Niekończąca się przygoda z judo

270
Sylwester Gaweł ze srebrnym medalem zdobytym w 2005 r. na mistrzostwach świata w Kanadzie w kategorii plus 30 (Masters)/Z ARCHIWUM S. GAWŁA

Rozmowa z Sylwestrem Gawłem, byłym mistrzem Polski oraz Stanów Zjednoczonych, a obecnie prezesem New York Judo Association i trenerem judo w USA.

Judo jest pięknym sportem walki. Kiedy zetknąłeś się z judo i dlaczego wybrałeś właśnie ten sport?
Wybór określonej dziedziny życia, którą człowiek chce się zająć, określa jednocześnie daną osobę. Próbowałem różnych dziedzin sportu: biegałem, grałem w piłkę ręczną i piłkę nożną, ale walka z czasem specjalnie mnie nie pociągała, odpowiedzialność zbiorowa tym bardziej – bo lubiłem to, za co sam odpowiadałem. Za przykładem mojej starszej siostry, uprawiającej judo, zająłem się też tym sportem. Miałem wówczas 10 lat. I do tej pory z judo nie mogę się rozstać.

Gdzie to wszystko się zaczęło?
Zacząłem trenować w Wiśle Kraków. I trenowałem w tym klubie aż do momentu wyjazdu do Stanów Zjednoczonych.

Kiedy sięgniemy do historii, to należy jednoznacznie stwierdzić, że Wisła była świetnym klubem i miała wielu znakomitych zawodników.
O tak. W klubie tym byli zawodnicy, którzy stali się legendami tego sportu w Polsce, między innymi: Wojciech Dworczyński, Krzysztof Wojdan, Krzysztof Węglarz, Edward Suchan, Artur Kłys czy Katarzyna Kłys. Prekursorem sekcji judo w Wiśle był Czesław Łaksa. Stał się on legendą krakowskiego i polskiego judo. Do tej pory jest trenerem i aktualnie prowadzi klub w Wolbromiu. Robi to świetnie, gdyż w dalszym ciągu jego zawodnicy osiągają znakomite wyniki. Za moich czasów Wisła kilkakrotnie zdobyła tytuł drużynowego mistrza Polski, a wielu zawodników zdobywało tytuły indywidualnych mistrzów kraju. Walczyliśmy z sukcesami w Pucharze Europy i osiągaliśmy dobre wyniki w Pucharze Świata. Walczyliśmy też o udział w igrzyskach olimpijskich.

W 1996 roku zdobyłeś tytuł mistrza Polski w kategorii open. Miałeś wówczas szanse pojechać na igrzyska olimpijskie?
Kilka razy byłem blisko. Najbliżej wyjazdu na igrzyska byłem w roku 2000. W 1999 miałem za sobą najlepszy sezon. Zwyciężyłem wówczas w Pucharze Świata w kategorii 90 kg, zdobyłem kilka medali, ale system kwalifikacji był – porównując go do obecnego – niesprawiedliwy, a może lepiej byłoby powiedzieć nieczytelny, i ostatecznie nie udało mi się zakwalifikować. W 2000 roku przed igrzyskami było tylko 6 zawodów w Pucharze Świata i nie trafiłem z formą. Kiedyś o tym, czy zawodnik pojedzie na olimpiadę, decydował przede wszystkim trener. W 2000 roku na igrzyskach w Sydney w mojej wadze żaden z Polaków nie walczył.

Dla porównania powiem, że dzisiaj każdy pracuje dla siebie, zdobywa punkty w rankingu podczas różnych zawodów i to decyduje, czy zawodnik zostaje zakwalifikowany do drużyny olimpijskiej. W sezonie jest blisko 30 zawodów w Pucharze Świata. Kwalifikacje do igrzysk trwają dwa lata, a więc możliwości zdobycia punktów i kwalifikacji jest naprawdę wiele.

Ile razy wywalczyłeś tytuł mistrza Polski?
Kilka razy. W kategorii młodzieżowej i seniorów, w wadze open, w której walczyłem z zawodnikami o wiele ode mnie cięższymi, bo ważyli po 120-130 kg. Ja ważyłem wówczas osiemdziesiąt parę kilogramów. Jest to dowód na to, co w judo naprawdę jest ważne – na pewno nie masa ciała.

Pracę trenerską zacząłeś już w Polsce, będąc czynnym zawodnikiem, czy dopiero po przyjeździe do USA?
W Polsce. Założyłem tak zwany UKS w Witkowicach koło Krakowa, czyli Uczniowski Klub Sportowy. Kluby te miały wówczas dofinansowanie ze strony rządu. Celem tych klubów była popularyzacja różnych dziedzin sportu wśród młodzieży szkolnej. Moja sekcja judo bardzo prężnie działała. Redaktor Robert Żurek z Telewizji Kraków pomagał mi w promowaniu tej sekcji, zrobił o niej wiele ciekawych programów. Na przykład w jednym z tych programów promowaliśmy bezpieczny sposób upadania.

A jak to się stało, że wylądowałeś w Stanach Zjednoczonych?
Każdy sportowiec marzy o tym, aby osiągnąć duże sukcesy w swojej dyscyplinie i ładnie zwieńczyć karierę. Jeszcze byłem młody, miałem wówczas 27 lat, i marzył mi się olimpijski medal. Niestety, na igrzyska do Sydney nie pojechałem. Byłem zawiedziony i zacząłem szukać czegoś, co mogłoby ugasić moje sportowe ambicje.

Wówczas dowiedziałem się, że moja babcia urodziła się w Stanach Zjednoczonych. Pomyślałem o wyjeździe do USA. Wylądowałem na amerykańskiej ziemi w maju, dokładnie 100 lat po narodzinach mojej babci Stefanii Poręby. Po przyjeździe znalazłem dokument potwierdzający jej narodziny w kościele w Filadelfii. Jej rodzina przyjechała do Stanów w latach 80. XIX wieku.

Przyjechałem do Nowego Jorku mając wizę turystyczną. Zacząłem zwiedzać ten piękny kraj. Pewnego razu zajrzałem do klubu judo na Queensie. Ponieważ jestem uzależniony od judo, zacząłem tam ćwiczyć. Trzeciego dnia przybyła tam delegacja z New York Athletic Club – jest to największy klub sportowy w USA. Zaproponowali mi, abym zaczął u nich trenować.

Oczywiście skorzystałem z propozycji. Miałem świetne miejsce do treningów, dzięki czemu mogłem uczestniczyć potem w różnych amerykańskich turniejach judo. A jednocześnie pomagałem im w przygotowaniach judoków amerykańskich do różnych turniejów, także do igrzysk olimpijskich. W New York Athletic Club pracowałem 10 lat. Była to cudowna przygoda ze sportem.

A jaki masz pas?
W judo jest pas biały, żółty, pomarańczowy, zielony, niebieski, brązowy i czarny, a potem są dany: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty. Zawodnik posiadający najwyższy stopień, czyli szóstego dana, nosi biało-czerwony pas. 8, 9 i 10 dan to czerwony pas. Ja na razie mam piątego dana i noszę czarny pas. Kilka razy zdobyłem tytuł mistrza USA w kategorii open – bo była to jedyna kategoria otwarta dla obcokrajowców. Następnie ponownie zacząłem startować w turniejach Pucharu Świata. Po wielu latach otworzyłem własny klub judo w celu popularyzowania tego sportu oraz polskiej kultury wśród amerykańskiej Polonii.

Gdzie zacząłeś działalność trenerską?
Na Greenpoincie, w Centrum Polsko-Słowiańskim przy Java Street. Jest to przecież do dziś bardzo polska dzielnica, gdzie mieszka i bywa bardzo wielu Polaków. Przygotowałem program liczący 67 stron, który był totalnym zaskoczeniem dla ówczesnego kierownictwa Centrum, ale z drugiej strony wywołał ogromne zainteresowanie. Jego realizację rozpocząłem od pokazu. Był to dobry pomysł, bo z każdym tygodniem przybywało osób mających ochotę uprawiać judo. Doprowadziłem do tego, że mieszkańcy Greenpointu nie mylą już judo z karate.

W pewnym momencie pojawiły się problemy z salą i musiałem zrezygnować z prowadzenia klubu w CPS. Dzięki uprzejmości kierownictwa Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej znalazłem miejsce w głównej siedzibie przy McGuinness Boulevard na Greenpoincie. Muszę z radością podkreślić, że dyrektor wykonawczy Bogdan Chmielewski jest od początku mecenasem i fanem naszego klubu. Dzisiaj wiem też, że popiera rozwijanie sportu i kultury w polskich środowiskach.

Jakie jest zainteresowanie tym sportem? Czy tylko Polacy uprawiają judo?
Mniej więcej 60 procent trenujących stanowią Polacy, ale są także Amerykanie i przedstawiciele innych narodowości. Widać, że podoba im się to, co robimy, bo aktualnie, w zależności od sezonu, mamy od 150 do 200 młodych ludzi uprawiających judo. Zajęcia prowadzone są 10 miesięcy w roku. W wakacje zawsze jest mniej chętnych, dlatego organizujemy wówczas specjalne obozy. W sierpniu zazwyczaj mamy wolne.

Ze względów organizacyjnych aktualnie zajęcia sportowe prowadzimy w wynajmowanych prywatnych salach, ale mamy bardzo duże poparcie organizacji polonijnych, w tym właśnie Unii Kredytowej. Wynajmuję salę przy Leonard Street na Greenpoincie przy kościele narodowym. Sala ta przeznaczona jest wyłącznie do treningów judo. Maty są rozłożone na stałe. Warunki są naprawdę świetne, atmosfera również.

Sam nie byłbyś w stanie prowadzić zajęć w kilku miejscach i z tyloma młodymi sportowcami. Kto ci w tym pomaga?
Był taki okres, że praktycznie sam wszystko robiłem. Ale kiedy zaczęło przybywać chętnych, a zajęcia trzeba było prowadzić w kilku miejscach, nie byłem w stanie wszystkiego ogarnąć. Osoby, które mi pomagają, są to moi wychowankowie, mistrzowie USA: Wojtek Szuliński i Patryk Obiedziński. Obaj są w kadrze narodowej Stanów Zjednoczonych. Mamy dokładnie rozpisany podział obowiązków. Oni prowadzą zajęcia z najmłodszymi dziećmi, z juniorami, a ja z seniorami. Zajęcia prowadzimy na Greenpoincie, na Ridgewood i w Wallington w stanie New Jersey.

Grupa dzieci w wieku od 4 do 14 lat, z trenerem Wojciechem Szulińskim, podczas treningu na Ridgewood, NY/Marcin Żurawicz

W grupie najmłodszych, a więc 4-6 lat, prowadzimy gry i zabawy, aby dzieci polubiły sport. Uczymy je też padać oraz wprowadzamy elementy rywalizacji, co dzieci bardzo lubią. Rodzice są zadowoleni, bo dzieci wyładowują swoją energię na macie, a nie w domu, a przy okazji czegoś fajnego się uczą.

W grupie od 7 do 12 lat są już dzieci, które posiadają spore umiejętności: potrafią padać, uczą się techniki, dochodzi rywalizacja w stójce, uczestnictwo w turniejach lokalnych, ale także i tych większych, akrobatyka, gimnastyka; judo jest sportem wszechstronnym stąd te różne umiejętności.
Trzecia grupa (od 13 lat) to są juniorzy i seniorzy. Uczą się techniki, taktyki, no i walczą. Nie zmuszamy nikogo do walki, każdy sam podejmuje decyzję, czy chce walczyć. Kiedyś w Polsce było tak, że jak ktoś nie chciał walczyć, reprezentować klubu w turnieju, to musiał klub opuścić. Dzisiaj jest inaczej. Wiele osób, także starszych, przychodzi na treningi i uprawia judo rekreacyjnie. Jest to dla nich fajna zabawa. Powiem szczerze, że nie znam osoby, która przeżyła przygodę z judo i źle ją wspomina.

Czy to oznacza, że każdy, kto chciałby posmakować sztuki walki, może zgłosić się do was i ćwiczyć w jednym z tych trzech miejsc?
Tak, nie ma żadnych przeciwwskazań i ograniczeń. Zajęcia judo uznane zostały za profilaktykę mającą na celu zminimalizowanie ryzyka nabywania przez dzieci wszelkiego rodzaju kontuzji, jak np.: stłuczenia, zwichnięcia złamania, wstrząsy mózgu itp.

Judo przyczynia się do harmonijnego rozwoju i dowodzi, że nie siła i ciężar ciała, a szybkość i zręczność są czynnikami decydującymi o działaniu. Jest dla młodzieży właściwym systemem wychowania fizycznego, sportem, który najlepiej przygotowuje do życia. Pozwala młodzieży nie tylko odkryć i rozwijać własne możliwości, ale także osiągnąć skuteczność w działaniu. Poza tym judo rozwija szybkość, zwinność, wytrzymałość i siłę, a także spostrzegawczość, opanowanie, odwagę, odporność, koncentrację i wytrwałość. Są to cechy, które przydają się później nie tylko na sportowej macie, ale także w życiu.

Dziewczyny również mogą uprawiać judo?
O, jak najbardziej. Dziewczyny mają większe serce do walki. Był taki okres, że kiedy zaczynaliśmy treningi na Ridgewood, mieliśmy więcej dziewcząt niż chłopaków. Dziewczyny uwielbiają rywalizację i walczą bardzo ostro. Potrafią bez oporów, bez kalkulacji iść na całość.

Ilu wychowałeś mistrzów Stanów Zjednoczonych?
Jest to spora grupa. Mamy kilku seniorów, którzy zdobywali i zdobywają mistrzowskie tytuły. W kategorii juniorów kilkunastu chłopaków zdobyło mistrzostwo. Nawet mamy mistrzów wśród 10-12-latków. Dwaj chłopcy w ciągu ostatnich dwóch lat wygrali wszystkie turnieje. Wynik jest ważny, bo sukcesy nakręcają, skłaniają do intensywnej pracy, do pójścia do przodu.

Jeśli już ktoś zdecyduje się trenować, przychodzi na treningi, to czy musi trenować z całych sił, do granic możliwości, czy tylko tyle, ile… mu się chce?
Dla wielu osób jest to rekreacja, chęć poprawienia swojej sprawności fizycznej – a my im w tym pomagamy. Nikogo do niczego nie zmuszamy. Oczywiście narzucamy zasady obowiązujące w judo, których nie można przekroczyć. Nie boimy się zwracać uwagi i pilnujemy dyscypliny, dbamy o dobre zachowanie. Były przypadki, że parę osób musieliśmy usunąć z sekcji, bo się nie dostosowywały do obowiązujących zasad. Narzucamy zdrowe zasady rywalizacji.

W judo wszystko jest proste i wiadomo, co trzeba zrobić, aby wygrać. Co ważne, dzieci i młodzież przenoszą potem te zdrowe zasady rywalizacji do swojego codziennego życia. Z punktu widzenia trenera najważniejsze jest jak najlepiej przygotować młodego człowieka do walki, do osiągania jak najlepszych wyników. Ale naszym celem jest również takie przygotowanie młodego człowieka, aby umiał odnaleźć się w życiu. Bo tak naprawdę to jest to najważniejsze!

Judo to po prostu gentleway – co oznacza, że należy w sposób zdecydowany, ale zgodny z przepisami, przedstawiać na macie swoje argumenty. Bo jest to naprawdę duża umiejętność, wręcz sztuka, tak się przygotować, tak walczyć, aby wyglądało to jako rzecz ładna i prosta. Nikt nie oczekuje od dziecka, że w ciągu tygodnia zostanie mistrzem. Jeśli codziennie chociaż o krok pójdziemy do przodu, czegoś się nauczymy, to już jest wielki sukces.

A co dla ciebie, w tej wciąż trwającej przygodzie z judo, było czy też jest, największym sukcesem?
Mam swoją własną definicję sukcesu, która korygowana jest przez moje doświadczenia życiowe. Judo to moje życie. Sukces? To na pewno rodzina. Sukcesem dla mnie jest to, że poznałem bardzo dużo nietuzinkowych, interesujących osób. Miałem przyjemność z nimi obcować, pracować, cieszyć się. Zwiedziłem prawie cały świat, mam przyjaciół prawie wszędzie. Myślę, że to sport jest przyczyną, a nawet kluczem, który otwiera wiele drzwi do poznawania ludzi.

Sylwester Gaweł Judo Club działa w metropolii nowojorskiej od 2005 r. Trenerem koordynatorem jest obecnie wychowanek Wojciech Szuliński. Zajęcia prowadzone są już dla dzieci od 4. roku życia. Więcej informacji: https: //www. facebook. com/sylwestergaweljudoclub
Zajęcia odbywają się w sekcjach:
678 Leonard Street, Grenpoint, NY
6679 Forest Avenue, Ridgewood, NY 11385
111 Lester Street, Wallington, NJ 07057
Kontakt:
Tel. 347-499-2556 (Wojtek) lub
[email protected]