Open Streets – otwarte, czyli zamknięte ulice

35
W ciągu dnia obecnie z ulic objętych programem Open Streets korzysta niewiele osób. Na zdjęciu Berry Street na Williamsburgu / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Mieszkańcy Williamsburga i Greenpointu wystosowali do nowojorskich władz, senatorów i Wydziału Transportu (DOT) specjalne petycje mające na celu powstrzymanie pomysłu związanego z permanentnym zamknięciem ulic, na których w związku z pandemią wstrzymano ruch samochodowy i zamieniono je na deptaki dla pieszych.

Open Streets to nazwa programu wprowadzonego w życie przez nowojorskie władze wiosną 2020 r. celem przeciwdziałania skutkom pandemii Covid-19. Jego zadaniem było zapewnienie mieszkańcom swobodnego poruszania się i utrzymania odpowiedniego dystansu społecznego, a tym samym ograniczenie możliwości zarażenia się wirusem.

W związku z bardzo poważną sytuacją pandemiczną jaka wówczas panowała w całym mieście, a nawet stanie Nowy Jork, program ten miał mieć charakter tymczasowy i został uchwalony oraz wprowadzony w życie z pominięciem tradycyjnych procedur, a więc bez żadnych konsultacji społecznych i dyskusji z osobami zamieszkującymi okolice dróg wyłączonych z ruchu i zamienionych na ścieżki dla pieszych.

Niestety nazwa programu – Open Streets, jest myląca i niejednoznaczna, przez co może wprowadzać w błąd potencjalne osoby, na których komfort życiowy, zmiany te mogły i nadal mogą mieć wpływ. Do tej pory wielu nowojorczyków nie wie co właściwie na nazwa oznacza.

W sumie w całym mieście w ramach programu Open Streets zamieniono ponad 100 mil publicznych dróg w deptaki dla pieszych oraz ścieżki dla rowerzystów i jednocześnie wyłączono je z publicznego ruchu samochodowego; mogą tam tylko wjechać mieszkańcy, dostawcy, służby ratownicze, pojazdy uprzywilejowane i należące do służb miejskich, przy czym ich prędkość nie może przekraczać 5 mil na godzinę.

Program ten obowiązuje również na Williamsburgu i Greenpoincie, w rejonach, w których mieszka wielu Polaków. W dzielnicach tych zamknięte dla publicznego ruchu zostały m.in.: Berry Street pomiędzy Broadwayem i 12th Street, Driggs Avenue pomiędzy Monitor Street i Meeker Avenue, Nasaau Avenue pomiędzy Banker Street i Lorimer Street, Russel Street pomiędzy Nassau Avenue i Driggs Avenue oraz Sharon Street pomiędzy Morgan Avenue i Olive Street.

Osoby zamieszkujące okolice tych ulic, po prawie roku obowiązywania na nich programu Open Streets twierdzą, że nie spełnia on swoich założeń, a nawet niekorzystnie wpływa na ich życie i to nie tylko z powodu wyłączenia ich z publicznego ruchu kołowego, ale również wielu innych utrudnień.

Na Greenpoincie zamknięta dla publicznego ruchu kołowego jest Driggs Avenue pomiędzy Monitor Street i Meeker Avenue / Foto: BASIA SALA-MAŚLANKA

Bardzo uciążliwy jest dla nich hałas z jakim mają do czynienia, zwłaszcza nocą, gdy rejony te zamieniają się w miejsca spontanicznych imprez organizowanych przez różnych ludzi, z reguły nie będących mieszkańcami okolicznych kamienic. Dodatkowo po takich libacjach zarówno na ulicy jak i chodnikach pozostaje wiele śmieci i nieczystości. Na bałagan skarżą się nawet niektórzy właściciele działających w tym rejonach sklepów, barów i restauracji, mimo że dla wielu z nich większa ilość pieszych i turystów korzystających z „otwartych ulic” jest na rękę ponieważ jednocześnie są oni ich potencjalnymi klientami. Właśnie z tego powodu restauratorzy chwalą sobie sam program, ale mają zastrzeżenia co do jego zasad, a przede wszystkim ich egzekwowania.

Z kolei mieszkańcy, z którymi kontaktował się reporter „Nowego Dziennika” są mu przeciwni. Obawiają się również – a takie wiadomości do nich dotarły – że program ten zostanie wprowadzony na stałe, a nawet rozszerzony na inne ulice m.in. na Bedford Avenue. Dlatego też postanowili temu zapobiec i wystosowali specjalne petycje do burmistrza Billa de Blasio oraz senatorów Briana Kavanagha i Julii Salazar, a także nowojorskiego Wydziału Transportu. Każdy rejon organizuje swój pisemny protest.

Petycję dotyczącą Berry Street i Bedford Avenue można znaleźć i podpisać na stronie: www.actionnetwork.org pod nazwą „Petition to prevent the permanent one mile closure of Berry Street and proposed Bedford Ave” lub pod linkiem: Bit.ly/berrystreetpetition.

W chwili oddawania gazety do druku podpisało się pod nią ponad 330 osób.

„North Brooklyn Open Streets nie odzwierciedla poglądów społeczności jako całości. Brak przejrzystości i szacunku dla przedsiębiorstw komercyjnych i tych, którzy polegają na transporcie samochodowym, jest niepokojący zarówno dla mieszkańców, jak i właścicieli firm. Ta petycja ma na celu powstrzymanie decyzji o permanentnym zamknięciu Berry Street, lub przynajmniej wstrzymanie tego procesu do czasu, aż zastosowane zostaną bardziej inkluzyjne, przejrzyste i dokładne sposoby rozwiązania sytuacji, które odzwierciedlają potrzeby całej społeczności” – czytamy w petycji zamieszczonej w internecie.

Mieszkańcy i lokalni działacze z Williamsburga i Greenpointu mają wiele zastrzeżeń do sposobu podejmowania decyzji dotyczących programu Open Street i wprowadzania ich w życie przez nowojorski Wydział Transportu. Uważają, że nie zostały przeprowadzone odpowiednie konsultacje i nikt nie pytał ich o opinię na ten temat. Co prawda przedstawiciele DOT twierdzą, że niedawno zorganizowali sondaż, z którego wynika duże poparcie dla tego programu.

„Pomiędzy grudniem a lutym 2021 r. przeprowadziliśmy ankietę wśród lokalnej społeczności i handlowców. Odpowiedziało na nią ponad 1600 respondentów. W lutym zorganizowaliśmy również dwa spotkania, w których wzięło udział ponad 200 osób. Zarówno ankieta, jak i spotkania były reklamowane przez Radę Dzielnicy (w grudniu, styczniu, lutym i marcu), wybranych urzędników, stronę internetową DOT, ulotki w całej okolicy, media społecznościowe i naszych lokalnych partnerów społecznych. Wszystkie materiały informacyjne i wysiłki zostały przetłumaczone na język hiszpański i polski” – napisała w odpowiedzi na pytania zadane przez „Nowy Dziennik” Lolita Avila, rzecznik prasowy DOT.

Z sąsiadującej z parkiem McGolricka Russel Street, na której pomiędzy Nassau Avenue i Driggs Avenue wprowadzono program Open Streets, praktycznie piesi nie korzystają / Foto: BASIA SALA-MAŚLANKA

Z kolei z opracowania wyników tego sondażu wynika m.in.: że aż 86 proc. respondentów wykorzystało zamknięte ulice na spacery a 74 proc. robiło to codziennie lub kilka razy w tygodniu. Poza tym aż 93 proc. osób udzielających odpowiedzi stwierdziło, że reprezentują rejon objęty nadzorem Rady Dzielnicy nr 1 (obejmującej Greenpoint i Williamsburg), w dodatku 38 proc. z nich to mieszkańcy Berry Street, Driggs Avenue, Nassau Avenue lub Sharon Street.

To opracowanie jest szokujące dla wielu osób mieszkających przy tych ulicach oraz działaczy zaangażowanych w petycję mającą na celu ograniczenie programu Open Streets.

„Nie wiem gdzie te ankiety były przeprowadzane skoro nie wiedzieli o nich ani mieszkańcy, ani nawet właściciele biznesów, które odwiedzam zanosząc do nich naszą petycję” – stwierdziła Stephanie Obloj mająca swój dom przy Berry Street oraz zaangażowana we wspomnianą petycję przeciwko Open Streets.

„Według informacji zamieszczonych na US Census w północnej części Brooklynu czyli na Greenponcie i Williamsburgu mieszka ok. 188 tys. osób. Tak więc czy opinia 1624 osób może być reprezentatywna? To jest nawet mniej niż 1 proc. i oni uważają, że to jest w porządku?” – podkreśliła nasza rozmówczyni.

Problem związany z brakiem szerokiej kampanii i odpowiedniego dotarcia do reprezentatywnego grona mieszkańców zauważyła również Bożena Kamińska, dyrektor wykonawcza Centrum Polsko-Słowiańskiego oraz członkini komisji ds. bezpieczeństwa publicznego i opieki społecznej w Radzie Dzielnicy nr 1.

„W zasadzie to nie było ani negocjowane, ani szczegółowo przedstawiane Radzie Dzielnicy” – stwierdziła Bożena Kamińska. Dodała, że słyszała o tym, że informacje o ankiecie, na którą powołują się przedstawiciele DOT były wywieszane w niektórych publicznych miejscach np. w pralniach i barach.

„Oni nie wychodzili do mieszkańców dzielnicy, a nawet nie przyszli z tym do Rady Dzielnicy, czyli w zasadzie robili to wszystko za naszymi plecami i sami podjęli decyzję” – podkreśliła polonijna działaczka. Z jej wypowiedzi wynika, że mimo zapewnienia rzeczniczki prasowej DOT, Rada Dzienicy nr 1 nie była poinformowana ani o petycji, ani o wprowadzeniu programu Open Streets na Greenpoincie i Williamsburgu. Przedstawiciel DOT uczestniczył natomiast w dyskusji dotyczącej problemów z jakimi spotykają się mieszkańcy ulic objętych tą akcją i zorganizowanej poprzez Zoom na początku marca tego roku.

Ulice objęte programem Open Streets, m.in. Berry Street, latem mają służyć jako miejsca odpoczynku i rekreacji / Foto: MATERIAŁY PRASOWE DOT

„Na spotkaniu tym poruszałam temat braku kontaktu nowojorskiego Wydziału Transportu z naszą grupą etniczną w tej sprawie. Wiadomo przecież, że Greenpoint to polska dzielnica, i mimo tego żadne nasze główne ośrodki m.in.: Polsko-Słowiańska Federalna Unia Kredytowa, Centrum Polsko-Słowiańskie, czy też polskie kościoły nie były o tym poinformowane. Nikt się do nich nie zwracał z jakimikolwiek zapytaniami dotyczącymi wprowadzenia tego programu, a przecież są to poważne instytucje reprezentujące Polonię i mające z nią kontakt” – zaznaczyła Bożena Kamińska, zapewniając, że Rada Dzielnicy nie jest przeciwko programowi Open Streets, tylko chciałaby, żeby był on realizowany tak, by nie naruszał miru osób mieszkających w okolicy.

„My nie jesteśmy za tym żeby ograniczać ludziom możliwość przebywania na zewnątrz, ale nie możemy dopuścić do tego, by mieszkańcy nie mieli spokoju czy możliwości otwarcia latem okna, bo na zewnątrz jest hałas nawet o 11 czy 12 w nocy” – stwierdziła Bożena Kamińska.

Przedstawicielka Rady Dzielnicy zwróciła również uwagę, że mieszkańcy obawiają się, że latem podobnie jak w roku ubiegłym rejony objęte programem Open Streets zamienią się w imprezowe place.

„Jeżeli ulice będą całkowicie zamknięte, a bary i restauracje przeniosą swoją działalność na zewnątrz, to zrobi się z nich miejsce, w którym ludzie będą chodzili z drinkami w ręku, a imprezy będą tam organizowane bez żadnego ograniczenia” – podkreśliła nasza rozmówczyni.

Ulice północnej części Brooklynu objęte programem Open Streets / Foto: MATERIAŁY PRASOWE DOT

To chyba jest największy problem dla mieszkańców. W dodatku, z ich obserwacji wynika, że z tych przywilejów jakie niesie program Open Streets korzystają głównie osoby z zewnątrz, ludzie odwiedzający i korzystający z okolicznych restauracji, a nie rezydenci. Dlatego wielu z nich stwierdza, że program ten nie jest do końca przemyślany. Gdyby zamknięcie tych lokalnych ulic było organizowane w określonych dniach, np. w weekendy lub różne święta, to mieszkańcy na pewno nie mieliby nic przeciwko temu. Wówczas wielu z nich chętnie by wyszło z mieszkań na zewnątrz i posiedziało na świeżym powietrzu, tak jak to bywało wcześniej np. podczas tzw. święta ulicy.

W dodatku obecnie, w okresie zimowym, nawet w ciągu dnia niewiele osób korzysta z dróg udostępnionych pieszym na spacery. Natomiast znacznie ogranicza to ruch w całej dzielnicy bowiem sąsiednie ulice są z tego powodu całkowicie zakorkowane. Dlatego też potrzebna jest w tej sprawie rzetelna debata z mieszkańcami i omówienie wszelkich plusów i minusów jakie niesie ze sobą program Open Streets.

Niestety, na pewno trudno będzie w tej sytuacji znaleźć rozwiązanie, które w pełni wszystkich usatysfakcjonuje, ale zawsze można określić pewne ramy działania regulujące zasady, tak by mogli z tego być zadowoleni restauratorzy i ich klienci, a także mieszkańcy, którzy powinni mieć zagwarantowane odpowiednie warunki do życia.

„Myślę, że w tej sprawie powinno się znaleźć kompromis oraz ustalić jakąś kontrolę i nadzór. Nie może być tak, że np. od czerwca do września ulice są zamknięte dla ruchu samochodowego i otwarte dla pieszych, a na nich w tym czasie organizowane będą imprezy, i każdy będzie mógł tam robić co zechce. Ten program nie może ingerować w jakość życia mieszkańców w dzielnicy. Nie możemy zachęcać ludzi z zewnątrz, żeby korzystali z otwartej przestrzeni, kosztem tych, którzy tam mieszkają i płacą podatki jeżeli są właścicielami budynków” – podkreśliła Bożena Kamińska.