Nigdy nie zapomnimy…

93
EPA-EFE/JUSTIN LANE

11 września 2001 r. Byłam wtedy w biurze na Brooklynie, w dzielnicy Bay Ridge. Dzień zapowiadał się całkiem zwyczajnie. Do godziny 8:46 rano. Wtedy w północną wieżę Word Trade Center, z prędkością 750 km na godzinę, uderzył pierwszy z porwanych samolotów. Trafienie nastąpiło między 93. a 99. piętrem budynku. Zginęli wszyscy na pokładzie i w biurach na wspomnianych piętrach. Ci, którzy byli wyżej, znaleźli się w śmiertelnej pułapce. Wtedy myśleliśmy, że to koszmarny wypadek. 17 minut później w wieżę południową uderzył kolejny samolot. Stało się jasne – to potworny zamach terrorystyczny, o którym nigdy nie zapomnimy.

Bez względu na to, gdzie wtedy byliśmy -– czy w Nowym Jorku, gdzieś w USA, czy w którymkolwiek innym miejscu na świecie, każdy, kto wtedy był, wie dokładnie co robił 11 września. Choć od zamachów minęło 19 lat, emocje związane z tym wydarzeniem są tak samo silne, bo nie można zapomnieć o najtrudniejszym dniu we współczesnej historii USA i jednym z najtrudniejszych w dziejach współczesnego świata. Relacjonowany niemal od początku na żywo, przez setki stacji telewizyjnych, pokazał nam do czego prowadzi ślepa nienawiść do świata zachodniego. We wszystkich zamachach przeprowadzonych tego dnia zginęło w sumie prawie 3 tysiące osób, w tym Polacy. Najwięcej w Nowym Jorku. Po uderzeniu samolotów w wieże, setki osób znalazły się w potrzasku. Otoczone dymem i ogniem, bez możliwości ucieczki. Nie tylko nie działały windy (a nawet jak, to byłyby śmiertelną pułapką), ale ucieczka klatkami schodowymi od razu przestała być możliwa. Temperatura wzrosła do kilku tysięcy stopni, topiąc żelbetonowe konstrukcje.

W późniejszych relacjach z tego dnia powtarza się zdanie, że ci którzy zginęli od razu, w momencie wybuchu, mieli szczęście, bo pozostali umarli w męczarniach lub podejmowali dramatyczną decyzję – łapiąc się wspólnie za ręce z kolegami z biura skakali z okien, by nie spłonąć żywcem. Te sceny także zostały uwiecznione przez kamery telewizyjne i aparaty fotoreporterów. Panie ubrane w garsonki, bez butów i panowie w marynarkach stojący przez chwilę na parapetach i jakby na wspólny sygnał skaczący w dół, ratując się przed bólem płomieni.

Na 106. i 107. piętrze wieży północnej mieściła się słynna restauracja Windows on the World. Jak później sprawdzono, to właśnie z niej najwięcej osób zdecydowało się na samobójczy skok. W sumie zginęło 79 pracowników lokalu i 91 gości. Jedną z ofiar był 37-letni Jan Maciejewski, który był w restauracji kelnerem. tego dnia miał mieć urlop, przyszedł na poranną zmianę, bo menedżer zadzwonił, że brakuje kelnerów. Właściciel restauracji przeżył tylko dlatego, że od kilku dni miał zepsute okulary i jakiś czas przed atakiem, zdecydował się zjechać do znajdującego się na parterze optyka. Ten nie chciał od razu naprawić okularów i uparł się na przeprowadzenie badania wzroku. Te kilka minut, jak powtarzał w wielu wywiadach Michael Lomonaco, uratowało mu życie. Gdy zobaczył co się stało, chciał natychmiast wrócić po pracowników, ale nie był w stanie.
Pomóc chcieli policjanci, strażacy i inne służby. Część weszła do budynków, doszli do miejsca uderzenia. Zgłoszenia stamtąd można posłuchać w 9/11 Memorial Museum. Kilka z nich nagle jest przerwanych. To był moment kiedy zaczęła się walić najpierw wieża południowa, a niedługo później północna, na końcu runęła wieża trzecia.

Prace przy odgruzowywaniu miejsca tragedii trwały wiele tygodni. Angażował się kto mógł, także Polacy zatrudnieni na budowie w innych częściach miasta. Jak się później okazało, praca na miejscu zawalenia się wież, bez odpowiedniej odzieży ochronnej, była ekstremalnie niebezpieczna. Nie ma ostatecznych danych, ale liczba osób, które zachorowały na nowotwory, wywołane przez toksyczny dym i pył, unoszące się po zamachu, liczona jest w tysiącach, co oznacza, że 11 września wciąż czyni spustoszenie.


Co roku, w rocznicę tych strasznych wydarzeń bliscy ofiar spotykają się w miejscu tragedii, by oddać honor tym, którzy zginęli, między innymi odczytując ich imiona i nazwiska, a także imiona i nazwiska ofiar bombowego zamachu z 1993 r. W tym roku jest nieco inaczej. Z powodu pandemii odczytywanie zostało wcześniej nagrane. Tak jak zawsze jest „Tribute in Light”, czyli promienie światła skierowane w górę, tam gdzie kiedyś stały bliźniacze wieże. Można je dostrzec z każdej części Nowego Jorku i nie tylko. Światła zapalają się o zachodzie słońca 11 września i zgasną o świcie 12 września. Ale pamięć wciąż trwa i będzie trwać, bo choć od zamachów minęło 19 lat, emocje związane z tym wydarzeniem są tak samo silne.