Odwet i naturalny odruch

249
Ppłk Julian Kulski ps. "Chojnacki"/ "Goliat" podczas odsłonięcia muralu powstańczego na ścianie Polskiego Domu Narodowego na Greenpoincie. Uroczystość odbyła się 2 sierpnia 2015 r. / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"Człowiek, który nie przeżył pięciu lat gehenny okupacji niemieckiej, nie ma w ogóle prawa wypowiadać się na temat tego, czy powstanie warszawskie powinno wybuchnąć, czy nie, bo było ono naturalnym odruchem i odwetem" – podkreśla w rozmowie z "Nowym Dziennikiem" ppłk Julian Kulski ps. "Chojnacki" oraz "Goliat". Mieszkający od 1948 r. w Stanach Zjednoczonych żołnierz AK i członek Kedywu posiadający także stopień profesorski w dziedzinie architektury został w tym roku wyróżniony honorowym tytułem podczas 10. edycji konkursu Wybitny Polak w USA, organizowanego przez stowarzyszenie Pangea Network USA oraz Fundację Godła Promocyjnego "Teraz Polska".

Panie Julianie, na początku serdecznie gratuluję honorowego tytułu – Wybitny Polak w USA. Ta specjalna nagroda została panu przyznana przy okazji 10. edycji tego konkursu za szczególne zasługi dla niepodległości RP oraz kultywowanie ojczystej historii i tradycji, a także za promocję Polski w Stanach Zjednoczonych. Jak pan zareagował na wiadomość o tym wyróżnieniu?
Jestem bardzo dumny z tego tytułu, który jest moim ostatnim wyróżnieniem. Jestem zadowolony z tego, że moja praca jest zauważona.

Podejrzewam, że tę miłość do Polski i szacunek do naszej tradycji wyniósł pan z domu, jeszcze jako dziecko.
Oczywiście tak było.

Jak wyglądało życie w pana domu przed wybuchem drugiej wojny światowej?
Było to bardzo wygodnie i spokojne życie, pełne patriotyzmu, polskiej kultury i historii. Miłość do ojczyzny i naszej tradycji wpajali w nas nie tylko rodzice, ale również nauczyciele. Gdy miałem pięć lat, mój ojciec został wiceprezydentem Warszawy, którą zarządzał sławny Stefan Starzyński. Ojciec wybudował ładną willę na Żoliborzu w Warszawie, gdzie mieszkaliśmy. Niedaleko miałem szkołę, byłem harcerzem bardzo związanym z tym ruchem. Poza tym byłem bardzo oczytany w sprawach dotyczących historii Polski.

Pana ojciec Julian Kulski był wiceprezydentem Warszawy, a później także prezydentem i burmistrzem.
Został prezydentem Warszawy po śmierci Stefana Starzyńskiego. Natomiast tytuł burmistrza nadali mu Niemcy, którzy nie chcieli, żeby Warszawa była stolicą Polski i dlatego ogłosili nią Kraków. Wówczas z ojca zrobili burmistrza, a funkcję prezydenta powierzyli Niemcowi. Ojciec był jednak prezydentem z ręki podziemia i Londynu. To wszystko działo się już podczas wojny. Obaj – ze Starzyńskim – bronili stolicy w 1939 r. i organizowali plany związane z walką podziemną. Gdy Niemcy aresztowali i zamordowali w 1939 r. Stefana Starzyńskiego, ojciec został prezydentem Warszawy i zrobił z ratusza twierdzę dla podziemia. Gdyby ratusz nie został w rękach polskich, to podziemie nie miałoby schronienia. Ojciec wydawał fałszywe paszporty, tzw. ausweisy, podpisywane przez Niemców m.in. takim ludziom, jak Jan Jankowski czy Stefan „Grot” Rowecki, by mieli dowody, że są pracownikami miasta. Tak więc jeżeli Niemcy zatrzymali ich na ulicy, to zawsze mogli sprawdzić w ratuszu, że są tam prawnie zatrudnieni. Gdyby nie to, to armia podziemna nie przetrwałaby pięciu lat, ponieważ Niemcy mieli doskonały podsłuch i wywiad. Nie byłoby też w 1944 r. walki powstańczej w Warszawie, ponieważ zabrakłoby uzbrojenia. Ratusz nie tylko dawał pieniądze dla podziemia i jego armii, ale również przechowywał broń. Niemcy podejrzewali, że ojciec może być związany z podziemiem i czterokrotnie go aresztowali. Dlatego jego stanowisko było bardzo niebezpieczne.

Z tego, co pan opowiada, widać, że jeżeli chodzi o konspirację w Warszawie, to pański ojciec ma bardzo duże zasługi.
Oczywiście. Gdyby nie pomoc ojca i pracowników ratusza, to konspiracja nie mogłaby działać na taką skalę, największą w całej Europie. Oni wspomagali podziemie w każdy sposób. W sumie przed wojną w ratuszu było około 30 tys. pracowników miejskich rozrzuconych po całej Warszawie, a poza tym podczas okupacji doszło do tego jeszcze jakieś 10 tys. mających fałszywe dokumenty. W dodatku ojciec uratował od 3 do 4 tys. pracowników żydowskich dając im fałszywe paszporty miejskie wypisane na nowe, chrześcijańskie nazwiska, i wszyscy przeżyli wojnę. To jest mało znana historia, o której dopiero teraz zaczyna się mówić.

Również pan zaraził się tą działalnością konspiracyjną, i to już jako dziecko w wieku szkolnym.
Ojciec był często aresztowany, i to w naszym domu. Podczas okupacji nie chodziłem do szkoły, ponieważ zamknęli ją Niemcy, więc miałem dużo wolnego czasu. Gdy wojna się zaczęła, miałem 10 lat. Dwa lata później ojciec stwierdził, że nie powinienem mieszkać w domu, ponieważ jest to bardzo niebezpieczne. Jako że robiłem Niemcom różne figle, a jemu często robili rewizje i aresztowania, to obawiał się, że również mnie mogą zatrzymać. Dlatego oddał mnie w ręce Ludwika Bergera, który jako przedwojenny harcmistrz był na Żoliborzu bardzo sławną osobą. On już w 1939 r. założył pierwszą harcerską kompanię, która później została przemianowana na Batalion „Baszta”. Tak więc ja wprowadziłem się do domu Ludwika Bergera i zostałem jego gońcem, a on włączył mnie do ZWZ (Związku Walki Zbrojnej). Złożyłem przysięgę mając 12 lat. Jako goniec rozprowadzałem różne dokumenty po całej Warszawie. Rok później zostałem żołnierzem w stopniu szeregowca i byłem w „Baszcie” do 14 roku życia, do momentu kiedy aresztowało mnie gestapo.

Julian Kulski w mundurze kpr. pchor. straży pożarnej. Oryginalne zdjęcie wykonane 10 maja 1944 r. zostało pokolorowane przez Mikołaja Kaczmarka, koloryzatora archiwalnych fotografii z historii Polski / Foto: WWW.1944.PL/KOLOR: MIKOŁAJ KACZMAREK

Jak wyglądało to aresztowanie i co się później z panem działo?
Ludwik Berger i jego przyjaciółki, które mieszkały razem z nami, byli związani z „Osą-Kosą” (specjalną jednostką AK zajmującą się sabotażem oraz likwidacją niemieckich dygnitarzy i konfidentów – przyp. WM). Jedna z tych dziewczyn została złapana w kościele św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży podczas akcji niemieckiej w 1943 r. Miała przy sobie broń i fałszywe dokumenty. Gdy tylko się o tym dowiedzieliśmy, to Ludwik Berger opuścił dom, a ja wróciłem do rodziców na parę dni, ponieważ oczekiwaliśmy rewizji i aresztowania. Obawialiśmy się, że ona poda nasze nazwiska i adres. Nazywała się Ola Sokal i była torturowana w siedzibie gestapo na al. Szucha. Nie mogąc tego wytrzymać, popełniła samobójstwo. Gdy się tylko o tym dowiedzieliśmy, to w ciągu dnia znów wprowadziłem się do domu Ludwika Bergera, który wcześniej przygotował mnie na ewentualne aresztowanie. Parę godzin później wpadło tam gestapo. Wzięli mnie na Pawiak i wsadzili do piwnicy, do małej jednoosobowej celi, w której było już sześć osób. Później zabrali mnie na al. Szucha, wsadzili do tzw. tramwaju i zaczęli torturować. Gestapowcy nie interesowali się zbytnio mną, smarkaczem, tylko mieli nadzieję, że zaprowadzę ich do Ludwika Bergera. Wiedzieli już o nim, ale nie mogli go złapać. Tak więc po trzech tygodniach tortur wypuścili mnie mając nadzieję, że w jakiś sposób doprowadzę ich do Ludwika. Wysłali za mną tajniaków, którzy mnie śledzili. Dlatego musiałem się wyprowadzić na parę dni z Warszawy, a jak wróciłem to oczywiście wiadomo było, że zostałem spalony w „Baszcie”, bo po aresztowaniu nie można było prowadzić działalności podziemnej w tym samym oddziale. Po tym, jak zobaczyłem jak Niemcy traktowali jeńców na al. Szucha i na Pawiaku, oraz jak ich męczyli, torturowali i mordowali, byłem wściekły i chciałem wziąć na nich odwet. Dlatego postanowiłem, że dostanę się do Kedywu, i to mi się udało. Trafiłem do 9. kompanii dywersyjnej na Żoliborzu i w powstaniu warszawskim byłem żołnierzem Kedywu, a nie „Baszty”, która walczyła na Mokotowie.

Jak pan zareagował na wiadomość o wybuchu powstania warszawskiego? Myślę, że pan jako członek Kedywu wiedział, kiedy i gdzie ma się rozpocząć.
Wiedział o tym mój ojciec, który był doskonale o wszystkim poinformowany. Mój pluton był zakwaterowany w naszym domu, tak więc pewnego ranka ojciec powiadomił mnie, że powstanie rozpocznie się następnego dnia. Cieszyliśmy się z tego bardzo, bo jako Kedyw byliśmy powołani do broni na tydzień przed powstaniem. Siedzieliśmy w domu i byliśmy odpowiedzialni za rozprowadzenie uzbrojenia do innych oddziałów. Tak więc rano 1 sierpnia wraz z pięcioma innymi żołnierzami zostałem odpowiedzialny za ochronę przenoszenia broni na ul. Krasińskiego na Żoliborzu. Niestety, Niemcy zauważyli nas na trzy godziny przed tzw. godziną „W”, czyli 5 po południu. Była to oczywiście 2 po południu, tak więc powstanie na Żoliborzu zaczęło się trzy godziny wcześniej, co niestety nie wpłynęło dobrze na jego sukces, ale to nie była nasza wina. Tego dnia zostałem po raz pierwszy ranny z bronią w ręku. Było to w parku Żeromskiego pod ostrzałem czołgu stojącego na placu Wilsona. Niemiecki żołnierz miał karabin maszynowy postawiony na ziemi i postrzelił mnie w ramię. Mogłem jednak nadal walczyć. Tego wieczoru płk „Żywiciel”, dowódca obrony Żoliborza, zdecydował, że powstanie pierwszego dnia się nie udało, więc wycofaliśmy się do Puszczy Kampinoskiej. Pogoda była okropna, padał wtedy mocny deszcz. Następnego dnia wróciliśmy i byliśmy witani przez cywilów kwiatami i całusami. To był wspaniały dzień. Wtedy po raz pierwszy od pięciu lat biało-czerwone flagi pojawiły się na ulicach i na naszych ramionach.

Jak wyglądały wasze dalsze działania podczas powstania?
Mieliśmy bardzo dużo akcji, tego nam nie brakowało. Nasza 9. dywersyjna kompania była najlepiej uzbrojona i przygotowana do walki, bo jako Kedyw zajmowaliśmy się tym już podczas okupacji. Tak więc zawsze byliśmy na pierwszej linii działania i na ostatniej w odwodzie. Nasz pluton i moja kompania walczyła na północy Żoliborza, na terenie fabryki Opel, gdzie na olbrzymich halach reperowano miejskie autobusy tej firmy. Zrobiliśmy tam okopy i walczyliśmy przez dwa miesiące. Mam w pamięci parę wypadków. Pewnego razu, gdy byłem w okopie, na teren fabryki wpadły wielkie niemieckie czołgi. Jeden z nich przejechał przez mój okop. Miałem wtedy wiele strachu, jednak nie przed Niemcami, ale przed maszynami, których się bałem. Podobny strach przeżyłem na wieży, z której obserwowałem przedpole, a przez telefon podawałem informacje, gdy zaczęły się ataki czołgów i niemieckiej piechoty ze strony Bielan. Niemcy jednak zauważyli mnie na tej wieży i wysłali w moim kierunku „stukacza” (samolot Junkers Ju 87 Stuka [Sturzkampfflugzeug] – przyp. WM). Jego pilot zanurkował, zrobił nade mną koło i strzelał do mnie z karabinu maszynowego. Nadleciał tak blisko, że widziałem jego oczy, i to mnie przestraszyło, dlatego szybko zszedłem na dół. To były dwa przypadki, podczas których ogarnął mnie prawdziwy strach, bo normalnie to się nie bałem, bo już podczas okupacji zabijałem Niemców rozbrajając ich na ulicach Warszawy. Takich historii jest bardzo dużo. W ataku na Dworzec Gdański straciłem wielu kolegów i przyjaciół. To były ostatnie dni Starówki, chcieliśmy przez tory kolejowe dołączyć do walczących tam kolegów, ale to się nam nie udało. Później nie mogliśmy uwierzyć, że musimy się poddać.

Jak wszyscy, którzy byli zaangażowani w działalność podziemną, zareagowali na wiadomość, że trzeba jednak zakończyć walkę i poddać się?
Niemcy nie uważali nas za żołnierzy, lecz za bandytów, dlatego podczas rozbrajania nie brali nas do niewoli, tylko od razu rozstrzeliwali. Tak było do momentu, gdy się poddaliśmy na warunkach konwencji genewskiej. Jako starzy żołnierze siedzieliśmy i płakaliśmy, nie wierzyliśmy, że to jest możliwe. Nie chcieliśmy tego, bo byliśmy gotowi na śmierć z bronią w ręku, a nie przez rozstrzelanie. To było nie do uwierzenia, że Niemcy nas nie rozstrzelają po poddaniu się. Oni jednak byli już wtedy rozbijani przez wojska rosyjskie i potrzebowali pomocy. Mieli nadzieję, że my z nimi pójdziemy na Rosjan.

Żołnierze 226. plutonu 9. kompanii dywersyjnej ze zgrupowania „Żniwierz”. Pchor. Julian Kulski stoi jako pierwszy z lewej / Foto: WWW.1944.PL

Tak się jednak nie stało. Jak wyglądały pana dalsze losy?
Resztę czasu spędziłem w Niemczech w obozie Stalag 11-A. To był olbrzymi międzynarodowy obóz jeniecki. Byli tam Anglicy, Amerykanie, Rosjanie, Francuzi, Holendrzy, Hindusi i wiele innych narodowości. Miałem szczęście, Pan Bóg opiekował się mną, bo obóz był po stronie wschodniej i oczywiście miał zostać wyzwolony przez Armię Czerwoną, o czym nic nie wiedzieliśmy. Wcześniej, na tydzień przed poddaniem się Niemców, wojsko amerykańskie dostało pozwolenie na wysłanie tysięcy ciężarówek, żeby wyciągnąć z obozu jeńców amerykańskich. Ja wcześniej poznałem pewnego kolegę z Chicago, i jak on już siedział na ciężarówce, to mnie zawołał, a jako że bramy były otwarte, zostawiłem swoich kolegów i uciekłem na wolność. Następnego poranka Armia Czerwona wpadła do obozu i oczywiście wiadomo, co się stało z tymi, co tam zostali.

A co się działo po tym, jak wyjechał pan z Amerykanami?
Po opuszczeniu obozu ten amerykański przyjaciel chciał mnie przemycić do Stanów Zjednoczonych. Ja wtedy nie mówiłem ani słowa po angielsku i dogadywaliśmy się na migi. Pamiętałem jak ojciec, który pożegnał się ze mną na dzień przed poddaniem na palącym się Żoliborzu, powiedział mi, żebym nie wracał do kraju, dopóki nie jest wolny i niepodległy. On doskonale wiedział, co czekało Polskę. Powiedział mi, żebym starał się dostać do Londynu, ponieważ jego młodszy brat był tam w polskiej ambasadzie. Tak więc, gdy mi zaproponowano, żebym jechał do Stanów Zjednoczonych, to im serdecznie podziękowałem i powiedziałem, że chcę jechać do Londynu. Oni myśleli, że jestem młodym wariatem i nie wiem, co robię, odrzucając taką możliwość wyjazdu do Ameryki. Znaleźli jednak paru Anglików i powiedzieli im, że chcę jechać do Londynu. Wtedy oni się mną zaopiekowali, wzięli mnie do swojego obozu i ubrali w mundur West Kent Regiment, wojska, które walczyło w Afryce pod Tobrukiem. Wiedzieli też, że zanim zostaną wysłani z powrotem do Wielkiej Brytanii, to wcześniej będą przesłuchani przez angielski wywiad. Żebym nie został wyłapany przez tych agentów, zabandażowano mi gardło i powiedziano, że przestrzelono mi je pod Tobrukiem. W ten sposób zostałem przemycony do Brukseli, gdzie wsadzono mnie do samolotu lecącego do Oxfordu. Tam poprosiłem o azyl, po czym wysłano mnie do Szkocji, gdzie zostałem zwerbowany do armii polskiej. Tak wyglądała moja wojenna historia. Pan Bóg całe życie się mną opiekował. Tak też było w Anglii, gdzie spotkałem pewną panią – lady Copeland – będącą członkiem tamtejszego parlamentu. Okazało się, że w 1935 lub 1936 r. odwiedziła ona Warszawę i była honorowana przez prezydenta Stefana Starzyńskiego oraz mojego ojca. Jak się dowiedziała, że syn prezydenta Warszawy przyjechał wychudzony jak szkielet do Londynu, to wzięła mnie pod swoją opiekę i zabrała na całe lato do swojego pałacu w Kornwalii. Tam napisałem moje wspomnienia, które niedawno zostały wydane pod nazwą „Kolor odwagi”. Z Anglii dostałem się do Irlandii Północnej, gdzie chodziłem do szkoły Eton, później pojechałem na rok na studia architektoniczne do Oxfordu. Dostałem jednak wizę do Stanów Zjednoczonych, gdzie dzięki pomocy Fundacji Kościuszkowskiej udało mi się dostać na Yale University. Po jego ukończeniu zacząłem swoją działalność jako architekt i w tym zawodzie pracowałem w 30 krajach. Miałem zaprojektowanych i wybudowanych 3 tys. budynków, dlatego jeździłem po całym świecie. Odwiedzałem także Polskę, gdy pracowałem dla Organizacji Narodów Zjednoczonych w Banku Światowym .

Ppłk Julian Kulski ps. „Chojnacki”/ „Goliat” w 2015 r. został upamiętniony na plakacie powstańczym wydanym w Nowym Jorku przez firmę Gram-x Promotions / Foto: ARCHIWUM GRAM-X PROMOTIONS

Ta Polska jest panu cały czas bardzo bliska. Stara się pan kultywować i promować jej tradycje i historię, podczas różnych spotkań, a także w swoich książkach, jak np. w „Dziedzictwie Orła Białego” czy we wspomnianym „Kolorze odwagi”. Kwestia związana z wojną oraz powstaniem warszawskim jednak gdzieś ciągle siedzi głęboko w pańskiej świadomości, ponieważ przelał ją pan na papier i wydał w postaci wspomnień.
To wszystko opisałem w swoich wspomnieniach zarówno w polskich książkach, jak i tych wydanych w Ameryce. Są także filmy z moim udziałem.

Czy to pisanie wspomnień było dla pana formą terapii związanej z tymi wszystkimi traumatycznymi przeżyciami, czy raczej było podyktowane chęcią utrwalenia historii?
Tuż po wojnie nie tylko byłem wykończony fizycznie i wyglądałem jak szkielet, ale także byłem rozstrojony nerwowo. Przeżywałem traumę i lekarz wojskowy polecił mi, żebym usiadł i opisał swoje wspomnienia, a po napisaniu odrzucił je i starał się o nich zapomnieć. Tak też próbowałem zrobić. To definitywnie była dla mnie terapia, która bardzo mi pomogła. Obecnie często przemawiam do amerykańskich weteranów i staram się im polecić to samo, żeby nie ukrywali swoich wspomnień w sobie, ponieważ to jest okropne. Mam kolegów z powstania, którzy nie mogli i nie zrobili tego, i rezultaty były bardzo smutne.

Panie Julianie, a jak pan teraz patrzy na powstanie warszawskie? Pytam o to każdego powstańca, ponieważ jego oceny są różne, od zachwytu aż po krytykę. A jak pan je postrzega po 76 latach od chwili jego wybuchu?
Moja opinia jest taka, że człowiek, który nie przeżył pięciu lat gehenny niemieckiej okupacji, nie ma w ogóle prawa wypowiadać się na temat tego, czy powstanie warszawskie powinno wybuchnąć, czy nie, bo było ono naturalnym odruchem i odwetem. Tak jak ja po wypuszczeniu z aresztu na al. Szucha szukałem zemsty i zabijałem Niemców na ulicach Warszawy, tak wszyscy przez te pięć lat byliśmy przygotowani do walki. Nie było mowy o tym, żebyśmy nie mogli walczyć. Gdybyśmy nie dostali rozkazu z góry, jako wojsko, to rzucilibyśmy się na Niemców sami. My widzieliśmy, co wtedy działo się na ulicach Warszawy: łapanki i rozstrzeliwania cywilów, 50, 100 czy nawet więcej ludzi. Na terenie Warszawy były okrucieństwa, które nie mogły zostać bezkarne. Tak więc według mnie powstanie musiało wybuchnąć. Ci, co mówią, że powinno być odwrotnie, na ogół nie żyli w tym czasie. W szkole uczyli nas o powstaniach: kościuszkowskim, listopadowym, styczniowym itd., tak więc powstanie warszawskie, a nawet późniejszy ruch Solidarności był tego kontynuacją i naturalnym odruchem.

Czyli zawsze bunt przeciwko uciskowi musi znaleźć swoje ujście.
Tak. Poza tym taką mamy historię, a Polacy nie lubią, żeby im ktokolwiek pluł w twarz…

… jak w słowach „Roty” Marii Konopnickiej.
Oczywiście.

Ppłk Julian Kulski ps. „Chojnacki”/ „Goliat” (pierwszy z prawej) jest jednym z żołnierzy AK uwiecznionych na powstańczym muralu znajdującym się na ścianie Polskiego Domu Narodowego na Greenpoincie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

********

Powyższy wywiad jest zapisem materiału dźwiękowego przygotowanego w ramach projektu „Świadkowie historii”, realizowanego przez Wojciecha Maślankę przy wsparciu Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku, Pulaski Association of Business and Professional Men oraz Dariusza Knapika i firmy Victoria Consulting & Development. Rozmowy można wysłuchać na kanale YouTube „Świadkowie historii”.