Pamięć o dzieciach z Powstania Warszawskiego

214
Symboliczna mogiła Wojtka Zalewskiego na Powązkach Wojskowych odsłonięta dzień przed 76. rocznicą powstania warszawskiego FACEBOOK/ NIE ZAPOMNIJ O NAS, POWSTAŃCACH WARSZAWSKICH

Marysia, Jadzia i Jola były siostrami. Najstarsza miała 13 lat, najmłodsza – 7. Ich mama została zamordowana w pierwszych dniach powstania warszawskiego. Dziewczynki zginęły w ostatnich godzinach zrywu. Schroniły się w kamienicy na Żoliborzu, zbombardowanej przez Niemców. To między innymi z myślą o nich prowadzona była zbiórka na rzecz przywrócenia pamięci dzieciom z powstania warszawskiego. “Zaniedbany i zniszczony grób sióstr jest jedną z mogił, które chcieliśmy odnowić” – mówi Patryk Markuszewski, twórca i organizator akcji “Nie Zapomnij o Nas, Powstańcach Warszawskich”.

Akcja prowadzona jest już od pięciu lat. Jej celem jest odbudowa zniszczonych i zapomnianych mogił powstańczych. “W tym roku postanowiliśmy przywrócić pamięć dzieciom z powstania warszawskiego. Jeden z grobów, który chcieliśmy wyremontować, jest całkowicie opuszczony, i przede wszystkim praktycznie bez informacji, kto w nim spoczywa. Jest tylko laminowana kartka przyczepiona przez społeczników, sprzątających groby na Powązkach” – mówi “Nowemu Dziennikowi” 33-letni Patryk Markuszewski. – Marysia, Jadzia i Jola zginęły właściwie w ostatnich godzinach powstania na Żoliborzu. Po wojnie zostały pochowane na Powązkach. Ich matka została zamordowana na Mokotowie, podczas egzekucji na ul. Dworkowej. Była przełożoną pielęgniarek w szpitalu sióstr elżbietanek. Jej ciała nigdy nie odnaleziono. Chcemy, by na grobie sióstr pojawiła się informacja, że ich mama jest symbolicznie z nimi pochowana” – dodaje organizator akcji. Wojnę przeżył tylko ojciec dziewczynek, zawodowy żołnierz, odznaczony Orderem Virtuti Militari. Nie założył już drugiej rodziny, zmarł w latach 70. i od tego czasu nie było już nikogo, kto mógłby się zajmować grobem dziewczynek. Koszt renowacji szacowany jest na 15 tysięcy złotych (ok. 3900 dol.).

Trzy siostry: Marysia, Jadzia i Jola zginęły w ostatnich godzinach powstania warszawskiego
FOTO: ARCH. MUZEUM POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

To niejedyny cel tegorocznej akcji. „Mamy też zgodę na postawienie pomnika na jednym z bezimiennych grobów Wojtusiowi Zalewskiemu ps. „Orzeł Biały”. Gdy zginął miał 11 lat, i był najmłodszym łącznikiem w oddziale kpt. Wacława Zagórskiego (ps. „Lech Grzybowski”). Wykazywał się ogromną odwagą. Uratował starszych kolegów, kiedy zostali okrążeni przez Niemców. Znał doskonale wszystkie przejścia i wyprowadził cały oddział w bezpieczne miejsce. Miał zostać za to przedstawiony do wniosku o odznaczenie Krzyżem Walecznych – opowiada rozmówca “Nowego Dziennika”. – 21 sierpnia, gdy biegł z meldunkiem od dowódcy, został postrzelony przez niemieckiego snajpera. Jego ciało, pod gradem kul niemieckich, wyniósł porucznik Mieczysław Mirecki, ps. „Błyskawica”. Zostało to uwiecznione na zdjęciu (przez filmowców Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK – przyp. red.). Wojtuś został pochowany z należytymi honorami na podwórku przy ulicy Ceglanej 3, cały oddział oddał mu cześć. Po wojnie jego ciało nie zostało ekshumowane i pozostało w tym samym miejscu. Obecnie znajdują się tam budynki, więc prace ekshumacyjne nie będą już prawdopodobnie możliwe. Od kilku lat grupa społeczników walczy o przywrócenie pamięci o Wojtusiu. Kontynuując ich pracę, postanowiliśmy postawić mu symboliczny pomnik, również na cmentarzu” – tłumaczy Patryk Markuszewski. Szacowany koszt to ok. 25 tys. złotych (ok. 6500 dol.).


“Planujemy też kolejne akcje, tym razem poświęcone żyjącym na Kresach polskim kombatantom. Chcemy dotrzeć do osób mieszkających między innymi na Litwie, Łotwie, Ukrainie czy Białorusi. Zawieźć im między innymi paczki. Mamy nadzieję, że we wrześniu uda się przeprowadzić taką dużą akcję pomocy. Na co dzień również wspieramy naszych powstańców tu, na miejscu. Robimy zakupy czy wykupujemy im leki. Odwiedzamy ich też regularnie, czy to z kwiatami, czy jakimś słodkim upominkiem, by pokazać, że młodzi ludzie pamiętają, nie tylko przy okazji 1 sierpnia, ale przez cały rok” – zaznacza Patryk Markuszewski. W tym roku skończył 33 lata. Jest nie tylko organizatorem akcji “Nie Zapomnij o Nas, Powstańcach Warszawskich”, ale także między innymi wolontariuszem, przewodnikiem w Muzeum Powstania Warszawskiego. Przez znajomych nazywany „człowiekiem pierwszego kontaktu” dla kilkudziesięciu powstańców warszawskich. Jednym z nich był dziadek Patryka. Niestety, nigdy go nie poznał. Choć cudem przeżył powstanie, bo uratował go przyjaciel, to po wojnie został zamordowany przez Sowietów. “Dziadek zmarł, gdy moja mama miała kilkanaście lat. Wszystkie osoby, które, tak jak ja, angażują się w kolejne akcje, a jest nas duża grupa, chcą przede wszystkim odwdzięczyć się pokoleniu, które walczyło także i o naszą wolność. My, wszyscy wolontariusze powtarzamy, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma to szczęście rozmawiać z powstańcami, i od nich dowiadywać się, jak wyglądała rzeczywistość II wojny światowej” – podkreśla 33-latek, dla którego jednym z największych bohaterów i autorytetów powstania warszawskiego jest prof. Witold Kieżun ps. „Wypad”. Służył w oddziale do zadań specjalnych “Harnaś”. Uczestniczył między innymi w akcji zdobycia Poczty Głównej (obecnie plac Powstańców Warszawy). „Mam też ten zaszczyt, że profesor jest moim niedalekim sąsiadem, wiec mam możliwość regularnie z nim rozmawiać i spotykać się. To jest człowiek, od którego zaczynam każdą opowieść w Muzeum Powstania Warszawskiego, gdy oprowadzam grupy. Atak na Pocztę Główną był bardzo ciężki, ponieważ Niemcy mieli ustawione karabiny maszynowe w oknach, wiele osób poległo i tylko kilku żołnierzom udało się przebić przez zaporę ogniową. Po wbiegnięciu do budynku rozdzielili się. Witold Kieżun wpadł przez wielkie drzwi do sali, w której 14 Niemców, esesmanów, czyli największych zbrodniarzy wojennych, stało przy stole i czyściło broń. Przygotowywali się, by zamienić oddziały, które akurat walczyły. Młody powstaniec miał pistolet maszynowy, chciał strzelić, ale broń się zacięła, zaczął więc krzyczeć: hande hoch! A że był mężczyzną przewyższającym co najmniej o głowę wszystkich znajdujących się tam Niemców, poddali się. Pewnie myśleli też, że za nim wpadnie cały oddział. Jak jeden mąż podnieśli ręce do góry, Polak wyciągnął wtedy pistolet z kabury stojącego tuż obok dowódcy esesmanów, i tak, bez oddania ani jednego strzału, wziął do niewoli 14 niemieckich żołnierzy. Zdobył też mnóstwo broni, a po chwili udało się zdobyć budynek Poczty Głównej” – opowiada Patryk Markuszewski. Losy profesora, jak wielu powstańców, były ekstremalnie trudne. Został aresztowany przez NKWD i poddawany straszliwym torturom, przede wszystkim psychicznym. Gdy nie udało się go złamać, zesłano na Syberię. „Z wywiezionych tam osób przetrwało kilkanaście procent. Sam profesor w pewnym momencie został uznany za zmarłego. Przeżył tylko cudem. Pielęgniarka rosyjska miała narzeczonego, który na imię miał także Witold, więc czuła do Polaka sentyment. Zaczęła go szukać wśród ciał zmarłych. Okazało się, że jeszcze po cichutku serce profesora bije i udało się go uratować” – opowiada rozmówca “Nowego Dziennika”.

Patryk Markuszewski razem z jednym ze swoich największych autorytetów, prof. Witoldem Kieżunem
FOTO: Facebook: Nie zapomnij o Nas, Powstańcach Warszawskich

1 sierpnia, obchodzona jest 76. rocznica w warszawskiego, największego zrywu militarnego w okupowanej przez Niemców Europie. Wielu powstańców zostało zapomnianych, nie mają nawet swoich grobów, bo ich ciał nigdy nie odnaleziono, ale każdemu należy się cześć i chwała. „Powtórzę za Kazimierzem Irankiem-Osmeckim: ‚Trzeba było to wszystko przeżyć, żeby zrozumieć, że Warszawa nie mogła się nie bić’. To jest cytat, który najlepiej oddaje istotę powstania warszawskiego – twierdzi Patryk Markuszewski. – Powstańcy, z którymi rozmawiam, powtarzają, że po pięciu latach tej strasznej okupacji, rozstrzeliwań, kiedy Polska była przez Niemców traktowana zupełnie inaczej, niż pozostałe kraje okupowanej Europy, ludzie potrzebowali sami chwycić za broń i wywalczyć tę wolność. Powtarzają, że głód, cierpienie, ból – wszystko to można jeszcze jakoś przetrwać, ale braku wolności już się nie da. Mówią też, że te 63 dni, mimo że ginęli ich najbliżsi, cierpieli głód, to były jedne z najpiękniejszych dni ich życia. Kiedy wypowiadają te słowa u schyłku życia, mając ponad 90 lat, to pozwala zrozumieć, jakie to było wydarzenie, że mogli sami stanowić o swoim losie. Byli solidarni, bez względu na przekonania polityczne czy poglądy. Wszyscy stanęli razem, ramię w ramię, by wywalczyć Polsce wolność” – podkreśla Patryk Markuszewski, twórca i organizator akcji “Nie Zapomnij o Nas, Powstańcach Warszawskich”.