Od chodzenia do kościoła nie staje się chrześcijaninem

102
FOTO: MAT. PRASOWE

Rozmowa z Szymonem Hołownią, dziennikarzem, publicystą, pisarzem, dwukrotnym laureatem nagrody Grand Press, od lat zajmującym się tematyką religijną, autorem kilkunastu książek, m.in. „Monopol na zbawienie”, „Święci codziennego użytku”, „Boskie zwierzęta”

W jednej ze swoich książek napisał pan: „Jeśli nie wybijemy sobie z głów przekonania, że możemy wszystko, popełnimy jako ludzkość samobójstwo”. Czy według pana osiągnęliśmy już szczyt samolubstwa?
Myślę, że jesteśmy blisko. Myślę, że po raz pierwszy, w moim pokoleniu, zostaniemy zmuszeni – albo zostaliśmy już zmuszeni, tylko jeszcze sobie tego nie uświadamiamy – do płacenia rachunków za rozwój związany z rewolucją przemysłową. Do tej pory udawało się to jakoś minąć bokiem, ale okazuje się, że przy takiej liczbie ludzi, która jest na świecie, i przy takim modelu, jaki mamy obecnie, zasoby dostarczane przez naszą planetę przestają dla wszystkich wystarczać.

Żeby było jasne, ziemia jest w stanie wyprodukować taką ilość kalorii, że możemy wyżywić 15 miliardów ludzi (dwa razy więcej niż jest obecnie mieszkańców – przyp. red.). Tymczasem żyjemy w takiej rzeczywistości, w której prawie miliard ludzi cierpi na głód. Ponad 2 miliardy na nadwagę i otyłość. W której 26 osób ma tyle pieniędzy, co połowa ludzkości. Więc to nie jest kwestia braków zasobów, tylko podziału tych zasobów.

Z czego to wynika?
Z wygody. Z przyzwyczajenia. Z tego, że wciąż chcemy więcej. To też jest religijnie uzasadnione absurdalną koncepcją, że nasz Bóg jest doskonałym konsumentem, który nakazał nam czynić sobie ziemię poddaną. Tymczasem my nie mamy Boga-konsumenta, my mamy Boga, który stał się żywnością, a nie konsumentem. Wypieramy to jak potrafimy, dlatego że zmiana oznaczałaby rezygnację ze swoich smaków, przyzwyczajeń, być może też z pieniędzy.

Tylko że to jest też tak, że jak zobaczymy umierających ludzi, bo to jest jedyne, co nas porusza, to czasami zaczyna nam coś w głowie przeskakiwać. Ale jak nam teraz zaczynają dzieci od smogu umierać – badania pokazują, że smog, w niektórych miejscach Polski odpowiada za olbrzymią liczbę poronień w końcowej fazie ciąży – to nagle zaczęła się w naszym kraju histeria antysmogowa. Bardzo dobrze, że się zaczęła, ale szkoda, że tak późno. Być może z innymi elementami będzie tak samo. Będziemy nabierali świadomości w miarę, niestety, jak nasi bliscy będą ginęli przez skutki naszych działań.

Jedną ze zmian, jakie pan proponuje, jest przejście dietę bezmięsną. Dlaczego zachęca pan do tego, by stać się wegetarianinem?
Proponuję raczej, by ograniczyć spożywanie mięsa, bo całkowita rezygnacja z niego dla wielu osób może być nieosiągalna.

A co się stało, że zdecydował się pan przejść na wegetarianizm?
Po pierwsze zrozumiałem, że nie chcę powodować bólu żywych stworzeń, które chcą żyć, a ja nie muszę ich jeść, bo świetnie sobie radzę bez tego. Patrząc na ten ból zwierząt, uświadomiłem sobie, że jestem skrajnym hipokrytą. Drugi powód jest taki, że dowiedziałem się, co ten przemysł mięsny, ale też generalnie rolnictwo przemysłowe, dzisiaj robi światu, a robi rzeczy naprawdę straszne.

Nie jestem przeciwnikiem rolnictwa mało intensywnego, kiedy rolnik hoduje zwierzęta na małą skalę. One mają szansę zobaczyć słońce, trawę, widzą deszcz, doświadczają życia przed śmiercią. Na fermach przemysłowych tego nie mają… Proszę sobie wyobrazić skalę tego przedsięwzięcia. W samym powiecie żuromińskim (woj. mazowieckie – przyp. red.) żyje ponad 20 mln kur, ponad pół miliona świń. Proszę sobie wyobrazić, jakie to może mieć skutki dla jednego powiatu, dla środowiska, dla jakości życia ludzi.

Gdybyśmy spróbowali zrezygnować z jednego posiłku mięsnego w tygodniu. Odnowić wstrzemięźliwość piątkową od pokarmów mięsnych. Nie żreć tego mięcha trzy razy dziennie, tak jak wielu z nas ma w zwyczaju… Przecież nawet moja babcia, która przecież nie była żadną działaczką ekologiczną, powtarzała: jedzcie warzywa, bo one są zdrowe, a wy nic, tylko ten świński tyłek i świński tyłek. I miała rację. Ten biznes związany z przemysłem, na przykład mięsnym, już dawno nie karmi ludzi, tylko produkuje więcej i więcej.

Udało się panu przekonać kogoś, by stał się wegetarianinem?
Nie mam takich ambicji. Choć jest to bardzo miłe, jak ludzie, po przeczytaniu mojej ostatniej książki, piszą do mnie, że zdecydowali się ograniczyć jedzenie mięsa. Ja nie chcę zrobić ze świata świata wegan, bo to zrobi Pan Bóg. Tak nam to zapowiedział, że raj, jaki był, taki będzie – wegański. Przestaniemy jeść mięso, zwierzęta przestaną się jeść nawzajem.

Taki był pomysł Boga oryginalnie na ten świat. Pomysł, który schrzaniliśmy. Natomiast myślę sobie, że to jest dobry kierunek, by ludzie, choć ich część, zamiast dwóch posiłków mięsnych dziennie, jadli jeden. To jest sposób, by ulżyć planecie, i to bardzo. Nadkonsumpcja mięsa nie zabija tylko i wyłącznie zwierząt, ona zabija też ludzi. Poza tym mnóstwo żywności się marnuje. Około 70 miliardów zwierząt rzeźnych ginie w ciągu roku. 12 miliardów jest wyrzucanych do kosza. To naprawdę jest chory świat, z którym coś trzeba zrobić.

Razem z arcybiskupem Grzegorzem Rysiem wziął pan udział w spotkaniu dotyczącym problemów współczesnego chrześcijaństwa. Czy też, używając pana terminologii, trochę chrzanimy nasze podejście do wiary?
Tak, myślę, że Kościół w Europie, ale i w Polsce, jest w kryzysie. Zaczyna ostrą fazę tego kryzysu. Proponowałbym nie ulegać złudzeniom, które oferują nam liczby dotyczące frekwencji albo jakichś innych zjawisk, tylko zestawić ze sobą dwie rzeczy – dane dotyczące frekwencji w kościołach z tym, jak się w Polsce potrafimy nienawidzić. Jak potrafimy w Polsce być wobec siebie niesprawiedliwi. Jak potrafimy być dla siebie bardzo źli.

Dane dotyczące frekwencji wskazują, że 40 proc. Polaków regularnie chodzi do kościoła.
My żyjemy w jakiejś katolickiej bańce. Co roku odbywa się w kościołach liczenie wiernych. I emocjonujemy się: drgnęło, w jedną czy w drugą stronę, o jeden procent. Cieszymy się, że jesteśmy krajem katolickim, że właśnie 40 proc. osób chodzi do kościoła. Ale, po pierwsze, od chodzenia do kościoła nie staje się chrześcijaninem, tak jak od chodzenia do garażu nie staje się samochodem. A po drugie, skoro 40 proc. chodzi, to 60 nie chodzi. W przypowieści o dobrym pasterzu można przeczytać, że zostawia on wszystkie owce, by odszukać tę jedną, która zaginęła. W dzisiejszych czasach zabłądziło 99 owiec. My zamiast ich szukać, to idealizujemy tę jedną, która została. Rzeźbimy ją i formujemy jak Wenus z Milo.

A może jest tak, jak zwracają uwagę niektórzy duchowni, między innymi arcybiskup Grzegorz Ryś, że największym problemem jest ewangelizacja, a konkretnie sposób głoszenia Słowa Bożego.
Zgadzam się. Jakiś czas temu jeden z braci dominikanów powiedział mi: „Słuchaj, myśmy jeszcze nawet nie zaczęli głosić Ewangelii. Jesteśmy przy 10 przykazaniach”. Problem jest też po stronie nas, odbiorców Słowa Bożego. Piszemy habilitacje z naszego życia w Kościele, a nie odrobiliśmy poziomu z podstawówki. Zamiast czytać książki o Ewangelii, czytajmy Ewangelię. A jeśli nie wiemy, od czego zacząć, czytajmy Mateusza, rozdz. 25: „Byłem głodny, a daliście mi jeść”.

Co my robimy po tym zdaniu? Stawiamy gwiazdkę – nie dotyczy tych, którzy są w stanie upojenia alkoholowego, nie znajdują się pod opieką Caritasu lub nie mają ze sobą badania USG, że faktycznie mają pusty żołądek. Kolejne zdanie Ewangelii: „Byłem obcy, a przyjęliście mnie”. A my znowu gwiazdka – nie dotyczy muzułmanów. „Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie” – następna gwiazdka – dotyczy tylko miłych staruszek, które kradły prąd. Często robimy z Ewangelii taki soczek, przecier, który ma nam zabezpieczyć granicę, sprawić, że wszystko będzie dobrze, wszyscy będą zdrowi, a bozia da to wszystko, o co prosimy.

Chrześcijaństwo to jest bardzo poważna sprawa, z którą należy się bardzo poważnie zmierzyć. W przeciwnym wypadku będziemy się godzić na śmierć. Będziemy używać słów mściwych, nienawidzących. Zobaczmy, co się stało w Gdańsku. To była pochodna właśnie takiego zachowania. A co się stało w Niemczech w latach 30.? Przecież cały Holokaust zaczął się od publicystyki antyżydowskiej – książek, artykułów, materiałów prasowych. A co było w Rwandzie przed ludobójstwem? Radio Tysiąca Wzgórz, audycje, publicystyka mówiły, że to są karaluchy, nie zasługują na to, by żyć.

To się zawsze zaczyna od dziennikarstwa, od publicystyki, obecnie też i od opinii wyrażonej w internecie. Ktoś może powiedzieć, ale to jest moja opinia, mam do niej prawo. Tylko że jeśli stworzy się taki klimat, przygotuje się artyleryjsko, że tak powiem, to pole w słowach, to prawie na pewno przyjdzie ktoś, kto wyciągnie z tego praktyczne wnioski. Czasami jest to osoba niezrównoważona, czasami jest to osoba, która ma inaczej niż inni postawione granice. Później ma prawo powiedzieć: czego wy ode mnie chcecie? Przecież wy to pisaliście. No to ja to tylko zrobiłem.

Wiele mieliśmy już w historii naszego kraju tragicznych wypadków, z których nie wyciągnęliśmy wniosków. Mam takie wrażenie, że to wydarzenie w Gdańsku powinno nas wprowadzić w jakieś ostre ogólnonarodowe rekolekcje. Ale za stary jestem, żeby mieć złudzenie, że tak się stanie, niestety.