Pielgrzymki z Pielgrzymem

180
Papież po mszy w Bydgoszczy w 1999 roku rozmawia z wiernymi, wspominając swój spływ kajakowy Brdą w 1953 roku: "I dzisiaj przypłynąłem do Bydgoszczy" – powiedział z uśmiechem FOTO: EPA

Los, a może Boża Opatrzność sprawiła, że dane mi było być świadkiem i uczestnikiem wielu pielgrzymek Jana Pawła II. W karierze każdego dziennikarza to doświadczenie wyjątkowe. Po wyniesieniu polskiego papieża na ołtarze, wspomnienia te nabierają nowego wymiaru. Choć Polacy nigdy nie mieli wątpliwości, że obcują ze świętym.

W polskich pielgrzymkach papieskich w latach 1979, 1983 i 1987 brałem udział jako uczeń, student i harcerz. Z pierwszej, w której uczestniczyłem jako 16-latek, pamiętam cudem zdobyte wejściówki na krakowską Skałkę i wzruszonego Ojca Świętego rozmawiającego godzinami z młodzieżą, milion ludzi na Błoniach i papieskie okno na Franciszkańskiej wraz z tłumem młodych ludzi i Jana Pawła II pytającego: “Dacie spać papieżowi?”.

Potem była jeszcze wyprawa na mszę na placu Zwycięstwa (dziś Piłsudskiego) w stolicy i pamiętne słowa: “Niech zstąpi duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. W kolejnych dwóch pielgrzymkach – do radości uczestnictwa w spotkaniach z Janem Pawłem II dołączyła też praca w służbach porządkowych w tzw. Białej Służbie – w Warszawie i Lublinie. W pamięć zapadła zwłaszcza wizyta w 1987 roku na mojej Alma Mater – Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, z którym związany byłem od trzech pokoleń. Gdzieś, w jeszcze bardziej odległej pamięci, pozostał obrazek mamy pokazującej mi na korytarzach uczelni sylwetkę kardynała Karola Wojtyły, udającego się na zajęcie w Katedrze Etyki, gdzieś na przełomie lat 60. i 70.

W 1986 roku, podczas letniej wyprawy do Włoch i Francji, udało mi się zdobyć wejściówkę na papieską mszę święta w Castel Gandolfo. Pozostało w mej pamięci dość nieortodoksyjne wspomnienie. Po odprawionej o świcie po polsku liturgii papież fotografował się z poszczególnymi grupami pielgrzymów, zgromadzonych na zamkowym dziedzińcu. Niezorganizowanych “niedobitków”, którzy pojawili się tam indywidualnie, także poproszono o ustawienie się w oddzielnym miejscu do zbiorowej fotografii. “Będziecie mieli zdjęcie z białym niedźwiedziem” – zażartował Jan Paweł II, podchodząc do naszej gromadki, dając wyraz ogromnego dystansu do swojej osoby i poczucia humoru.

Rok później, w 1987 roku, jako student-doktorant miałem okazję wziąć udział w audiencji z Ojcem Świętym, gdy jako uczestnicy podróży studyjnej seminarium śp. prof. Jerzego Kłoczowskiego z KUL mieliśmy możliwość opowiedzenia o swojej drodze w poszukiwaniu prawdy.

Tomasz Deptuła (pierwszy harcerz po prawej) na stadionie 10-lecia w Warszawie jako członek Białej Służby, czyli służby porządkowej z Harcerskiej Służby Liturgicznej “Zawisza” z Lublina
FOTO: ARCHIWUM T. DEPTUŁY

Potem, już jako dziennikarzowi, przyszło mi pisać o kolejnych papieskich podróżach. Dzięki temu mogłem o polskim papieżu rozmawiać z wiernymi z całego świata.

ROK 1993: DENVER, CZYLI SZOK MEDIÓW

Jeśli ktoś przeczytałby komentarze amerykańskiej prasy przed 5. Światowym Dniem Młodzieży w Denver, nie miałby wątpliwości, że jest to impreza skazana na porażkę. Papież przyjeżdżający do rozwydrzonej amerykańskiej młodzieży miał być bez szans. Najpierw zapowiadano, że nikt do Kolorado nie przyjedzie, bo co może ciągnąć młodych ludzi do starego papieża? A ci co przyjadą, na pewno zdemolują Denver. Bo przecież tyle młodzieży w jednym miejscu to recepta na katastrofę.

Już pierwszego dnia, jeszcze przed przyjazdem Ojca Świętego, kiedy w niezwykłej scenerii zachodzącego nad łańcuchem Gór Skalistych słońca ponad 100 tysięcy ludzi uczestniczyło we mszy świętej, amerykańscy dziennikarze zaczęli się orientować, że w napisanym przez nich scenariuszu coś nie gra. Ze zdumieniem obserwowali tłumy młodych ludzi idących na nabożeństwa, gromadzących się na skwerach i parkach miasta. Tańczono i śpiewano, a jedynym wykroczeniem były zbiorowe kąpiele w fontannach, bo dokuczały sierpniowe upały.

Ale były i inne niespodzianki. Witający papieża prezydent Bill Clinton był wyraźnie speszony owacyjnym przyjęciem Ojca Świętego przez kilka tysięcy ludzi zgromadzonych na lotnisku. „The Pope stole the show” – skonstatowały amerykańskie gazety. Prezydenckie przemówienie nagrodziły zaledwie uprzejme oklaski. Papieskie przyjęto owacją. Na dodatek Jan Paweł II na dzień dobry i bez ogródek wypomniał swojemu gospodarzowi poparcie dla przerywania ciąży. „Ameryko, broń życia” – apelował i zaraz złamał protokół idąc w tłum i witając się z wiernymi.

Potem było już normalnie – jak to na Światowych Dniach Młodzieży zawsze bywało. 90 tysięcy ludzi na stadionie i tyleż na Celebration Plaza uczestniczyło w pierwszej papieskiej mszy. Potem – gdy Ojciec Święty spędził dzień w górach – wszyscy mieli dzień na refleksję, pokutę i Drogę Krzyżową. I młodzież (kolejny szok mediów) potrafiła się wyciszyć. Wtedy właśnie doszło do spotkania kilku tysięcy Polaków – ze starego kraju, z Ameryki, Kanady i Ukrainy. Potem było czuwanie z papieżem i wreszcie na kończącą World Youth Day otwartą mszę przyszło prawie pół miliona ludzi. Dość kameralnie, biorąc pod uwagę, że podczas kolejnego Światowego Dnia Młodzieży pojawiło się 5 milionów ludzi, ale jak na Amerykę, gdzie katolicy są mniejszością, zaskakująco dużo. Wierni przyszli, pomimo apeli władz Denver o pozostanie w domach z powodu upałów. W Cherry Creek Park doszło do lawiny omdleń spowodowanych zmęczeniem, nocnym czuwaniem i odwodnieniem organizmu. Udzielono pomocy 14 tysiącom ludzi. Papież, z uwagi na bezpieczeństwo pielgrzymów, znacznie skrócił homilię. W tym skwarze zobaczyłem reporterkę jakiejś lokalnej amerykańskiej stacji telewizyjnej zadającą uporczywie jedno pytanie: „Czy było warto?”. Widziałem jej zdumioną minę, gdy nikt nie odpowiedział jej „nie”.

W relacjach dziennikarskich zaczął w końcu pojawiać się jakiś cień refleksji i próba wytłumaczenia czegoś, co wielu tutejszym reporterom wydawało się zupełnie niezrozumiałe – co ci ludzie tu robią? Przecież papież rozmawiał z młodzieżą o problemach, których w Ameryce za wszelką cenę się unika – o cierpieniu, kulturze śmierci, fałszywej moralności, konieczności ochrony najsłabszych. Nazwał legalną w USA aborcję „straszną zbrodnią”. Potępił wprost narkotyki, antykoncepcję i eutanazję. Po raz pierwszy (to był dopiero 1993 rok!) wspomniał też o skandalach seksualnych w Kościele. Zarówno taki papież, rozsyłający młodych ludzi z apostolską misją, jak i istnienie rzesz młodzieży chcących go wysłuchać – to było chyba największe zaskoczenie dla mediów i amerykańskich elit.

1995: UZNANIE I PRYSZNIC

Kiedy w drzwiach pojawiła się sylwetka w bieli, wszyscy wstali. Był 5 października 1995 roku – Sala Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Z galerii prasowej widzieliśmy, jak Jan Paweł II powoli idzie w stronę mównicy, ściskając dłonie najbliżej stojących ambasadorów i dyplomatów – chrześcijan, muzułmanów, buddystów, zagorzałych ateistów… Potem mówił w czterech językach. O tym, że trzeba przekroczyć próg strachu i tworzyć cywilizację miłości. „Nie bójcie się przyszłości – apelował do delegatów całego świata. – Nie uda się nam jednak pozbyć strachu przed nią, jeśli nie będziemy solidarni, jeśli nie będziemy razem”. Ambasadorzy 185 krajów świata zgotowali papieżowi owację na stojąco. Wstała nawet delegacja komunistycznej Kuby, wstali Rosjanie i Chińczycy. Cały świat oddał hołd Ojcu Świętemu.

Papież w Nowym Jorku! Znów był Bill Clinton, który tym razem na lotnisku podkreślał, że Ameryka jest krajem ludzi wierzących. To była jednak zupełnie inna wizyta niż dwa lata wcześniej w Denver. Szalała wojna w Bośni, było już po pierwszym zamachu na World Trade Center, obawiano się terroryzmu. Nie podano nawet tras przejazdu papamobile. Zablokowano ulice na długości dziesięciu przecznic od ONZ. Policja na koniach, policja pieszo, policja w samochodach… Wielokrotne kontrole dokumentów, wykrywacze metali, rozkręcanie kamer i aparatów fotograficznych…

Z trzech spotkań Jana Pawła II z nowojorczykami – w Aqueduct Racetrack na Queensie, w Central Parku na Manhattanie i na stadionie Giants w East Rutherford, NJ – najbardziej utkwiło mi w pamięci to ostatnie. Może dlatego, że trudno było sobie wyobrazić gorszą pogodę na przyjęcie papieża. Ulewa, wiatr, zła widoczność, niemal tropikalna wilgotność powietrza i dobrze znana wszystkim nowojorczykom duchota. A na stadionie niemal 83 tysiące osób. Dostać się tu nie było łatwo, bo chętnych w parafiach było kilkakrotnie więcej. Więc kto miał bilet, musiał po prostu przebić się przez korki i przyjść. Ludzie stali godzinami i mokli, bo przecież ze względów bezpieczeństwa trzeba było być na stadionie dużo wcześniej, a zakazano wnoszenia ze sobą parasoli.

Amerykańscy reporterzy, jak zwykle, nie mogli się nadziwić, skąd na twarzach przemoczonych ludzi tyle radości i wzruszenia…

A papież? Znów zaskoczył wszystkich, bo pojawił się przed czasem. Mówił o symbolice Statui Wolności i konieczności obrony imigrantów. Pozdrawiał Polaków, tak jak zresztą wszędzie na trasie amerykańskiej pielgrzymki. I oczywiście żartował z wiernymi na temat pogody. „Co za wspaniali ludzie” – powiedział potem ówczesnemu arcybiskupowi Newarku Theodore’owi McCarrickowi, gdy trzeba było opuszczać stadion.

1999: MARATON, CZYLI KREMÓWKI

Dwie moje ostatnie podróże z papieżem to wyprawa do Polski i niedalekiej Kanady. Kiedy 5 czerwca 1999 roku stałem na lotnisku w Rębiechowie oczekując na przyjazd papieża, nie wiedziałem, że stoję przed jednym z najpoważniejszych wyzwań w mojej dziennikarskiej karierze. Sytuacja była co najmniej dziwna – oto przyjechałem z USA do rodzinnego kraju, żeby pisać dla polskojęzycznych czytelników, którzy często Polski nie widzieli od dziesięcioleci. Byłem w kraju urodzenia w roli zagranicznego korespondenta. I musiałem opisywać zawiłości nowej polskiej rzeczywistości. O tym, kto na papieskiej podróży próbuje zbić polityczny kapitał. Albo tłumaczyć, dlaczego w dotkniętym strukturalnym bezrobociem Ełku niemal w każdym oknie przymocowana jest antena satelitarna i jak mieszkańcy miasta wykorzystują bliskość trzech granic.

Najdłuższa pielgrzymka Jana Pawła II do Polski okazała się także dla dziennikarzy prawdziwym maratonem. To była szósta oficjalna podróż Ojca Świętego do Polski (siódma – licząc jednodniowy pobyt w Skoczowie podczas wcześniejszej pielgrzymki do Czech). W ciągu 13 dni Jan Paweł II miał odwiedzić 20 miejscowości. Było oczywiste, że jeden dziennikarz, przemierzający Polskę prasowym autokarem, nie jest w stanie być wszędzie, gdzie miał pojawić się papież. Oprócz problemów logistycznych były jeszcze względy bezpieczeństwa – w strefach prasowych trzeba było się meldować kilka godzin przed Janem Pawłem II. Podróżowaliśmy więc dwiema równoległymi trasami. Musieliśmy wybierać: Bydgoszcz czy Toruń? Pelplin czy Sopot? Licheń czy Elbląg? Sandomierz czy Zamość?

Dla Jana Pawła II miała być to pielgrzymka radości – zapowiadały media. Dla Polski – znajdującej się na jałowym biegu 10 lat po upadku komunizmu – próba szukania wyraźnej tożsamości. Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego witano w Trójmieście bardzo chłodno, ale podobnie traktowano i innych polityków, próbujących zbić na pielgrzymce polityczny kapitał.

Papież na początku pielgrzymki zaskakiwał dobrą formą. „Czuje się lepiej w Polsce niż w Watykanie” – komentował podczas krótkich briefingów rzecznik Joaquin Navarro-Valls. Ojciec Święty poruszał się już jednak z trudem, wspierając się na lasce. Dystans, jaki musiał przebywać piechotą, ograniczono do minimum, a przy ołtarzach i mównicach zainstalowano windy.

Była to też pielgrzymka wspomnień. W Elblągu, gdzie Jan Paweł II spotkał się m.in. ze sportowcami (dary wręczał papieżowi mistrz olimpijski w chodzie Robert Korzeniowski), wspominał spływy kajakowe po Mazurach, żartował. W Wadowicach, podczas słynnego „kremówkowego” spotkania z mieszkańcami miasta, widziałem w sektorze prasowym łzy w oczach największych dziennikarskich twardzieli. Płakali jak bobry nawet reporterzy laickich i lewicowych gazet, których nigdy nie podejrzewałem o nadmierną sympatię do Kościoła. „Co on mówi? Co on mówi?” – dopytywali się zagraniczni dziennikarze, mający problemy ze zrozumieniem polskiego.

Były jednak i momenty ważkie i podniosłe. Wykład o zależnościach między wiarą a rozumem wygłoszony w Toruniu do przedstawicieli świata nauki, spotkanie z pielgrzymami z całej Europy Środkowo-Wschodniej w upalnym Ełku, przemówienie do parlamentarzystów w polskim Sejmie czy nawet niespodziewana wizyta u rodziny Milewskich podczas dnia odpoczynku nad jeziorem Wigry. Był jeszcze zbiorowy płacz (dosłowny i w przenośni, bo tego dnia padało) na krakowskich Błoniach, gdzie zamiast chorego Jana Pawła II stał pusty fotel.

Choroby papieża początkowo nic nie zapowiadało. Więcej, wyglądało na to, że to Ojciec Święty zmieni swoje pielgrzymkowe plany i pojedzie nawiedzić chorego – do Erewania w Armenii, aby pocieszyć katolikosa Garegina I, najwyższego zwierzchnika Kościoła ormiańskiego. Jan Paweł II do Armenii w końcu nie poleciał, bo sam musiał się leczyć. Dopiął jednak swego i przedłużył o kilka godzin pielgrzymkę, aby odwiedzić Sanktuarium Jasnogórskie, którego nie było w pierwotnych planach.

Kiedy po dwóch tygodniach wsiadałem do samolotu wracającego do USA, byłem śmiertelnie zmęczony. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jakim obciążeniem są dla Jana Pawła II jego pielgrzymki. Miałem o połowę mniej lat od niego, byłem zdrów jak koń, towarzyszyłem mu tylko w co drugim odwiedzanym miejscu, a moje obowiązki ograniczały się do pisania relacji i przejeżdżania z miejsca na miejsce. A on? W każdym miejscu musiał spotykać się z ludźmi i do nich przemawiać, uczestniczyć i przewodniczyć w liturgiach oraz nabożeństwach. Wszędzie nieść posłanie radości i nadziei. I tak przez kilkanaście dni. Do dziś trudno mi jest sobie wyobrazić ogrom tego wysiłku. Przynajmniej w czysto ludzkim wymiarze.

2002: TORONTO, CZYLI POŻEGNANIE

Zdrowie papieża przede wszystkim – usłyszeliśmy przed planowanym na koniec lipca 2002 roku Światowym Dniem Młodzieży w Toronto. Jan Paweł II był już wówczas poważnie chory – miał trudności w chodzeniu i w wygłaszaniu długich przemówień. Jeszcze przed podróżą zredukowano liczbę planowanych homilii i wystąpień papieża. Ojciec Święty przyleciał do Toronto w towarzystwie dwóch lekarzy i często dawał do zrozumienia, że żegna się z młodymi katolikami. Pierwsze cztery dni były praktycznie wakacjami, które pozwoliły mu na przystosowanie się do nowej strefy czasowej i na regenerację sił.

Z Toronto utkwiło mi w pamięci niecodzienne misterium Drogi Krzyżowej oraz obraz przewieszonych przez pierś pielgrzymich sakw, których pasy przypominały amarantowe stuły diakonów. W tej torbie, którą otrzymał każdy uczestnik spotkania, w tym 4200 Polaków, znalazły się: plan Toronto, różaniec, świeca na wieczór czuwania oraz chusta do ochrony przed słońcem. I to właśnie ta sakwa pozwalała odróżnić „swoich” od zwykłych przechodniów.

Podczas powitania z uczestnikami World Youth Day Jan Paweł II znów błyskawicznie nawiązał kontakt z młodzieżą i tryskał energią. Jego dobra forma zdumiała nawet elitarne grono dziennikarzy-watykanistów z Volo Papale. Już na pierwszym spotkaniu pojawiło się dwa razy więcej uczestników, niż spodziewali się organizatorzy. Papieskie przesłanie do młodzieży było tym razem dużo bardziej „miękkie” niż podczas poprzednich spotkań. Papież mówił o powszechnym prawie do szczęścia, o tym, że do młodych będzie należeć przyszłość świata. Z wyraźnym bólem nawiązywał do skandali seksualnych w Kościele. To naprawdę było pożegnanie. Rozumieli to wszyscy. 82-letni papież, zapraszając wszystkich na Światowy Dzień Młodzieży do Kolonii w 2005 roku, nie powiedział już „do zobaczenia”. Słowa „jeśli Bóg pozwoli”, wyraźnie już zmęczonego Ojca Świętego, wypowiedziane w ostatnim dniu spotkań z młodzieżą zapadły w pamięć wszystkich.

2005: EPILOG

Epilog tej opowieści dopisało życie, gdy na przełomie marca i kwietnia 2005 roku znalazłem się z rodziną na krótkich wakacjach w Meksyku. Wiedzieliśmy, że stan zdrowia Jana Pawła II jest poważny, ale tak naprawdę zaalarmowały nas dopiero w przededniu śmierci wielkie tytuły meksykańskich gazet krzyczące: „Papież umiera”, „Jan Paweł II odchodzi”. W San Felipe, maleńkim miasteczku nad Morzem Corteza, widać było na ulicach smutek i przygnębienie.

Pielgrzymka papieska 1983 – papamobile wjeżdża na stadion 10-lecia w Warszawie FOTO: ARCHIWUM T. DEPTUŁY

Wiadomość o śmierci papieża przyszła w granicznym Mexicali. Widzieliśmy na własne oczy, jak (dosłownie) Meksyk zatrzymał się i zapłakał. Biły dzwony, hiszpańskojęzyczne rozgłośnie przerwały programy. Potem, już po amerykańskiej stronie, w miarę jazdy na północ Kalifornii, ich miejsce zajęły serwisy angielskojęzyczne. Ale zaskoczenie pozostało. Jak to – dziwiłem się głośno kilka dni później, gdy otrząsnęliśmy się z pierwszego szoku – przecież to „nasz” papież, Polak, inni go szanowali, kochali, ale to właściwie tylko my przyjęliśmy jego śmierć jak stratę kogoś bliskiego w rodzinie. „Nic z tych rzeczy – powiedział mi mój przyjaciel Ricardo, znający Meksyk jak własną kieszeń. – Dla Meksykanów była to miłość od pierwszego wejrzenia. Nie zapomnieliśmy o tym, że właśnie Meksyk był pierwszym krajem, który odwiedził Jan Paweł II podczas swojego pontyfikatu”. Dopiero wówczas przyszła refleksja – nie tylko my straciliśmy „naszego” papieża. Stracił go cały świat.