Nie mogę żyć bez sztuki

252
Janusz Skowron sztuką interesuje się od dziecka / Foto: ANIA SKOWRON

"Zapewniam, że nie wycofuję się całkowicie z aktywności artystycznej, tylko nieco ją zwalniam, żeby odpocząć i naładować swoje akumulatory" – mówi Janusz Skowron, polonijny artysta plastyk oraz promotor polskiej sztuki i kurator wielu wystaw.

Niedawno podjąłeś decyzję o zakończeniu działalności grupy artystycznej Emocjonaliści, teraz zamykasz swoją Galerię A.R, a dwa lata temu również zakończyłeś organizowanie wystaw w greenpoinckim Starbucksie. Co jest powodem takiego niespodziewanego wygaszania twojej aktywności promocyjno-artystycznej?

Nie wszystko jednak miało być zamykane. W 2017 roku, kończąc pokazem swoich prac projekt związany z kawiarnią Starbucks, w której przez 10 lat zorganizowałem 125 różnych wystaw, chciałem przekazać to miejsce pod artystyczną opiekę innej osobie. Nawet namaściłem na swoją następczynię Asię Sztencel i obiecałem jej pomagać przez jakiś czas. Jednak tuż po moim wernisażu dowiedziałem się oficjalnie od menedżerki kawiarni, że manhattańska centrala Starbucksu nie wyraziła zgody, by galerię prowadziła nowa osoba. Niestety, nie mogłem już cofnąć swojej decyzji o zakończeniu mojej współpracy z tą kawiarnią, więc wraz z moim odejściem przestała ona istnieć jako galeria. Swoją aktywność w Starbucksie postanowiłem zakończyć, ponieważ równolegle z tym miejscem, przez cztery lata, prowadziłem już swoją Galerię A.R. Organizowanie i koordynowanie wystaw w dwóch miejscach było dla mnie bardzo ciężkim zadaniem. Z kolei jeżeli chodzi o Emocjonalistów, to było to raczej zawieszenie, a nie zakończenie działalności, która trwała przez 25 lat. Sam do tej grupy artystycznej byłem zaproszony w piątym roku jej istnienia, tak więc brałem udział w jej pokazach przez 20 lat. Początkowo korzystałem z możliwości eksponowania swoich prac na wystawach Emocjonalistów, ale już chwilę później sam proponowałem organizowanie ich w różnych nowych miejscach. Filozofią tej grupy było to, że każdy mógł sam organizować wystawy w nowych miejscach, nie mieliśmy jakiegoś głównego kuratora, który by to koordynował. Każdy z nas, kto miał pomysł na wyeksponowanie naszych prac w jakimś ciekawym miejscu, brał na siebie obowiązki organizatora wystawy. Ja w pewnym czasie zacząłem robić ich coraz więcej i wówczas założyciel grupy Lubomir Tomaszewski stwierdził, że robię to dobrze i nieformalnie powierzył mi kierowanie tą grupą pod jego bokiem, i tak było przez ostatnie lata do śmierci Lubka. Zmarł on w listopadzie zeszłego roku, ale jeszcze za jego życia planowaliśmy, że zorganizujemy uroczyste podsumowanie 25-lecia działalności Emocjonalistów, które przypadało w marcu tego roku. I ono nastąpiło, tylko, że w czerwcu i już bez jego udziału. Doszedłem też do wniosku, że po śmierci Lubomira Tomaszewskiego dalsze wystawy Emocjonalistów nie będą miały sensu, więc najlepiej będzie jak jubileuszową ekspozycją zakończymy pewien okres działalności pod tym szyldem. Mamy jednak propozycję, żeby tę pożegnalną wystawę pokazać w Luksemburgu oraz na Manhattanie, więc do tego pewne niebawem dojdzie. Sam jednak nie planuję kolejnych nowych wystaw w ramach tej grupy, w której Lubek był takim dobrym duchem przez 25 lat jej istnienia. Być może w jej miejsce powstanie coś innego, ale to pokaże czas.  Natomiast zakończenie sześcioletniej działalności Galerii A.R, w której zorganizowałem 55 wystaw, było spowodowane paroma czynnikami. Najważniejszym z nich była potrzeba pewnego wyciszenia, ponieważ z wykształcenia jestem artystą i mam też swoje pasje, na realizację których nie miałem za bardzo czasu. Zaczęło mi też brakować emocji związanych z własną twórczością, malowaniem i rysowaniem na dużych formatach. Organizowanie wystaw dla innych osób jest bardzo ciekawe, ale zabiera sporo czasu. Do tego doszły problemy z ręką – a jestem już po 60 – i mam mniej sił witalnych niż kiedyś, przez co trudniej jest mi sobie radzić z wieszaniem wystaw, robieniem i drukowaniem plakatów itd. Poza tym od poniedziałku do piątku pracuję w Klubie Seniora Amber Health. To wszystko zabiera mi sporo czasu i energii, a przede mną jest wiele nienamalowanych obrazów, miejsc, które pragnę zobaczyć, książek do przeczytania i filmów do obejrzenia. Mam także zaczętą wraz z żoną Anią trzecią książkę, której ciągle nie możemy dokończyć. Dlatego też jestem jej bardzo wdzięczny za to, że wytrzymuje ze mną i rozumie, że np. wystawa jest dla mnie ważniejsza niż wyjazd do sklepu czy poza miasto. Być może to zamknięcie spowoduje, że powstanie jakieś ciekawe nowe i profesjonalne miejsce, w którym przez cały czas będzie promowana polska sztuka. Brakuje mi takiej galerii w Nowym Jorku i w jakiś sposób tę lukę starałem się wypełnić, bo tego oczekiwali artyści zarówno stąd, jak i z Polski. A działalność galeryjna nie jest mi obca, ponieważ już w latach 70., jako student, współtworzyłem Galerię Kont, która działa do tej pory w Lublinie. Prócz tego, o czym już mówiłem, organizowałem także wystawy w Klubie Europa, w Citibanku, na Manhattanie, i w New Britain oraz wielu innych miejscach. Na pewno będzie mi brakowało Galerii A.R, ale muszę sobie zrobić przerwę na jakiś czas. Na pożegnalnej wystawie pokazałem swoje prace niewielkiego formatu. Były to rysunki tworzone ołówkiem i piórkiem w trzech spontanicznych pracowniach: na kolanie w samolotach, na kierownicy samochodu podczas postoju na światłach i parkingu – kiedy żona robi zakupy – oraz w hotelowych łazienkach, kiedy Ania spała. Marzę jednak o większych formatach i na to potrzebny jest czas i spokój. Mam też bardzo dużo kolejnych propozycji organizowania wystaw i zostania ich kuratorem. Już do końca roku mam zaplanowanych pięć wystaw, które będę organizował w różnych miejscach.

Rozumiem, że lubisz wspierać oraz pomagać zaistnieć w Nowym Jorku innym, zarówno uznanym, jak i początkującym artystom, którzy dzięki tobie mogą pokazać tutaj swoje prace.
Wiele osób jest mi za to wdzięcznych. Miło jest czasem otrzymać list z podziękowaniami. Były i takie sytuacje, że wystawy, które zorganizowałem niektórym artystom pomogły im uzyskać doktorat sztuki, ponieważ musieli się wykazać, że działają nie tylko w Polsce, ale również poza jej granicami. Zorganizowałem także wiele debiutów amerykańskich, zarówno dla tych, którzy mieszkają w kraju, jak i są tutaj. Bardzo trudno jest zorganizować indywidualną wystawę, a nawet dołączyć do zbiorowej, w manhattańskich galeriach, np. na Chelsea, ponieważ są one bardzo drogie. Dlatego te moje skromne, kameralne i niekomercyjne miejsca stwarzały dla wielu polskich artystów możliwość amerykańskiego debiutu. W dodatku obecnie Greenpoint – który nabiera coraz większej mocy i staje się modny przez to, że jest przedłużeniem artystycznego Williamsburga – jest bardzo dobrze odbierany jako miejsce wystawowe. Dlatego też pojawia się tutaj coraz więcej amerykańskich galerii. Myślę, że z tego powodu za jakiś czas każdy będzie chciał zaistnieć na Greenpoincie. W Galerii A.R wystawiali się m.in.: Joanna Sarapata, Adam Broż czy też Jagoda Przybylak, były także obrazy Jana Lebensteina i wielu innych znanych artystów. W galerii tej królowały prace na papierze, czyli fotografia, grafika, rysunek i malarstwo. Prócz indywidualnych wystaw były także zbiorowe, np. grupy Złota Linia z Polski czy artystów z Lublina. W sumie przez te sześć lat działalności galerii przewinęło się przez nią około 250 artystów.

Promowałeś ich – jak już wspominałeś – także w innych miejscach. Czy jesteś w stanie określić, przynajmniej orientacyjnie, ile w sumie wystaw udało ci się zorganizować?
Emerytura jest już coraz bliżej, więc pewnie niebawem będę mógł zrobić taki artystyczny rachunek sumienia. Muszę dopiero policzyć wszystkie wystawy przygotowywane w innych miejscach niż Nowy Jork. Myślę, że w sumie było ich co najmniej 350. Poza tym mam jeszcze kilka pasji, które również zabierają mi sporo czasu. Uwielbiam rośliny, w związku z czym zarówno w domu, jak i pracy mam setki doniczek z kwiatami, którymi trzeba się opiekować. Kocham fotografię, której nie chcę zbytnio eksponować jako artysta fotografik, ale bardzo ją lubię. Robię również dokumentację filmową różnych wystaw i polonijnych imprez oraz naszych podróży, które wraz z Anią uwielbiamy. Muzea i parki narodowe to nasz raj. Interesuje się także numizmatyką.

Skąd jest w tobie tyle zacięcia związanego ze sztuką i jej promocją?
Wszystko zaczęło się jeszcze w czasie szkoły średniej, kiedy odwiedzałem swoich studiujących przyjaciół. Słyszałem od nich wiele ciekawych historii, m.in. jak wyglądają plenery, czy też jak powstała znana w Lublinie Grupa AS, stworzona dzięki wsparciu Mariana Bogusza, znanego artysty i twórcy słynnej galerii Arsenał. Był on ich wykładowcą i dzięki niemu kilka osób z Grupy AS jeździło m.in. na wystawy do Francji, a jako że ich znałem, to nawet troszeczkę im tego zazdrościłem. Dlatego też później z kilkoma kolegami założyłem studencką Galerię KONT, która z jednej strony zabierała mi dużo energii, a z drugiej mi jej dodawała. Jednak moje artystyczne wariactwo związane jest z moim głuchoniemym dziadkiem Janem Królem. Pamiętam go z wczesnego dzieciństwa, ponieważ później rzadziej miałem okazję się z nim spotykać. On uwielbiał rysować różne historyjki na kartkach – najczęściej były to walki aniołów z diabłami – a ja bardzo lubiłem je oglądać i podawać mu kolejne czyste kartki, by dalej to robił. On był tym zachwycony, ponieważ w końcu ktoś go rozumiał i postrzegał jak artystę, a nie dziwaka. Myślę, że trochę genów odziedziczyłem właśnie po nim. Mój tata także był uzdolniony plastycznie i muzycznie, a nawet przez 30 lat grał w orkiestrze. Również mój syn Arthur posiada podobne cechy, a ja – jak niektórzy uważają – mam słuch absolutny i kiedyś grałem na gitarze oraz na akordeonie, a nawet śpiewałem w chórze. Miałem także zacięcie literackie. Należałem do Koła Młodych Związku Literatów Polskich w Lublinie, i nawet miałem wydać swój tomik poezji, ale ostatecznie z tego zrezygnowałem i oddałem się sztuce plastycznej. Uwielbiam improwizację rysunkową i malarską, natomiast nie lubię rysować i malować „z natury”. Kiedyś to robiłem, ale wszystko zmieniło się 20 lat temu, gdy odwiedził mnie Lubomir Tomaszewski, by wybrać prace na wystawę w Skulski Art Gallery w Clark, NJ. Po obejrzeniu wielu rysunków wyciągnąłem – na jego prośbę – z szuflady prace, których nie chciałem nikomu pokazywać. Były to mocne oraz bardzo emocjonalne i ekspresyjne rysunki, przewidujące trochę śmierć mojego taty oraz przedstawiające różne upadłe anioły. Lubek, gdy tylko je zobaczył, stwierdził, że to jest właśnie to, co go interesuje, co należy wziąć na wystawę, bo zawiera emocje. Dał mi wówczas poważnego kopniaka artystycznego, za co jestem mu bardzo wdzięczny, ponieważ zacząłem iść drogą przez niego wskazaną, związaną z ekspresją i emocjami. Do tej pory, prowadząc tzw. rozmowę z kartką, tworzę przeróżne rzeczy: akty, pejzaże, rośliny, zwierzęta, maski itd.

Janusz Skowron – artysta, promotor kultury i sztuki polskiej. Od 1989 r. mieszka w Nowym Jorku. Uprawia malarstwo, grafikę, ilustrację, rysunek i fotografię. Wziął udział w ponad 300 wystawach indywidualnych i zborowych (m.in. we Francji, Niemczech, Danii, Ukrainie, Czechach, Węgrzech, Chinach, Korei Południowej, Stanach Zjednoczonych i w Polsce). Od wielu lat jest niezależnym promotorem sztuki (ponad 250 ekspozycji). Jest także współzałożycielem lubelskiej Galerii KONT (1978) i założyciel nowojorskiej A.R Gallery. Od 1999 roku należy do Międzynarodowej Grupy Artystycznej Emocjonaliści / Foto: WŁODZIMIERZ PŁANETA

Z twoich wypowiedzi wynika, że artystycznie ukształtowały i ukierunkowały cię dwie osoby – dziadek oraz Lubomir Tomaszewski.
Wydaje mi się, że chyba masz rację. W sztuce jest tak, że na początku należy poznać jej abecadło, czyli sposób rysowania martwej natury, zachowywania proporcji itd. Później zauważa się, że można z pewnych rzeczy zrezygnować. Moi koledzy z Grupy AS nie używali czerni, wykorzystywali za to linie i figury geometryczne połączone z kolorami, przez co w ich pracach realizm mieszał się z abstrakcją. Ja przez jakiś czas też tak próbowałem robić, ale nie byłem z tego zadowolony. Dopiero Lubek wyprostował mi podejście do sztuki, dlatego od początku był dla mnie ogromnie ważny. Również zawsze bardzo dobrze odbierałem jego rzeźby, które tworzone były z kamieni, korzeni czy nawet kory. I on już w chwili znalezienia tych elementów w lesie oczami swojej wyobraźni widział, co z tego wyniknie, np. tors konia. Laik by pewnie nie zwrócił uwagi na taki kamień czy kawałek drewna, ale Lubomir miał ten dar, że widział więcej, a później potrafił to uzupełnić szkłem czy kawałkiem blachy. To była bardzo organiczna praca. Podobnie jest w rysunku i malarstwie, gdy artysta zaczyna coś malować i „rozmawiając z kartką” tworzy swoją pracę. To jest prawdziwy teatr natury, podobny jak podczas patrzenia w niebo. A w dzieciństwie dużo czasu spędziłem patrząc wraz z dziadkiem w przemieszczające się chmury. Byłem bardzo wrażliwym dzieckiem, nawet do tego stopnia, że nie mogąc zasnąć widziałem na suficie i ścianach różne straszne rzeczy. Z kolei w ciągu dnia, leżąc na trawie i patrząc w niebo, widziałem jak chmury walczą ze sobą, jak się tworzą obrazy pięknych kobiet, zwierząt itd. To wszystko było oparte na nieświadomym odbieraniu różnych emocji, co później uświadomił mi Lubek. Zawsze to podkreślałem w rozmowie z nim, dziękując mu za tego artystycznego kopniaka. Lubomira już z nami nie ma, ale we mnie została pasja, i póki mam energię, wyobraźnię, papier, ołówki, piórka i trochę czasu podczas podróży samolotami, to rysuję, a to sprawia mi niesamowitą radość. Nigdy nie traktowałem sztuki komercyjnie, nie tworzyłem jej po to żeby ją sprzedawać, z wyjątkiem czasu, gdy wraz z Anią, jako młode małżeństwo, przeżywaliśmy ciężki czas. Wówczas malowałem na zamówienie i na sprzedaż, teraz swoje prace rozdaję jako podarunki. Cieszę się również z tego, że namalowałem kiedyś kilka obrazów religijnych, które znalazły się w kościołach i na plebaniach u księży, również tutaj, w Stanach Zjednoczonych.

Wykorzystujesz różne techniki plastyczne, rysujesz i malujesz. W czym się najlepiej czujesz? Czy jest jeszcze coś, czego chciałbyś spróbować?
Bardzo brakuje mi grafiki, w której się dyplomowałem. Pracę magisterską pisałem o Grupie AS, a dyplom robiłem z litografii. Na studiach poznałem także rzeźbę, fotografię i malarstwo, ale grafika była mi najbardziej bliska. Jednak nie mając tutaj odpowiedniego warsztatu graficznego, prasy, farb itd., udało mi się, mimo wszystko, zrobić ponad 50 prostych grafik, w technice suchej igły, linorytu czy monotypii. Natomiast rysunek, który podobno jest takim zapisem sumienia, jest mi bardzo bliski. Mniej maluję zwłaszcza na dużych płótnach, bo często za jednym posiedzeniem nie da się skończyć takiej pracy, a czasu nie mam za dużo. Staram się malować akrylem, ponieważ jest to szybszy sposób niż przy korzystaniu z farb olejnych, które także uwielbiam. Tak więc obecnie najwięcej rysuję i robię zdjęć, ale czasem także maluję i często łączę rysunek z malarstwem, wykorzystując kolorowe tusze, łącząc je z akwarelą i akrylem. Jednak gdy już będę na emeryturze, to na pewno wykorzystam jeszcze kilka różnych technik artystycznych.

Jesteś osobą, która wszystko robi bardzo starannie i dokładnie. Czy jesteś w stanie powiedzieć, ile w swoim życiu namalowałeś obrazów oraz zrobiłeś rysunków i szkiców?
Teraz przywiązuję do tego większą wagę niż kiedyś i robię dokładną dokumentację oraz podpisuję prace. Robię katalogi na wystawy, gromadzę recenzje i artykuły, ponieważ wiem, że jeżeli teraz tego nie zrobię, to w przyszłości będzie trudno do tego dotrzeć. Obecnie robię zdjęcia obrazów, które maluję, ale kiedyś, gdy jeszcze mieszkałem w Polsce, jak coś namalowałem, to rozdawałem i nie przykładałem wagi ani do wystaw, ani do dokumentacji, przez co pewne rzeczy bezpowrotnie uciekły. Jeżeli chodzi o liczbę prac, to myślę, że obrazów na płótnie i papierze namalowałem ponad tysiąc, a rysunków i szkiców jeszcze więcej. Dużo prac mam przechowywanych w Polsce, kilkadziesiąt jest w Paryżu, a także wiele z nich krąży po różnych wystawach. Myślę jednak, że najlepsze rzeczy ciągle są jeszcze przede mną. Poza tym jestem członkiem Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików i czynnym uczestnikiem zbiorowych wystaw okręgu podkarpackiego. Biorę także udział w różnych wystawach w Polsce oraz aukcjach charytatywnych. Od wielu lat wspieram Fundację im. prof. Juliana Aleksandrowicza, Fundację im. Brata Alberta, a także różne nowojorskie aukcje, m.in. organizowane przez Children’s Smile Foundation. Biorę także udział w wystawach międzynarodowych oraz różnych konkursach, a ostatnio w Nałęczowie dostałem nawet nagrodę za rysunek w konkursie im. Andriollego.

Czym jest dla ciebie malowanie i rysowanie?
Mam wielką satysfakcję, że jako Polak mieszkający w Stanach Zjednoczonych mogę posługiwać się uniwersalnym na całym świecie językiem, jakim jest sztuka. Cieszę się że również syn Arthur poszedł w moje ślady. Wiem, że mam następcę i życzę mu jak najlepiej oraz… by miał z tego pieniądze. Lubomir Tomaszewski zawsze nam mówił, żeby tworzyć sztukę tak, by dzięki niej można zaistnieć, ale także by można z niej żyć. Z tym ostatnim różnie bywa, dla mnie jest to jednak pasja i hobby, bo zarabiam w inny sposób.

Zakończyłeś działalność Galerii A.R, ale jak podkreśliłeś wcześniej, nie kończysz aktywności artystycznej. Zatem co dalej? Jakie masz plany?
Boję się, że żona może to przeczytać, więc nie mogę zdradzić wszystkiego. Ze smutkiem zamknąłem tę galerię, ale wierzę, że w to miejsce nastąpią nowe otwarcia. Mogę zdradzić, że mam zaplanowanych, jeszcze na ten rok, kilka wystaw, których organizacji się podjąłem. Wśród nich, m.in. 3 grudnia w Fundacji Kościuszkowskiej zostaną pokazane nagrodzone rysunki z konkursu im. Andriollego w Nałęczowie, a później odbędzie się tradycyjnie „Sztuka pod choinkę” w Galerii Kuriera Plus. Tak więc zapewniam, że nie wycofuję się całkowicie z aktywności artystycznej, tylko nieco ją zwalniam, żeby odpocząć i naładować swoje akumulatory. Zależy mi również, żeby najbliższe miesiące wykorzystać na malowanie i rysowanie, ponieważ już jakiś czas temu miałem propozycje dużych indywidualnych wystaw w Polsce i różnych innych krajach. Do tej pory przesuwałem to na plan dalszy, bo pochłaniały mnie obowiązki, które miałem tutaj, na miejscu. Wreszcie chcę sprawdzić, na ile te oferty były poważne i prawdziwe. Te wystawy, które były mi obiecane będą dla mnie dużym krokiem w indywidualnym dopełnieniu. W planach mam pokazanie swoich prac m.in.: w Gdańsku, Koszalinie, Krakowie, Warce, Lublinie, a także w Luksemburgu i Los Angeles.

Czy masz jeszcze jakieś marzenia jako artysta i promotor?
Jeżeli marzyć to tylko o tym, żeby kiedyś po latach została po nas jakaś pamiątka. Fajnie by było, gdyby za sto lat, gdy nas już nie będzie, na gwoździu w Metropolitan Museum of Art zawisła jakaś praca, z którą miałem kontakt. Niekoniecznie chodzi o moje malarstwo, ale o jakiekolwiek dzieło osoby, której robiłem wystawę. Gdyby coś takiego zaistniało, to na pewno tam, w górze, w niebie, będę głośno krzyczał i cieszył się, że miałem okazję wspomóc takiego artystę. To oczywiście marzenia, ale naprawdę byłbym bardzo zadowolony, gdyby po latach ktoś pamiętał o tym, co udało mi się zrobić w celu promocji i reprezentowania polskiej sztuki.

Janusz Skowron z żoną Anią, która nie tylko wspiera go w działalności artystycznej, ale jest jego muzą / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

1 KOMENTARZ