„Obiecanka cacanka” czy faktyczna deklaracja?

425
EPA-EFE/ETIENNE LAURENT

„Czuję piętno nielegalnego imigranta i jest mi zwyczajnie wstyd, że będąc tyle lat w USA, nie udało mi się zalegalizować pobytu” – przyznaje 31-letnia Jagoda. Wyjazd za ocean miał być chwilowy. Maksymalnie półroczny. Tymczasem trwa już siedem lat. Obietnica prezydenta o legalnym statusie dla nielegalnych to również dla Katarzyny promyk nadziei. – „Ale obawiam się, że jest to wyłącznie obietnica wyborcza, która nigdy nie zostanie spełniona” – uważa Polka. Obawy nie są bezpodstawne. Poprzedni demokratyczny prezydent, Barack Obama, składał podobne deklaracje, tymczasem sprzyjał masowym deportacjom.

Jeszcze w trakcie kampanii wyborczej Barack Obama, ramię w ramię z Joe Bidenem, obiecywali, że “wyciągną ludzi z cienia”. Zresztą to było właśnie jedno z ich haseł wyborczych. Obiecywali, że osoby bez legalnych dokumentów, otrzymają amerykańskie paszporty pod warunkiem, że uregulują podatki i nauczą się języka angielskiego. Przynajmniej w stopniu podstawowym. Jak wtedy komentowano, miał to być ukłon w stronę przede wszystkim imigrantów z Meksyku. Na kolejnych wiecach Obama powtarzał: „Todos somos Americanos”, czyli “wszyscy jesteśmy Amerykanami”. Jakiś czas później, gdy już objął urząd, a jego partia zdobyła większość w Kongresie, o nielegalnej imigracji zrobiło się głośno, ale za sprawą masowych deportacji. Na czele Homeland Security stanęła gubernator stanowa Arizony, która była znana z antyimigracyjnych posunięć. Na przykład podpisała ustawę, która karała firmy z Arizony odebraniem im prawa do prowadzenia działalności za zatrudnianie osób bez prawa do pracy.

Następnie w Waszyngtonie powstał program „Merida initiative”, który miał być – w teorii – walką z nielegalnym przemytem narkotyków do USA z takich krajów jak Meksyk, Kostaryka czy Salwador. W efekcie oznaczał celowanie w imigrantów, głównie z Meksyku, którzy próbowali przekraczać granicę południową. W opinii wielu, zamiast “wyciągania ludzi z cienia”, zaczął się jeszcze większy terror i pogłębił strach tych, którzy nie mają ważnych dokumentów pobytowych. Podczas prezydentury Baracka Obamy (od 2009 r. do 2016 r.) z USA deportowano ok. 3 mln 200 tys. osób. Za czasów jego poprzednika – George’a W Busha (2001 r. – 2008 r.) – ok. 2 mln.


Jagoda przyleciała do USA w 2014 r. Podobnie jak wielu innych imigrantów miała nadzieję, że jakoś uda jej się dostać amerykański paszport. Doskonale pamięta ostatni dzień, kiedy była w USA legalnie. Razem z koleżanką, której także kończyła się ważność wizy, pojechały na Coney Island. „W knajpie przy molo zamówiłyśmy drinki i amerykańskie żarcie. Później kupiłyśmy różowe zegarki z amerykańską flagą i wsiadłyśmy na rollercoaster. Żartowałyśmy, że nigdy stąd nie wyjedziemy. To, co wtedy nas śmieszyło, bardzo szybko stało się przekleństwem” – uważa rozmówczyni “Nowego Dziennika”. Gdyby mogła cofnąć czas, na pewno nie przesiedziałaby wizy. Starałaby się ją zamienić na wizę studencką lub pracowniczą. „Niektóre koleżanki z Polski pytają, czy pomogę im ustawić się w USA. Odpowiadam, że tak – poszukam pracy, pokoju, ale jak zdecydują się zostać tutaj nielegalnie, to zrobię wszystko, by im wybić to z głowy” – twierdzi 31-latka.
Z Jagodą rozmawialiśmy dwa lata temu. Wtedy liczyła, że się zakocha w obywatelu, a on w niej. Albo że uda jej się odłożyć pieniądze na ślub. Jak sprawdzała, musiałaby wydać ponad 25 tys. dolarów. Wtedy na koncie miała kilkaset. Co się zmieniło? – „Zakochałam się w obywatelu, ale on już wziął ślub dla papierów i musimy poczekać. Jak długo? Nie wiem, bo pandemia opóźniła wszystkie formalności. Więc żyjemy sobie, trochę w ukryciu, bo nie możemy publikować na przykład żadnych wspólnych zdjęć, zanim jego żona nie dostanie papierów. On za to wrzuca “romantyczne” fotki z nią. By przekonać urzędników, że “naprawdę” są razem – opowiada Jagoda. Dwa lata temu pytana, czy ma jakiś plan “b” mówiła: – „Jak już się bardzo zmęczę, a nie będzie szans na uregulowanie statusu, to pewnie wrócę do Polski i będę kontynuować studia w Warszawie. Nie obrażę się na Stany i pewnie tu wrócę za 10 lat, jak minie kara za nielegalny pobyt, ale tylko na wakacje, bo już chyba nie miałabym siły na kolejną emigrację”. Teraz na to samo pytanie odpowiada: „Jak już tyle tutaj jestem, to trochę szkoda mi tak to wszystko zostawiać. Nie jest łatwo, ale mam nadzieję, że jestem bliżej niż dalej uregulowania statusu. No chyba, że miłość się skończy…”. W obietnice Joe Bidena nie wierzy. – „Traktuję ją bardziej jak obiecankę cacankę, a radość, wiadomo komu” – dodaje.

Jak przyznają prawnicy imigracyjni, kiedyś było o wiele łatwiej, i to legalnie, zdobyć dokumenty pobytowe. Wszystko skończyło się 30 kwietnia 2001 roku, kiedy przestała obowiązywać sekcja 245(i). Pozwalała ona na staranie się o pobyt stały osobom, które wjechały do USA nielegalnie lub wjechały legalnie, ale zostały dłużej niż zezwalała na to ich wiza. Aby można było skorzystać z tej ustawy, trzeba było złożyć dokumenty na sponsorowanie (przez pracę lub rodzinę) właśnie przed 30 kwietnia 2001 roku. Teraz uregulowanie statusu jest o wiele bardziej skomplikowane. Mimo to wiele osób decyduje się na życie “na nielegalu” z nadzieją, że może coś się zmieni, a ci, którzy mają dzieci, czekają, aż one dorosną i będą mogły zagwarantować im dokumenty. Bo nawet wylosowanie zielonej karty nic nie da, jak jest się w USA nielegalnie – uczulają prawnicy.


Według różnych szacunków, w Stanach Zjednoczonych mieszka nawet ok. 12 mln nielegalnych imigrantów. Jak podaje Migration Policy Institute, najwięcej, bo ponad 6 mln, pochodzi z Meksyku. Prawie 2 mln nielegalnych imigrantów mieszka na terenie Stanów krócej niż 5 lat. 1,7 mln – ponad 20 lat. Największą grupę stanowią osoby między 25. a 35. rokiem życia – nieco ponad 3 mln. 46 proc. to kobiety. Aż 49 proc., czyli nieco ponad 5 mln imigrantów, twierdzi, że posługuje się językiem angielskim w stopniu bardzo słabym lub w ogóle. Stałą pracę ma ponad 6 mln imigrantów z ok. 10 mln, którzy ukończyli 16. rok życia. Niedawno Joe Biden zaproponował ustawę, która ma zapewnić drogę do zalegalizowania pobytu dla takich osób. Uzyskanie obywatelstwa miałoby zająć maksymalnie 8 lat. Jeszcze szybciej stałe dokumenty miałyby uzyskać osoby objęte programem Deferred Action for Childhood Arrivals (DACA).

Gdyby projekt ustawy został przyjęty, byłoby to największe działanie w celu zapewnienia obywatelstwa dla nielegalnych imigrantów. Wcześniej, w 1986 r. prezydent Ronald Reagan uczynił podobny krok, ale dla prawie 3 milionów osób. Zgodnie z proponowanymi przepisami, osoby mieszkające w USA na dzień 1 stycznia bieżącego roku, bez ważnych dokumentów pobytowych, miałyby okres pięciu lat, by uzyskać tymczasowy status prawny lub zieloną kartę. Wśród wymagań – regularne płacenie podatków i sprawdzenie tzw. przeszłości kryminalnej. Po upływie pięciu lat imigranci mogliby się ubiegać o obywatelstwo. Ustawa wysłana już do Kongresu to “The U.S. Citizenship Act of 2021”. Co o niej wiadomo? Wciąż niezbyt wiele. Oprócz tego, że osoba bez uregulowanego statusu będzie się mogła starać o stałe dokumenty, jeśli nie ma tzw. rekordu kryminalnego (na razie nie jest wiadomo, czy choćby zatrzymanie za jazdę pod wpływem alkoholu lub narkotyków wyklucza z ewentualnego starania się o dokumenty, lub na przykład niepłacenie alimentów).

Kandydat musi także udowodnić regularne płacenie podatków lub zwrócić zaległą kwotę. Inny, wspomniany już warunek to obecność na terenie USA na dzień 1 stycznia 2021 r. Można być zwolnionym z tego wymogu, jeśli było się deportowanym po 20 stycznia 2017 r. (dzień zaprzysiężenia Donalda Trumpa), a wcześniej było się w USA przez co najmniej 3 lata i ma się w Stanach Zjednoczonych rodzinę. Plan Bidena ma też eliminować 3- i 10-letnią karę za nielegalny pobyt w USA. Każdy kto już ma złożoną aplikację o sponsorowanie rodzinne, ma mieć skrócony okres oczekiwania. Zwiększyć ma się też liczba wiz w loterii wizowej – z 55 tys. do 80 tys. rocznie. Większa ma być też pula tzw. wiz U, czyli wydawanym ofiarom przemocy. Szybciej stałe dokumenty miałyby uzyskać osoby objęte programem Deferred Action for Childhood Arrivals. Miałoby to nastąpić już po 3 latach. Wśród warunków – kontynuowanie nauki lub stała praca.
W czasie kampanii wyborczej Joe Biden często obiecywał ułatwienia dla imigrantów, a działania swojego poprzednika nazywał “szkodliwymi”. Skrytykował także Baracka Obamę, mówiąc że jego administracja “posunęła się za daleko w agresywnych deportacjach”, trochę jakby zapominając, że był wówczas wiceprezydentem. Cały plan jest bardzo kosztowny i musi zostać zatwierdzony w Kongresie, a więc zostać poparty m.in. przez wszystkich demokratycznych senatorów, zakładając że republikanie będą na “nie”.

Przeciwnicy tak rozległej reformy zwracają uwagę, że polityka imigracyjna rzeczywiście wymaga naprawy, ale propozycja prezydenta to zły kierunek i może się skończyć większą liczbą deportacji nielegalnych imigrantów.
Ostateczne zasady przyznawania stałego statusu (najpierw zielonej karty, a później paszportu amerykańskiego) nie są znane. Nie jest więc wiadome, jakie będą dokładne kryteria przy jednoczesnej konieczności ujawnienia przez imigrantów swoich danych osobowych, w tym adresów zamieszkania. Komentatorzy polityczni zwracają też uwagę, że propozycja Bidena stawia demokratów w trudnym położeniu. Wcześniej już zawiedli swoich wyborców, nie spełniając obietnic Baracka Obamy. Z pewnością szykuje się ciekawa dyskusja, a kolejne miesiące pokażą, w jakim stopniu była to “obiecanka cacanka”.