Otarłem się o wiele świętych osób

Na drodze betlejemskiej...

466
Ks. Józef Szpilski znany jest z wygłaszania pięknych i bardzo wartościowych kazań / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"Niech światło betlejemskiej nocy budzi nadzieję przepełniającą naszą codzienność, niech umacnia i pomnaża wszystko, co w nas dobre, piękne i szlachetne, i przynagla do dzielenia się miłością w każdym dniu Nowego Roku" – to życzenia przekazane przez ks. Józefa Szpilskiego z parafii św. Stanisława Kostki na Greenpoincie, z którym "Nowy Dziennik" rozmawia na temat świąt Bożego Narodzenia oraz 65-lecia kapłaństwa.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, czym – zdaniem księdza – jest i powinien być dla wiernych ten szczególny okres w kalendarzu liturgicznym i co powinni zrobić by go dobrze przeżyć?
Jest takie maleńkie miasto położone kilka kilometrów na południe od Jerozolimy – to Betlejem, które przez ponad dwa tysiące lat jest punktem orientacyjnym w życiu każdego chrześcijanina, szczególnie w
okresie świąt Bożego Narodzenia. W tym czasie spotykamy się wszyscy przy Dzieciątku – przy Jezusie, przy którym z matczyną miłością czuwa Przenajświętsza Panna, i którym opiekuje się św. Józef. Droga do Betlejem jest “skrótową drogą” dla wszystkich, którzy chcą być blisko Chrystusa. Święta Bożego Narodzenia odnawiają w nas nasze spotkanie z Panem Jezusem. Jeżeli ktoś z nas odszedł od niego zbyt daleko, to może przypomnieć sobie betlejemską szopkę z kościoła lat dziecięcych z wołem i osłem, i przeżyć smutek słów Izajasza: “Poznał wół swego Zbawiciela i osioł żłób swego pana, a Izrael mnie nie zrozumiał”. Jeśli ktoś z nas zdążył zapomnieć o stajence betlejemskiej, to niech powtórzy za wielkim naszym dramaturgiem Karolem Hubertem Rostworowskim: “Dziś oto wracam Jezu Chryste w matczyne dawne strony, by kolędować. ‘Masz zaiste granice Nieskończony'”. Jeżeli ktoś z nas szukał spotkania z Bogiem poza Betlejem, to niech nie wstydzi się wyznać: “Panie mój, choć stworzyłeś i niebo i ziemię, człowiek Ciebie zrozumie tylko w Betlejemie”. Ale pewnie prawie wszyscy, którzy przeżywamy razem cud Betlejem, stwierdzamy z kolędą powstałą w czasie drugiej wojny światowej, wyśpiewaną po raz pierwszy w kaplicy św. Andrzeja Bobolí w Warszawie: “A dzisiaj czemu wśród ludzi, tyle łez, jęków, katuszy? Bo nie ma miejsca dla Ciebie w niejednej człowieczej duszy”. Boże Narodzenie stanowi też wyjątkową okazję, aby przekreślić dzielące nas różnice i powziąć postanowienie, że działać będziemy wspólnie, jako monolit a nie jak rozproszona masa. Mamy walczyć z martwotą, która opanowała nasze szeregi, żeby stać się zespołem ludzi owianych wspólnym celem, ludzi którzy dążą do polepszenia pozycji Polonii w Ameryce i poprawy losu Polski w dalekiej Europie.

Ks. Józef Szpilski (z lewej) mimo wieku emerytalnego cały czas bardzo aktywnie pełni posługę duszpasterską. Na zdjęciu wraz z ks. Grzegorzem Markulakiem, obecnym proboszczem parafii św. Stanisława Kostki na Greenpoincie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

W swojej wypowiedzi użył ksiądz kilku cytatów z kolęd, które są nieodłącznym elementem tradycji bożonarodzeniowej. Jakie znaczenie mają one dla wiernych?
Jednym z bardzo pięknych wyrazów właściwego świętowania Bożego Narodzenia jest śpiew kolęd w rodzinie. Zostawia on niezatarte ślady nawet wtedy, gdy ktoś znajdzie się przez długi czas pośród ludzi obcych, odcięty od rodzinnego kraju. Z naszych kolęd można się nauczyć praw wiary, odczytać sens życia jednostki, grupy i narodu, odnaleźć istotę kultu Boga i właściwe wartościowanie przeżywanych zdarzeń. Niech więc obecne święta będą nasycone pobożnością płynącą z rodzinnego śpiewu kolęd, abyśmy jak najgłębiej przeżyli okazaną nam miłość Boga Ojca, “że Syna swego nam dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, lecz miał życie wieczne”. Program zawarty w kolędzie wyśpiewanej przez aniołów na polach Betlejem: “Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli” niech wyznacza nam drogę do Boga i ludzi w dniach świątecznych, a potem i w codziennych, choć by najbardziej zwykłych i szarych.

Zbliża się koniec 2021 roku, który dla księdza był szczególny, bowiem kilka miesięcy temu obchodził ksiądz 65-lecie kapłaństwa. To bardzo rzadko spotykany jubileusz, zwłaszcza wśród kapłanów ciągle aktywnych w swojej posłudze i działalności duszpasterskiej. Gratuluję pięknej rocznicy i świetnej sprawności fizycznej.
Dziękuję bardzo. Faktycznie takie jubileusze są bardzo rzadkie w naszej diecezji. Jestem jedynym księdzem na ponad 300 kapłanów. Jest jeszcze kilku, którzy mają 60 lat kapłaństwa i chyba dwóch, którzy są 70 lat po wyświęceniu, ale oni nie są już aktywni i przebywają w domach opieki. Również moi koledzy z okresu seminarium – a było nas 33 wyświęconych – już nie żyją. Wszyscy już odeszli z tego świata. Wtedy było bardzo dużo powołań i seminaria pękały w szwach. Dzisiaj niestety jest inaczej, za moich czasów świeciło się nieraz 33 księży, a obecnie dwóch, może trzech. Kurs, na którym się kształciłem był olbrzymi. Właśnie z niego pochodził abp Tadeusz Gocłowski, który był moim kolegą, było tam też wielu późniejszych profesorów, którzy nauczali na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i w seminarium w Krakowie. To był taki kurs utalentowanych chłopców powojennych kształcących się w Instytucie Teologicznym Księży Misjonarzy w Krakowie, który początkowo był częścią Wydziału Teologicznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Gdy komuniści zlikwidowali tę filię to powstał jako niezależne seminarium.

Skoro jest zdecydowanie mniej powołań to pewnie inaczej też wygląda życie w seminarium.
Życie i kapłaństwo współczesnych księży wygląda zupełnie inaczej niż moje. Gdy byłem młodym księdzem to podlegaliśmy wielkiej dyscyplinie i posłuszeństwu. Dzisiaj tego osobiście nie widzę. To o co ja musiałem poprosić przełożonych to dzisiaj bierze się jako pewnik, za coś zupełnie normalnego. Tak więc pod tym względem nastąpiła całkowita zmiana.

Jakie były kolejne etapy duszpasterskiej posługi księdza?
Po wyświęceniu swoje pierwsze lata kapłaństwa spędziłem w Warszawie w pięknym kościele św. Krzyża znajdującym się po drugiej stronie Uniwersytetu Warszawskiego, przy Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie. To było coś wspaniałego, ponieważ byłem wikariuszem w tej parafii i studiowałem historię sztuki, taki trochę rzadko spotkany kierunek u księży. Były to studia, które trwały 4 lata na Akademii Teologii Katolickiej na Wielanach i kończyły się magisterium. Jednocześnie byłem bardzo zaangażowany w duszpasterstwo młodzieży akademickiej, które prowadziłem. W sumie w parafii  św. Krzyża spędziłem 6 lat, co było bardzo długim okresem jak na pierwszą placówkę ponieważ młodych księży przeciętnie zmienia się co 3 lata. Później moi przełożeni oznajmili mi, że mam wyjechać do Stanów Zjednoczonych, co wcale nie było moim pragnieniem. Oczywiście zgodziłem się na tę propozycję ponieważ byłem przekonany, że nie dostanę paszportu, tym bardziej, że miałem różne kłopoty z milicją i służbami, które miały mnie na swojej liście. W związku z tym wtedy przeniesiono mnie do Żagania, który znajduje się po drugiej stronie Polski przy granicy z Niemcami. Tam też zacząłem prowadzić duszpasterstwo lecz z młodzieżą gimnazjalną i zawodową.
Pełniąc posługę w Żaganiu złożyłem podanie o paszport, a było to we wrześniu 1963 r. Okazało się, że na początku listopada otrzymałem wezwanie żeby wstawić się na komendę policji w Zielonej Górze. Pomyślałem, że to pewnie przez to, że staram się o wyjazd do Ameryki. Gdy się tam pojawiłem to mnie zamurowało, gdy jeden z policjantów powiedział: “Widzi ksiądz, dostał ksiądz ten paszport”. Byłem tą decyzją całkowicie zaskoczony. Po odebraniu paszportu jeszcze przez kilka miesięcy pracowałem z młodzieżą, ale w kwietniu 1964 r. wyjechałem do Stanów Zjednoczonych. Początkowo byłem w Waszyngtonie na studiach języka angielskiego, gdzie spędziłem kilkanaście miesięcy. Potem przyjechałem do Erie w Pensylwanii, gdzie Zgromadzenie Księży Misjonarzy miało jeden z trzech swoich ośrodków. Dwa pozostałe były w Whitestone na Queensie i w Utica w stanie Nowy Jork. Tworzyliśmy tam grupy misyjne złożone z 7-10 księży polskich oraz amerykańskich i mieliśmy tam duszpasterstwo, które miało na celu przygotować polskie parafie do obchodów Milenium Chrztu Polski. Naszym zadaniem było odwiedzanie różnych parafii i prowadzenie tam rekolekcji, misji, nowenn i różnych nabożeństw eucharystycznych. Ja przebywając w Erie odwiedzałem m.in. Chicago, Buffalo, Pittsburgh i Cleveland. Z kolei gdy w latach 1969-1972 byłem w Whitestone na Queensie to odwiedzałem diecezje w Nowym Jorku, New Jersey i Connecticut. Wcześniej byłem też bardzo krótko w Utica, skąd również jeździłem do różnych polskich parafii. Muszę stwierdzić, że bardzo podobała mi się taka praca, ponieważ odwiedzałem ciągle inne miejsca oraz poznawałem nowych ludzi i życie Polonii amerykańskiej. W 1973 r. zostałem proboszczem parafii św. Stanisława Kostki na Greenpoincie, gdzie spędziłem prawie 10 lat dziesięć po czym w 1982 r. powróciłem do Whitestone do naszego Domu Misyjnego św. Wincenta. Wraz z upływem lat i śmiercią kolejnych księży ta grupa misyjna stawała się coraz mniejsza, aż w końcu byłem tam jedynym kapłanem. W związku z tym ostatecznie zamknięto ten ośrodek, a ja w 1994 r. zostałem przeniesiony do parafii św. Józefa w Ansonii w stanie Connecticut, gdzie byłem do 2003 r. Kolejne pięć lat spędziłem w parafii św. Michała w Derby, również w stanie Connecticut. W 2008 r. ponownie trafiłem do parafii św. Stanisława Kostki na Greenpoint, gdzie jestem do dania dzisiejszego.

Ks. Józef Szpilski w tym roku obchodził 65-lecie kapłaństwa / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Chyba nie ma takiego drugiego kapłana, który by tak długo jak ksiądz był związany z tym niesamowicie popularnym wśród Polonii greenpoinckim kościołem. Licząc tylko dziesięcioletni okres proboszczowania i aktualny pobyt od 2008 r. już mamy 23 lata, a wiem, że jeszcze wcześniej przez jakiś czas ksiądz pojawiał się tutaj jako wikariusz. Proszę powiedzieć jak zmieniała się ta parafia na przestrzeni kilku ostatnich dziesięcioleci.
Ma pan rację, trzykrotnie pojawiałem się tutaj na krótkie okresy będąc w naszym ośrodku misyjnym. Jeżeli chodzi o zmiany w parafii to są one ogromne, jest ona zupełnie inna niż ta ponad 40 lat temu, gdy byłem w niej proboszczem. Tych ludzi – poza kilkoma starszymi paniami i mężczyznami – którzy wtedy byli parafianami już dzisiaj nie ma, bo albo poumierali, albo wrócili do Polski lub kupili domy w Pensylwanii i tam mieszkają. Ci którzy są w tej chwili nie mają pojęcia o czasach mojego proboszczowania. Wówczas parafianie byli bardzo mocno związani z naszym kościołem. Zawsze można było na nich liczyć. Jeżeli coś się organizowało, czy to piknik, zabawę, czy nawet bazar to chętnych do pomocy było bardzo dużo. Oni się dobrze czuli w tej parafii, kochali ją i traktowali jak prawdziwy dom. Niektórzy z nich pamiętali jak ich dziadkowie budowali ten kościół dlatego bardzo się z nim identyfikowali. Dzisiaj do nas przyjeżdżają ludzie z całego Nowego Jorku, ponieważ są polskie msze i jest ich dość dużo. W dodatku są ciekawe kazania i wygłaszane dobrą polszczyzną. Niektórzy przyjeżdżają z innych stanów by wziąć u nas ślub lub ochrzcić dziecko. Miałem nawet kiedyś taki przypadek, że pewien pan z Pittsburgha w stanie Pensylwania poprosił mnie o ochrzczenie swojego dziecka ponieważ jak wyjaśnił jego również chrzciłem i życie mu się bardzo dobrze ułożyło, dlatego chciał żeby to właśnie ja chrzcił jego syna. Inni twierdzą, że np. chcą by w naszym kościele ochrzcić ich dzieci bo tutaj byli chrzczeni nie tylko oni sami, ale także ich rodzice i dziadkowie. Podobnie jest też z pogrzebami i ślubami. Tak więc udzielamy bardzo dużo różnych sakramentów i sprawujemy wiele obrzędów, ale związki wielu wiernych z parafią są bardzo luźne. Jest to również bardzo zauważalne podczas bożonarodzeniowej kolędy. Kiedyś szło się ulicą i odwiedzało się po kolei każdy dom, a obecnie zaprasza nas tylko po kilka rodzin w danej okolicy. Gdy ja byłem proboszczem, to do parafii zapisanych było 2800 rodzin w dodatku bardzo związanych z kościołem. Dzisiaj jest tylko 700 rodzin, tak więc różnica jest kolosalna.

Czym to jest spowodowane? Czy to oznacza, że ludzie są mniej religijni?
Niestety nie ma tych ludzi, jest coraz mniej Polaków. Kiedyś w naszej szkole katolickiej mieliśmy 1000 dzieci. No więc jak się szło do kościoła na msze, to w kościele nie było miejsca. Dzisiaj w Akademii św. Stanisława Kostki mamy 211 uczniów. Tak jaka różnica w samej szkole. Buduje się teraz dużo nowych domów i pojawiają się nowi mieszkańcy. Przykładowo na Broome Street kiedyś nie było rodziny, która by nie przyjęła księdza po kolędzie. To była taka nasza ulica. Obecnie po obu jej stronach jest może 10 rodzin, które odwiedzamy. Tak więc Greenpoint jest teraz zupełnie inny. Kiedyś to była taka polska wioska, a obecnie czynsz w nowych budynkach jest zbyt wysoki dla Polaków. Oni mieszkają np. w Pensylwanii i przyjeżdżają do nas w niedzielę na mszę św., lub do świątecznej spowiedzi bo wiedzą, że u nas są polscy księża i praktycznie zawsze mogą przystąpić do sakramentu pokuty. Jednak na co dzień są daleko od naszego kościoła. Tak więc nie ma zbyt wielu łączników pomiędzy tym jak parafia wyglądała kiedyś, a jak działa obecnie.

Ale jednak Polacy cały czas tutaj dominują.
Oczywiście, że dominują, bo ta parafia ma bardzo ciekawą historię, a świątynia jest niesamowicie piękna. Polacy nadal przyjeżdżają na Greenpoint – zwłaszcza w okresie przedświątecznym – na zakupy. Tak więc gdy tutaj się pojawią to chętnie odwiedzają i zatrzymują się w naszym kościele, który dla nich był i jest taką Małą Polską. Każdy czuje się w nim jak u siebie, bowiem ma on taki typowo polski klimat.

Jednym z bardzo ważnych i historycznych wydarzeń mających miejsce w parafii św. Stanisława Kostki była wizyta metropolity krakowskiego kard. Karola Wojtyły, późniejszego papieża Jana Pawła II. Ksiądz był świadkiem tej wizyty. Proszę o niej opowiedzieć.
Arcybiskup krakowski kard. Karol Wojtyła przybył tutaj 29 września 1969 r. i odprawił mszę św. oraz wygłosił piękne kazanie. Mówił o tym, że człowiek XX w. potrzebuje Boga, a szczególnie osoby mieszkające na obczyźnie, gdzie wszystko jest inne i obce, natomiast tylko Bóg, wiara oraz kościół jest taki sam jak w Polsce. Później miał spotkanie z dziećmi w szkole oraz z różnymi organizacjami parafialnymi. Wiem, że ten pobyt w naszej parafii bardzo mocno zapisał  mu się w pamięci. Dowód tego dał podczas naszej pielgrzymki do Rzymu dwa lata po jego wyborze na papieża. Byliśmy wówczas na audiencji i mieliśmy ze sobą duży napis “Kościół świętego Stanisława Kostki na Brooklinie”. On podszedł do nas i powiedział: “Jak ja dobrze pamiętam wasz kościół”. Gdy został papieżem to dzień jego wyboru był dla Greenpointu bardzo ważny i zapisał się w historii tej dzielnicy. Pojawiły się u nas tłumy ludzi i różnego rodzaju stacji telewizyjnych, które chciały żebyśmy im udzielali wywiadów. Wszyscy uważali, że my tutaj wszystko o nim wiemy. Myśmy co prawda trochę wiedzieli, ale na pewno nie wszystko. Wtedy nasza parafia nabrała takiego specyficznego klimatu, bo był w niej papież, w dodatku był to polski kościół. Na wszystkich wówczas robiło to ogromne wrażenie. Ja wówczas nie byłem jeszcze tutaj proboszczem, ale przebywałem w tej parafii jako ksiądz z tej grupy misyjnej w Whitestone, o której wcześniej opowiadałem. Uczestniczyłem w mszy św. odprawianej przez kard. Karola Wojtyłę i siedziałem tuż obok ambony bardzo uważnie słuchając jego kazana.

Ks. Józef Szpilski (z lewej) często odprawia msze św. w kościele św. Stanisława Kostki na Greenpoincie. Na zdjęciu wraz z ks. Markiem Sobczakiem, byłym proboszczem tej parafii / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Wiem, że ksiądz miał również okazję spotkać się z kard. Karolem Wojtyłą jeszcze wcześniej, podczas posługi w kościele św. Krzyża w Warszawie.
Tak, to prawda i o tym spotkaniu rozmawiałem z nim podczas wizyty na Greenpoincie. Po zakończeniu tej mszy św. kard. Wojtyła przyszedł na plebanię, gdzie wszyscy razem mieliśmy spotkanie. Wtedy podszedłem do niego i zapytałem: “Czy eminencja pamięta, jak prowadziliśmy rekolekcje dla pracowników sceny polskiej, czyli dla aktorów w Warszawie w kościele św. Krzyża?”. On był wówczas profesorem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i te rekolekcje prowadził, a ja byłem takim naganiaczem, chodziłem po operach, teatrach i dawałem znać oraz zachęcałem artystów by wzięli w nich udział. Nawet udało mi się ściągnąć na nie około 200 osób. W odpowiedzi na moje pytanie czy pamięta te rekolekcje usłyszałem: “Tak pamiętam. Aleśmy marną robotę wtedy zrobili”. Ja myślałem, że mnie pochwali itd., bo naprawdę przyszło dużo ludzi i miał do kogo mówić, ale on powiedział, że zrobiliśmy marną robotę. To świadczyło o jego pokorze.

Kardynał Karol Wojtyła, czyli obecnie św. Jan Paweł II, nie jest jedyną osobą otoczoną kultem religijnym, którą ksiądz miał okazję poznać osobiście. Tak też było w przypadku bł. Elżbiety Róży Czackiej i bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Proszę przybliżyć nieco te spotkania.
Z bł. Elżbietą Różą Czacką spotkałem się także w trakcie mojego pobytu w kościele św. Krzyża w Warszawie. Pewnego razu pojechałem z pewną studencką grupą Pan Miłosiedzria do Lasek pod Warszawą i właśnie tam ją poznałem. Była osobą, od której z daleka było widać głęboką wiarę, to można było od razu odczuć. Natomiast jeżeli chodzi o bł. ks. Jerzego Popiełuszkę to spotkałem do New Britain w stanie Connecticut. On tam przyjechał do jakiejś swojej krewnej, chyba do siostrzenicy. Ja wtedy odprawiałem nabożeństwo w Torrington i proboszcz tamtejszej parafii powiedział do mnie: “Słuchaj, my jedziemy do New Britain, ponieważ to nie jest daleko i może spotkamy się z ks. Popiełuszką”. Więc również zdecydowałem się z nimi pojechać i tam się poznaliśmy. To było takie spotkanie na ziemi amerykańskiej, które bardzo miło wspominam. Już wtedy miałem wrażenie, że jest on męczennikiem tamtych czasów. Tak więc w swoim życiu otarłem się o wiele świętych osób.

Prócz swojej pracy i posługi kościelnej jest ksiądz również bardzo zaangażowany społecznie. To świadczy o bardzo dużej aktywności, oczywiście związanej z posługą duszpasterską.
Zajmuję się tym od bardzo dawna. Przez wiele lat byłem kapelanem Polish National Alliance, stowarzyszenia które miało swoją siedzibę na Noble Street, od 2003 roku jestem kapelanem nowojorskiego Koła Przyjaciół Fundacji Jana Pawła II a od 2006 roku jestem dyrektorem w Centrum Polsko-Słowiańskim i pamiętam doskonale jak ks. Longin Tołczyk zakładał tę organizację.

Reasumując to wszystko o czym rozmawialiśmy, widać, że 65-letnie kapłaństwo księdza było bardzo interesujące i pracowite. W dodatku mimo emerytury nie zwalnia ksiądz tempa.
Każdego księdza obowiązuje wiek emerytalny. Gdy przekroczy się 75 lat to można być aktywnym, ale już nie wolno przyjmować żadnych urzędów. Nie można być ani proboszczem, ani administratorem, ani nawet wikarym. Wszelkie sprawy administracyjno-urzędowe odpadają. Natomiast można być bardzo aktywnym i to zależy od nas samych. Po skończeniu 75 lat otrzymałem list od biskupa z podziękowaniem za pracę. Powiedział mi również, że jak pozwala mi zdrowie i mam chęci, to mogę być aktywny tak długo jak tylko będę mógł. No i ja już jestem na emeryturze 15 lat. Mimo tego wykonuję wszelkie prace jak każdy inny ksiądz. Nauczam dzieci, odprawiam msze św. i różne nabożeństwa, udzielam ślubów i chrztów, sprawuję pogrzeby, a nawet prowadzę dyżuru na plebanii. Tak więc dopóki będę mógł to będę aktywny, tym bardziej, że obecnie brakuje księży. Gdy ja byłem proboszczem parafii św. Stanisława Kostki to było nas siedmiu, a teraz jest nas czterech: proboszcz, dwóch wikarych i ja jako emeryt.

W takim razie życzę zdrowia i dużo sił, by ksiądz posługiwał jeszcze wiele lat. A w związku ze zbliżającym się Bożym Narodzeniem życzę zdrowych, spokojnych świąt i Błogosławieństwa Bożego na każdy dzień Nowego Roku.
Dziękuję bardzo i również na radosne, tak bardzo rodzinne święta Bożego Narodzenia, składam panu, czytelnikom “Nowego Dziennika” i Polonii życzenia obfitych łask Bożego Dzieciątka. Niech światło betlejemskiej nocy budzi nadzieję przepełniającą naszą codzienność, niech umacnia i pomnaża wszystko, co w nas dobre, piękne i szlachetne, i przynagla do dzielenia się miłością w każdym dniu Nowego Roku.

Ks. Józef Szpilski od wielu lat jest kapelanem nowojorskiego Koła Przyjaciół Fundacji Jana Pawła II / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK