Odeszła Wanda Woś-Lorenc ps. „Julita”

478
Wanda Woś-Lorenc ps. "Julita" była żołnierzem Armii Krajowej w stopniu porucznika / Foto: MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

Wanda Woś-Lorenc ps. "Julita", żołnierz Armii Krajowej w stopniu porucznika, sanitariuszka z powstania warszawskiego i więźniarka trzech niemieckich obozów koncentracyjnych, zmarła w niedzielę, 11 sierpnia, w wieku 91 lat.

„Dla mnie była to bardzo smutna i przytłaczająca wiadomość. Nie mogłem się z tym pogodzić i odsuwałem tę informację jak najdalej od siebie – powiedział „Nowemu Dziennikowi” przygnębiony Mieczysław Madejski. – Byłem bardzo przywiązany do Wandy i traktowałem ją jak kogoś bardzo bliskiego. Pomagałem jej przez wiele lat, żyliśmy jak rodzeństwo, a ona była dla mnie prawie jak siostra” – wyjaśniał pan Madejski, który również jest żołnierzem AK w stopniu kapitana, a podczas powstania warszawskiego był dowódcą plutonu „Topolnicki”. Zmarła Wanda Woś-Lorenc była siostrą jego żony Ireny.

„W jej rodzinie było czworo rodzeństwa, a Wanda była najmłodsza. Moja żona była starsza od niej oraz od brata Pawła, który był bardzo zacnym człowiekiem i działaczem więzionym w obozach koncentracyjnych. Najstarszy był Jerzy Odon ps. ‚Donat’, który był powstańcem i członkiem Kedywu AK. Wszyscy już zmarli – zaznacza Mieczysław Madejski, podkreślając bardzo bliski związek Wandy Woś-Lorenc z nim oraz jego rodziną, bowiem była ona nie tylko jego szwagierką, ale również matką chrzestną jego syna Grzegorza, obecnie profesora na Stanford University. – Wanda wraz z moją żoną przeszła trzy obozy koncentracyjne: Flossenbürg, Ravensbrück oraz Spandau pod Berlinem. Podczas pobytu w tych obozach bardzo się rozchorowała. Cierpiała na żółtaczkę, a po wyzwoleniu z ostatniego obozu moja żona wiozła ją na wózku ogrodowym około 500 km, aż do Poznania. Tam znalazła dla niej opiekę lekarską, ale musiała iść do pielenia kartofli, by zarobić pieniądze na opłatę za leczenie. Od tego czasu moja żona cały czas się nią opiekowała jako młodszą siostrą, mimo że Wanda miała męża i dzieci. Po śmierci mojej żony, która odeszła 19 lat temu, również ja opiekowałem się Wandą i spędzaliśmy dużo czasu razem, ponieważ mieszkaliśmy bardzo blisko siebie” – wspomina Mieczysław Madejski.

Pobyt w obozach koncentracyjnych odcisnął trwały ślad na zdrowiu Wandy Woś-Lorenc.

„Tam jako młoda dziewczyna musiała dźwigać różne ciężary, co spowodowało uszkodzenie jej kręgosłupa. Miała tutaj robione specjalne zabiegi, które jej trochę pomagały, ale mimo tego musiała cały czas brać różne środki uśmierzające ból” – dodaje nasz rozmówca.

W związku z chorobą Wanda Woś-Lorenc jakiś czas temu znalazła się w szpitalu, a później przebywała w kilku różnych ośrodkach rehabilitacyjnych. Ostatnim była klinika Long Island Care Center w dzielnicy Flushing na Queensie. Tam też często odwiedzał ją Mieczysław Madejski, któremu również towarzyszył Zbigniew Kurjański, nowo wybrany prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej z Long Island, a wcześniej wieloletni prezes Polskiego Domu Narodowego w Glen Cove.

Po raz ostatni odwiedzili panią Wandę 20 lipca. Wówczas – jak wspomina pan Zbigniew – była bardzo radosna i wszystko wskazywało, że czuje się lepiej, dlatego jej śmierć była dla niego wielkim zaskoczeniem.

„Gdy odwiedziliśmy ją z panem Mieczysławem, to była szczęśliwa i zadowolona. Nawet żartowaliśmy i śmialiśmy się. Myślę, że było jej to potrzebne, ponieważ zauważyłem, że chyba czuła się tam osamotniona” – stwierdził Zbigniew Kurjański dodając, że gdyby sam znalazł się w takiej sytuacji, to na pewno miałby takie odczucia.

Prezes KPA z Long Island wspomina Wandę Woś-Lorenc jako osobę pogodną.

„Była bardzo lubiana i miała wielu znajomych. Udzielała się w Polskim Domu Narodowym w Glen Cove – powiedział. – Jako że ani ona, ani pan Madejski nie mieli blisko siebie rodziny, staraliśmy się – jako kilkuosobowa grupa Polonii z Glen Cove – być blisko nich, by nie czuli się osamotnieni. Często ich odwiedzaliśmy oraz zapraszaliśmy na różne imprezy, a czasem organizowaliśmy je w ich domach” – wspomina Zbigniew Kurjański.

Kolejne odwiedziny pani Wandy w klinice Long Island Care Center planowali w najbliższych dniach. Niestety, już nie zdążyli, ich zamiary pokrzyżowała wiadomość o jej śmierci.

Wanda Woś-Lorenc z Mieczysławem Madejskim. Zdjęcie zrobione trzy tygodnie przed śmiercią pani Wandy podczas odwiedzin w klinice rehabilitacyjnej / Foto: ZBIGNIEW KURJAŃSKI

************

Wanda Woś-Lorenc urodziła się 22 czerwca 1928 roku w Warszawie. W czasie wojny była uczennicą prywatnej szkoły Jadwigi Świeżyńskiej-Słojewskiej przy ul. Marszałkowskiej. Od wiosny 1943 roku działała w konspiracyjnych Narodowych Siłach Zbrojnych. Po zaprzysiężeniu, podczas którego przybrała pseudonim „Julita”, oraz odbyciu szkolenia sanitarnego i łącznościowego dostała przydział do batalionu NSZ im. Mączyńskiego.

Podczas powstania warszawskiego, którego wybuch zastał ją na Starym Mieście, zgłosiła się do pracy w najbliższym punkcie sanitarnym i cały czas udzielała pomocy medycznej rannym osobom.

Po zajęciu szpitala przez Niemców została skierowana do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd pociągiem przetransportowano ją do obozu koncentracyjnego Flossenbürg. Następnie przeniesiono ją do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück, a później do obozu kobiecego w Spandau pod Berlinem, gdzie skierowano ją do pracy przymusowej (po 12 godzin dziennie) w niemieckiej fabryce amunicji. Zimą 1945 roku, w związku ze zbliżającym się frontem, wraz z innymi więźniami obozu została ewakuowana przez Niemców w tzw. marszu śmierci.

Po wyzwoleniu w maju 1945 roku, dzięki pomocy swojej siostry Ireny (o czym wspominał wcześniej Mieczysław Madejski), schorowana powróciła do kraju. Parę miesięcy później, gdy tylko wyzdrowiała, wstąpiła do organizacji Wolność i Niezawisłość, aby tym razem działać w podziemiu przeciwko komunistycznym okupantom. Niestety, po kilku tygodniach jej organizacja została rozbita.

W związku z represjami, jakimi byli poddani powstańcy warszawscy i żołnierze AK, Wanda Woś-Lorenc wraz z mężem i rodziną w 1967 roku wyjechała do Stanów Zjednoczonych.

Za swoją działalność wojskową podczas drugiej wojny światowej otrzymała wiele medali i odznaczeń, m.in.: Krzyż Armii Krajowej, Krzyż Oświęcimski, Warszawski Krzyż Powstańczy, Medal Wojska Polskiego, Odznakę Pamiątkową Żołnierza AK z okazji 50-lecia Powstania Warszawskiego, Odznakę Weterana Walk o Niepodległość, Krzyż Narodowych Sił Zbrojnych oraz Krzyż Wolności i Niezawisłości.

W związku z 75. rocznicą wybuchu powstania warszawskiego, w tym roku por. Wanda Woś-Lorenc ps. „Julita” została uwieczniona na plakacie, który każdego roku przygotowuje firma Gram-x Promotions. W ten sposób od kilku lat honorowani są powstańcy warszawscy mieszkający w Stanach Zjednoczonych.

Porucznik Wanda Woś-Lorenc ps. „Julita” widnieje na
tegorocznym plakacie, przygotowanym przez firmę Gram-x Promotions i PSFCU, wydanym z okazji 75. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego / Foto: ARCHIWUM GRAM-X PROMOTIONS

************

Wanda Woś-Lorenc ps. „Julita” zmarła w niedzielę, 11 sierpnia, w wieku 91 lat. Pozostawiła w żałobie córkę Dorotę, synów Zbigniewa i Marka, synową Julie Lorenc oraz zięcia Roberta Madisona, a także wnuków: Rhetta, Deirdrę, Paulinę, Lucasa, Paula Michaela, Christinę i prawnuczki: Melanię, Amelię, Isabelę i Charlotte.

Ostatnie pożegnanie zmarłej odbędzie się w czwartek, 15 sierpnia, w godzinach od 6 do 9 wiecz. i będzie miało miejsce w Whitting Funeral Home w Glen Head na Long Island (300 Glen Cove Ave., Glen Head, NY 11545).

Msza żałobna zostanie odprawiona w piątek, 16 sierpnia, o godz. 10:15 rano w kościele św. Jacka (St. Hyacinth R.C. Church) w Glen Head (319 Cedar Swamp Rd., Glen Head, NY 11545).

Pogrzeb porucznik Wandy Woś-Lorenc odbędzie się z honorami wojskowymi. Zmarła spocznie w rodzinnym grobie na Holy Rood Cemetery w Westbury na Long Island.

Wanda Woś-Lorenc często spotykała się z młodzieżą polonijną. Na zdjęciu: na lekcji historii w Polskiej Szkole Dokształcającej im. Herberta w Copiague / Foto: ARCHIWUM

1 KOMENTARZ