko dało. Przyszedł w końcu moment, kiedy powiedzieliśmy sobie: dosyć, nie możemy pozwolić, by tak było dalej, że nic nie mamy – ani spokojnego życia, ani szkoły, ani żadnych perspektyw na zmianę, tylko codziennie widzimy łapanki i egzekucje. Młodzi ludzie w moim wieku należący do harcerstwa zaczęli się organizować i szkolić. Przed wojną skończyłem cztery klasy Gimnazjum im. Mikołaja Reja, które należało do zboru ewangelicko-augsburskiego, więc było w nim dużo ewangelików. Dlatego też poziom nauczania języka niemieckiego był tam bardzo wysoki i dzięki temu perfekcyjnie go opanowałem. Rodzice posłali mnie do tej szkoły, ponieważ mój ojciec przewidywał, że na pewno wybuchnie wojna, i uważał, że powinienem dobrze znać język niemiecki albo rosyjski. I miał rację, bo dobra znajomość tego pierwszego bardzo mi pomogła w czasie okupacji. Wśród młodych ludzi panowała wówczas jedność, wszyscy byli dla siebie braćmi i siostrami, i chcieli walczyć o wolność. Po wybuchu powstania nawet starcy, ludzie w takim wieku jak ja obecnie, nosili płyty, żeby robić barykady. Wszyscy czuli wielką nienawiść do niemieckiego wroga, wywołaną pięcioletnim zniewoleniem i okupacją.

Jak wyglądały wasze przygotowania do walki, do powstania?
Było bardzo różnie. Ja należałem do oddziału dywersyjnego i jeszcze przed wybuchem powstania przeprowadziliśmy wiele różnych akcji. Był to zazwyczaj sabotaż oraz kradzież broni. Podczas okupacji robiłem maturę na tajnych kompletach i jednocześnie chodziłem do podchorążówki, kształcącej nas w przyspieszonym tempie. Jestem obecnie jedną z niewielu żyjących osób (dwa lata temu, według Archiwum Akt Nowych, byłem jedną z trzech), które w czasie powstania dostały stopień oficerski. Poza tym w czwartej klasie gimnazjum mieliśmy przysposobienie wojskowe, podczas którego uczono nas obchodzenia się z bronią oraz prowadzono zajęcia na strzelnicy. Tak więc już przed wojną mieliśmy odpowiednie przygotowanie do walki. Poza tym jako harcerze zdobywaliśmy różne sprawności, wśród których jedną z najważniejszych i przynoszących zaszczyt każdemu była Złota Odznaka Strzelecka. Było ją bardzo trudno zdobyć, ponieważ broń mieliśmy rozkalibrowaną i bardzo złej jakości, a poza tym wcześniej trzeba było zdobyć brązową odznakę i srebrną. W związku z tym młodzież była wyszkolona, a w dodatku bardzo inteligentna. W podchorążówce, zrobionej w przyspieszonym tempie, skończyłem minerstwo i specjalizowałem się w wysadzaniu pociągów oraz otwieraniu skrytek. Członkami początkowo Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii Krajowej byli ludzie różnych specjalności. Współpraca była solidarna i spontaniczna. Specjalista od włamań do mieszkań nauczył mnie, jak radzić sobie z zamkami i różnymi zabezpieczeniami. Było to bardzo ważne wówczas, gdy mieliśmy jakąś wpadkę i szybko musieliśmy opróżnić różne skrytki. Jedną z takich głośnych spraw z moim udziałem była akcja „Pluskwa”, którą nawet opisał Władysław Bartoszewski. Pewnego razu ukradliśmy Niemcom samochód pancerny. Na drugi dzień usłyszałem na ulicy, że Polacy ukradli Niemcom panterę, czyli czołg. To pokazywało, że nasze akcje bardzo się ludziom podobały i podniosły ich na duchu, bo widzieli, że coś się zaczyna dziać, że nie jesteśmy obojętni wobec okupanta. Ludzie w moim wieku – a podczas wybuchu powstania miałem 21 lat, bowiem urodziłem się 26 czerwca 1923 roku – nie przejmowali się tym, czy je przeżyją, czy też zginą, ponieważ wiedzieliśmy, że każdego dnia możemy zostać zastrzeleni na ulicy lub też złapani i wywiezieni na roboty do Niemiec. Ta niepewność jutrzejszego dnia była dla nas tak męcząca, że byliśmy zdeterminowani do walki.

Pan pełnił bardzo ważną funkcję podczas powstania – był pan dowódcą plutonu.
Mój pluton nazywał się „Topolnicki” i faktycznie byłem przez pewien czas jego dowódcą. Należeliśmy do zgrupowania „Radosława”, a w czasie powstania byliśmy włączeni do Batalionu „Zośka”. Powstanie zaczęliśmy na Woli. Nasz pluton był zmobilizowany i dobrze przygotowany do walki już trzy dni przed jego rozpoczęciem. Mieliśmy – jako oddział dywersyjny – olbrzymi magazyn z bronią i amunicją w Zielonce pod Warszawą. Po otrzymaniu zarządzenia o mobilizacji moi koledzy przewieźli cały ten skład na platformach konnych, zakrytych starymi i połamanymi meblami (w podobny sposób uciekali Niemcy), i ukryli go koło Ogrodu Saskiego. Udało nam się także zdobyć do tego celu niemiecki samochód, po uprzednim zabiciu jego kierowcy. Byliśmy wyjątkowo, jako jeden z niewielu plutonów, świetnie uzbrojeni. Mieliśmy m.in.: steny, karabiny kb i kbk, dwa erkaemy, broń krótką, granaty i gammony.

Pistolet TT, którego podczas powstania warszawskiego używał Mieczysław Madejski ps. „Mark”, dowódca plutonu „Topolnicki” / Foto: ARCHIWUM MIECZYSŁAWA MADEJSKIEGO

Wspominał pan wcześniej o akcji „Pluskwa” związanej z przejęciem niemieckiego samochodu pancernego. Które jeszcze powstańcze wydarzenie szczególnie pan pamięta?
W pierwszych dniach powstania, 3 albo 4 sierpnia, przeprowadziliśmy akcję „Gęsiówka” – określaną tak od nazwy miejsca, gdzie byli więzieni ludzie. Uwolniliśmy wówczas około 350 Żydów różnych narodowości, którzy byli praktycznie skazani na śmierć. Wszyscy z nich cieszyli się jak małe dzieci, bo wiedzieli, że mieli przed sobą tylko kilka dni życia. Wykorzystaliśmy wówczas zdobyty niemiecki czołg, który wjechał w bramę. Miał on namalowaną z boku lilijkę, która zmyliła Niemców. Myśleli, że to jedzie pomoc dla nich, a to był nasz pluton pancerny Batalionu „Zośka”. Zaatakowaliśmy ich także od strony garbarni Pfeiffera. To była szybka i bardzo sprawna akcja. Nikt z nas nie zginął, ponieważ Niemcy, gdy już się zorientowali, że są zaatakowani, zaczęli uciekać. Byli tak zaskoczeni, że w baraku, w którym mieli stołówkę, pozostawili na stołach gorącą zupę. Po zakończeniu akcji grupa kilkunastu uratowanych Żydów dołączyła do naszego plutonu, a pozostałym daliśmy cywilne ubrania, by mogli spokojnie wyjść na miasto.

Jak wyglądało pańskie życie po wojnie. Pytam o to, ponieważ wiem, że zarówno powstańcy warszawscy, jak i inni żołnierze należący do AK byli gnębieni przez władzę komunistyczną.
Musiałem siedzieć cicho, a gębę trzymać zamkniętą na kłódkę. W czasie okupacji zaliczyłem pół dyplomu w Wyższej Szkole Technicznej (Hohere Technische Fachschule), i starałem się go dokończyć na Politechnice Warszawskiej po wojnie. Niestety, miałem z tym wiele trudności. Po roku studiów wyrzucili mnie z uczelni i wsadzili do więzienia. Zaczęło od tego, że jestem akowcem, bandytą i andersowcem. Mówili, że wszystko o mnie wiedzą, ale jeżeli się zgodzę na współpracę i zacznę donosić na kolegów, to moje życie całkowicie się odmieni. Chcieli ze mnie zrobić kapusia, ale się nie poddałem i powiedziałem im, że się do tego nie nadaję, że nie potrafię się tego nauczyć. Stwierdziłem, że mogę opanować całki i różne kalkulacje matematyczne, ale donoszenie jest dla mnie za trudne. Mimo różnych metod nie udało im się mnie złamać i przekonać do współpracy. Z Polski udało mi się wyjechać w 1969 roku. Do tego czasu próbowałem kilka razy dokończyć studia i ostatecznie mi się to udało. Pracowałem także w różnych miejscach oraz imałem się różnych zajęć. Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych zamieszkałem w Sea Cliff na Long Island. Miałem trochę szczęścia i szybko otrzymałem dobrą pracę, dokształciłem się także jako inżynier specjalizujący się w aparaturze medycznej. Po moim wyjeździe do Ameryki, zabrano mi obywatelstwo polskie, ponieważ nie wróciłem do kraju. Zostało mi ono ponownie nadane dopiero 27 czerwca 2008 roku przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Pięć lat temu był pan w Polsce na obchodach 70. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego. Jak pan wspomina tę uroczystość? Miał pan okazję spotkać kolegów z czasu wojny?
Miałem okazję kilka razy uczestniczyć w takich obchodach. Spotkania z żyjącymi kolegami wspominam wspaniale. Niestety, na 70. rocznicy, pięć lat temu, nie było już ani jednego mojego kolegi. Niektórzy jeszcze żyli, ale nie byli w stanie wziąć udziału w ceremonii. Odwiedziłem niektórych z nich. Obecnie wszyscy moi koledzy z powstania są już na cmentarzu. W tym roku też otrzymałem zaproszenie na obchody 75. rocznicy, miałem opłacony bilet oraz zapewniony hotel, ale niestety mój lekarz odradził mi wyjazd. Powiedział, że nie mogę już latać samolotem, ani też siadać za kierownicą samochodu, ponieważ już dwa razy upadłem i straciłem przytomność. Moja głowa jeszcze dobrze pracuje, pamięć mam wspaniałą, ale ciało jest już bardzo schorowane. Uroczystości rocznicowe, w których uczestniczyłem, miały już miejsce po upadku komuny i wszystkie były pięknie zorganizowane. Poza tym zostałem także specjalnie uhonorowany. Po wojnie nie zdałem broni, tylko ją schowałem w domu. Wówczas moja narzeczona powiedziała, że jak się jej nie pozbędę, to nie weźmie ze mną ślubu. Tak więc ją zakonserwowałem oraz zabezpieczyłem i zakopałem w ziemi. Gdy upadła komuna, powiedziałem o tym panu Janowi Ołdakowskiemu, dyrektorowi Muzeum Powstania Warszawskiego. W związku z tym, że w Polsce obecnie jest zakaz posiadania broni, to zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie, jak przekażę ją do muzeum. Wyjaśniłem mu dokładnie, gdzie ta broń jest zakopana, i po pewnym czasie ją odnaleziono (w 2007 roku – przyp. WM). Obecnie moje pistolety (parabellum i tetetka) są wyeksponowane w Muzeum Powstania Warszawskiego. Osobiście ich nie widziałem, ale przesłano mi zdjęcie, a poza tym widział je mój syn, który był tam dwukrotnie.

Pistolet P.8, którego podczas powstania warszawskiego używał Mieczysław Madejski ps. „Mark”, dowódca plutonu „Topolnicki” / Foto: ARCHIWUM MIECZYSŁAWA MADEJSKIEGO

Na zakończenie proszę powiedzieć, co pan – jako osoba doświadczona wojną i wieloma traumatycznymi przeżyciami – chciałby przekazać współczesnej młodzieży?
Chciałbym wskazać jej jedno hasło, które powinno przyświecać w życiu: „Bóg, honor, ojczyzna”, a także zachęcić do nauki. To są najważniejsze wartości. Ja byłem im wierny, i tak wychowałem swojego syna, a on teraz przekazuje to wnuczkom. Przyjechałem do Stanów Zjednoczonych z pięcioma dolarami jako inżynier z Polski. Oczywiście musiałem się doszkolić, ponieważ nauka była już wówczas na innym poziomie, ale za to dostałem świetną pracę. Mój syn (Grzegorz Madejski – przyp. WM) ukończył MIT (Massachusetts Institute of Technology), gdzie dostał pełne stypendium, potem zrobił doktorat na Harvardzie, a teraz jest profesorem na Stanford University. Również wnuczka wybiera się w przyszłym roku na MIT i mówi, że skoro uczył się tam jej dziadek i jej ojciec ukończył tę uczelnię, to ona również musi zrobić wszystko, żeby się tam dostać. Jestem również dumny z tego, że mój syn nawiązał kontakt z Polską Akademią Nauk i jeździ do Polski z wykładami, a także zaprasza do Stanów Zjednoczonych polskich naukowców.

*********

Mieczysław Madejski ps. „Marek” podczas powstania warszawskiego był dowódcą plutonu „Topolnicki” wchodzącego w skład Batalionu / „Zośka”Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Mieczysław Madejski, ps. „Marek”urodził się 26 czerwca 1923 r. w Warszawie. 1 września 1939 r. zgłosił się do prac przy obronie przeciwlotniczej. W styczniu 1940 wraz z kolegami z harcerstwa przyłączył się do Związku Walki Zbrojnej. Po zaprzysiężeniu przyjął pseudonim „Marek” i został przyjęty do tajnej podchorążówki, w której zaczął specjalizować się w pracy sapera. W czasie okupacji był członkiem Kedywu KG AK i należał do brygady dywersyjnej „Broda 53”, a podczas powstania warszawskiego był dowódcą plutonu „Topolnicki”, należącego do zgrupowania „Radosława” i włączonego do Batalionu „Zośka”. Od 1969 r. mieszka w Stanach Zjednoczonych (w Sea Cliff na Long Island). Obecnie, od 1996 r., jest prezesem Nowojorskiego Oddziału Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej. Od 2008 posiada stopień kapitana. Podczas walk był trzykrotnie ranny. Za swoją działalność wojenną i powstańczą został odznaczony wieloma orderami i medalami, z których najbardziej ceni sobie Krzyż Walecznych (otrzymany dwukrotnie) oraz Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Poza tym wyróżniono go także: Warszawskim Krzyżem Powstańczym, Krzyżem Armii Krajowej, Medalem za Udział w Wojnie Obronnej 1939, Medalem Wojska, Medalem Pro Memoria, Medalem Pro Patria, Odznaką Honorową Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej (nr 79), Złotą Odznaką Honorową Stowarzyszenia Polskich Kombatantów oraz Medalem Pamiątkowym z okazji 70. rocznicy Powstania Warszawskiego.

Plakat powstańczy z podobizną Mieczysława Madejskiego, wydrukowany w roku ubiegłym przez Gram-x Promotions i Polsko-Słowiańską Federalną Unię Kredytową / Foto: ARCHIWUM GRAM-X PROMOTIONS