Pisanie jest moją pasją

1726
Dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm: "Swoje teksty non fiction nazywam opowieściami. Mają luźną budowę, swobodny tok narracji, mogą – nie muszą – być większe od opowiadania, mniejsze niż powieść" / Foto: THOMAS TOMCZYK

"Uważam, że niejako naszym – Polaków żyjących na emigracji – obowiązkiem jest 'robić, co można' na rzecz polskiej historii, polskiej kultury" – mówi "Nowemu Dziennikowi" dr Aleksandra Ziółkowska-Boehm, laureatka tegorocznego tytułu Wybitny Polak w USA w kategorii kultura.

Pani Aleksandro, gratuluję tytułu Wybitny Polak w USA, który niedawno pani zdobyła w konkursie organizowanym przez stowarzyszenie Panga Network USA oraz Fundację Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”. Jest to jedno z wielu wyróżnień i nagród, które pani do tej pory otrzymała. Jak pani zareagowała na wiadomość o tym tytule oraz co on dla pani oznacza?
Ucieszyłam się. Z wiekiem coraz bardziej cieszymy się docenieniem. Nawet jak się sami nie przyznajemy. Jak podkreślam w książce „Pisarskie delicje” – pisanie to poświęcanie długich godzin na pracę, która nie zawsze jest odbiciem naszych starań i nadziei, nierzadko przynosi wyobcowanie, gorycz i pustkę. To są godziny i całe dnie zmagania z własnym lenistwem, niewiedzą, to odsuwanie wielu spraw na bok, wielu spotkań, nieraz wielu małych i większych przyjemności. Pisanie to długie godziny samotności, a po jakimś czasie… lata samotności. Czytajmy biografie pisarzy, wiele nam dadzą. Nie czekajmy, aż pisarze odejdą na zawsze, by o ich książkach i o nich dobrze mówić – ale już w czasie przeszłym.

Tytuł ten otrzymała pani w kategorii kultura. Od wielu lat promuje ją pani w swoich książkach i publikacjach. Jakie, pani zdaniem, znaczenie ma nasza kultura dla osób żyjących na emigracji oraz czy możemy nią w jakiś sposób zainteresować przeciętnego Amerykanina? Dlaczego promowanie kultury i powiązanej z nią historii jest takie ważne?
Jeden z amerykańskich wydawców powiedział mi, że pisząc o konkretnym człowieku, konkretnej rodzinie, pokazując ich losy – tragedie, które wywołała wojna – przybliżam innym „ludzki dramat”. Niezależnie, czy to jest rodzina polska, francuska, norweska… gdy się czyta ciekawie pokazującą ich tragiczne losy książkę (czy ogląda film), wywołuje wzruszenie, budzi współczucie i szacunek. Czytelnik przejmuje się, gdy czyta o prawdziwych przeżyciach konkretnych ludzi. Utożsamia się z nimi i nie będzie potem bez zastanowienia mówić bezsensownych uwag czy ostrych lekceważących stwierdzeń. Uważam, że niejako naszym – Polaków żyjących na emigracji – obowiązkiem jest „robić, co można” na rzecz polskiej historii, polskiej kultury. Na przykład (mówiła o tym Mira Puacz, właścicielka księgarni Polonia Bookstore w Chicago) zachęcam, by kupować dla siebie lub dawać w prezencie – książki polskich autorów, czy poświęcone polskiej historii, a także pytać o nie w bibliotekach. Można podać karteczkę z nazwiskami autorów, jest wymiana międzybiblioteczna, także księgarnie sprowadzą książkę. Powtarzam, gdy pojawia się zainteresowanie polskim tematem, polskim autorem, to natychmiast zostaje dostrzeżone poprzez odnotowanie w komputerze. Róbmy to dla sprawy polskiej. Nawet jak już znamy książkę… zamawiajmy ją.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm poznała Melchiora Wańkowicza w 1972 r. jako studentka czwartego roku filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM

Prócz tego, że jest pani lubianą i poczytną pisarką, wiele osób kojarzy panią jako byłą asystentkę i sekretarkę Melchiora Wańkowicza, a także popularyzatorkę jego twórczości, co również podkreślała kapituła przyznająca pani tytuł Wybitnego Polaka w USA. W jaki sposób doszło do waszej współpracy, zresztą bardzo owocnej, tym bardziej że ten wybitny pisarz i publicysta zadedykował pani drugi tom książki „Karafka La Fontaine’a”, a także w testamencie przekazał swoje archiwum.
Będąc studentką czwartego roku filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego jako temat pracy magisterskiej wybrałam twórczość reportażową Melchiora Wańkowicza (zastanawiałam się także nad wyborem Zofii Kossak). Czytałam jego książki, pisałam eseje, i w niedługim czasie napisałam list do pisarza, że napotykam na pewne tematy, o które chciałabym go spytać. W odpowiedzi zaprosił mnie do Warszawy wyznaczając dzień i godzinę. Przyjął mnie dość niecierpliwie, mówiąc, że jest zajęty, pracuje nad nową książką i ma kłopoty ze zdrowiem. Spytał, czy czytałam jego książki. „Wszystkie” – odpowiedziałam. „Także te wydane na emigracji?”. „Tak, dzięki mojemu ojcu – miłośnikowi historii, który je zgromadził. Mam kilka prac zaliczeniowych na ich temat”. „Może mi je pani pokazać?”. Na szczęście wzięłam je ze sobą. Zagłębił się w lekturze, ja trochę się niepokoiłam, że zostanie 10 minut na zadanie pytań, które przygotowałam. Tymczasem Wańkowicz po przeczytaniu popatrzył na mnie uważnie i powiedział: „Umie pani myśleć krytycznie, pisze pani o sprawach, o których zapomniałem” (np. cytowałam wspomnienia gen. Dowbor-Muśnickiego omawiając książkę „Strzępy epopei”). Pisarz zaczął sam mówić o sobie, o książce „Wojna i pióro”, która się niedawno ukazała, do której wydawca polecił mu ambitnego researchera, który miał mu przynosić materiały. Tenże – kiedy pisarz książkę ukończył – „poczuł się” współautorem. Długie miesiące trwały utarczki; piszę o tym w książce „Wokół Wańkowicza”. Słuchałam tych i innych historii z ogromnym zainteresowaniem, pisarz jakby z przyjemnością patrzył, że ma wdzięczną słuchaczkę, swoistego „pracusia z polonistyki”. Opowiedział o nowym projekcie książki – ogólnie: czym jest talent, czy to postanowienie, że się jest utalentowanym, a przede wszystkim praca. Spytał, czy nie spróbowałabym pomóc mu zbierać materiały do książki, zostać researcherką (zakładał, że taka młoda osoba nie „poczuje się” współautorką). I tak się zaczęła współpraca; przywoziłam materiały – wypisane z lektur monografii, biografii, pamiętników różnych twórców. Skończyłam studia, obroniłam magisterium i wtedy Wańkowicz zaproponował mi stałą pracę u siebie… kontynuację pracy researcherki, a także asystentki i sekretarki. I tak się zaczęło. Na Uniwersytecie Warszawskim otworzyłam przewód doktorski na temat twórczości pisarza, książka „Karafka La Fontaine’a” rozrastała się, ostatecznie powstały dwa tomy. Wańkowicz zmarł po ciężkiej chorobie 10 września 1974 r. Od mojego pierwszego spotkania do śmierci pisarza upłynęły jedynie dwa lata i 4 miesiące. Na pewno był to bardzo czynny i ważny okres w moim życiu.

Myślę, że pomysł z przekazaniem wspomnianego wcześniej archiwum był bardzo dobrym posunięciem ze strony Melchiora Wańkowicza, ponieważ dzięki temu jego pisarska spuścizna została ogromnie wzbogacona i uzupełniona po jego śmierci. To oczywiście za sprawą pani działalności. Książki i publikacje oraz liczne wstępy i przypisy do jego wydawnictw są tego najlepszym dowodem. Czy w tym archiwum są jakieś niepublikowane zbiory i dokumenty, które mogą nam jeszcze bardziej przybliżyć postać tego prozaika i dziennikarza?
W latach 2009-2012 ukazała się 16-tomowa seria Dzieł Wszystkich Wańkowicza, do której weszły – dotąd niepublikowane – reportaże z Wołynia (wstęp napisał Krzysztof Masłoń) i teksty o tematyce żydowskiej „Ziemia za wiele obiecana” (wstęp napisał prof. Marcin Kula). Także ukazały się dwa tomy korespondencji z żoną, osobno z córką Krystyną, z Miłoszem, Catem Mackiewiczem, Kossak-Szczucką i Giedroyciem. Nieopublikowane są korespondencje prywatne oraz z czytelnikami.

Od pierwszego spotkania Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z Melchiorem Wańkowiczem do śmierci pisarza upłynęły jedynie dwa lata i 4 miesiące / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM

Jako asystentka oraz spadkobierczyni archiwum, na pewno miała pani okazję poznać bliżej Melchiora Wańkowicza, jego osobowość i sposób bycia, ale również zgłębić tajemnice różnych zapisków, dzienników i korespondencji – również tej niepublikowanej. W jaki sposób scharakteryzowałaby pani i przedstawiła jego postać osobom, które nigdy go nie spotkały, ale również nie miały kontaktu z jego dziełami ani też z pani książkami i publikacjami na jego temat?
W Polsce trzy książki Wańkowicza są lekturami szkolnymi. Pomyślmy o czytelniku amerykańskim. W 2013 r. w Stanach Zjednoczonych ukazała się w języku angielskim książka „Melchior Wańkowicz Poland’s Master of the Written Word”, po której wydaniu miałam swoistą satysfakcję, pamiętając z zachowanych materiałów, że gdy w 1958 r. pisarz wyjeżdżał do Polski, oskarżany był przez Polonię o powrót „do komunistów”. Teraz zaś, po 55 latach, jakby wrócił do Ameryki książką o sobie. Ze względu na popularność, osobowość, porównałam pisarza do Ernesta Hemingwaya. Książka ma drugie wydanie, trafiła do kilkuset (dokładnie 893) amerykańskich bibliotek oraz zbiorów takich uniwersytetów, jak: Princeton, Harvard, Yale, Columbia, Pennsylvania, Cornell, Rice, Tulane, Stanford, a także do bibliotek w Anglii, Szwajcarii, Niemczech, Hongkongu, Egipcie, Chinach i Australii. Myślę, że warto podkreślić, iż jest to pisarz, który pokazuje w sposób niezwykle poruszający rodzinę, bohaterstwo żołnierzy oraz tragedie ludzkie spowodowane wojną.

Czy i w jaki sposób Melchior Wańkowicz oraz jego działalność pisarska wpłynęła na pani twórczość? Kto jeszcze wywarł na pani swoje piętno, oczywiście w pozytywnym znaczeniu tego słowa? Pytam o to, ponieważ wiem, że miała pani kontakt z wieloma znaczącymi osobami w polskiej kulturze i historii, jak np.: Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Szymon Kobyliński, Zbigniew Brzeziński czy też Isaak Singer.
Wańkowicz nauczył mnie dyscypliny pracy, uszanowania – jak w „Karafce La Fontaine’a” – różnych stron spojrzenia (dopóty wypływa z dobrych pobudek), że czasami są „dwie prawdy” (tak nazwał wydane w jednym tomie książki „Hubalczycy” i „Westerplatte”). Lektury wielu książek, ale i wiele poznanych osób miało wpływ na moje pisanie. Sięgam chętnie po prace Władysława Tatarkiewicza, nie tylko o filozofii, o szczęściu, ale jego biograficzne, wspomnieniowe. Miałam zaszczyt i przyjemność znać profesora, dostałam od niego kilka książek z pięknymi dedykacjami. Na przykład podarował mi swoje „Zapiski do autobiografii”. Podam jeden z wielu niezwykłych fragmentów: „Zawsze byłem do życia przywiązany, nawet wtedy, gdy przynosiło przykrości, gdy nie byłem zadowolony z siebie, z innych ludzi. Z układu wypadków. (…) Teraz, pod koniec życia – nabrało ono dla mnie jeszcze nowych wartości. Już zrobiłem, co mogłem, nie potrzebuję się wysilać. Już wybrałem, jak żyć – nie potrzebuję się namyślać i niepokoić. Ale także – co równie ważne – wyszedłem z obiegu, przestałem być dla innych ludzi rywalem i przez to ludzie są dla mnie lepsi, żyję w łagodniejszej i przez to lepszej atmosferze”.

Archiwum Melchiora Wańkowicza, które Aleksandra Ziółkowska-Boehm otrzymała w spadku po tym pisarzu i publicyście znajduje się w jej warszawskim mieszkaniu / Foto: NORMAN BOEHM

Specjalizuje się pani głównie w literaturze faktu, a wspólnym mianownikiem większości pani książek są ludzkie losy. Skąd to zainteresowanie historią i człowiekiem uwikłanym w jej dzieje, głównie tragiczne i skomplikowane?
W 2019 r. na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach Aleksandra Biegaj obroniła pracę magisterską zatytułowaną: „Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm”, miałam okazję jej lektury – jest bardzo interesująca. Skąd moja wrażliwość na takie tematy? Zapewne jeszcze z dzieciństwa, wczesnej młodości. Dużo zawdzięczam wychowaniu i domowi. Ojciec uwrażliwił nas – mnie i moich dwóch braci – na tematy historyczne. Starał się, byśmy czytali, jak mówił, odpowiednie książki w odpowiednim wieku; mówił nam o polskiej historii. A ludzkie losy? Kiedy w 1990 r. zamieszkałam w Stanach Zjednoczonych, poznałam między innymi emigrantów z okresu wojny. Wcześniej spotykałam ich w Kanadzie, gdzie ponad dwa lata przebywałam na stypendium, napisałam dwie książki. U wielu zamieszkanie na obczyźnie wyzwoliło nowe problemy, ból, lęki i trudności adaptacyjne. Kompensowali to wielkim oddaniem sprawom polskim – powstawały kościoły, organizacje, stowarzyszenia, pisma, książki, księgarnie. Skupiłam się na gatunku reportażu, napisałam na ten temat esej „Literacki reportaż, opowieść, czyli literatura faktu” (jest w „Pisarskich delicjach”). Dlaczego reportaż? Dwudziesty pierwszy wiek od samego początku należy do literatury faktu i zapewne taki pozostanie. Gdy wchodzi się do sieci księgarń Barnes and Noble w oczy rzucają się przede wszystkim monografie, biografie, wspomnienia, omówienia, pamiętniki, dzienniki, wywiady, relacje. Swoje teksty non fiction nazywam opowieściami. Mają luźną budowę, swobodny tok narracji, mogą – nie muszą – być większe od opowiadania, mniejsze niż powieść. Perspektywa pokazania wydarzeń może być wieloraka, jak i różnorodny punkt widzenia. Gdy wybieram pierwszą osobę narracji, pokazuję opowieść od strony bohatera, zachowuję jego styl mówienia, patrzenia na opisywane zdarzenia. Stosując trzecią osobę narracji, podaję wiele innych wiadomości, także historycznych – opartych na różnych źródłach (często przytaczając je w przypisach). Używam obu form, a szczególnie lubię oddać głos swojemu bohaterowi, przywołać jego dobór słów i sposób wypowiadania się.

Czym dla pani jest pisarstwo? Czy to jest bardziej misja, pasja czy może sposób na życie? Jakie wskazówki i porady może pani przekazać młodym adeptom sztuki pisarskiej?
Napisałam o tym wspominaną wcześniej książkę „Pisarskie delicje”. Pisanie jest moją pasją, i rodzajem swoistej misji, gdy przywołuję naszą bolesną polską historię. Wskazania, które mogę dać młodym adeptom sztuki pisarskiej… – by cenili swoje pasje, by nad nimi czuwali, by się nie zniechęcali. Pozwolę sobie przytoczyć rady, których mi udzielił Isaac B. Singer w Nowym Jorku we wrześniu 1985 r., gdy byłam stypendystką Fulbrighta. W czasie spotkania zadałam pisarzowi pytanie: jakie ma przesłanie dla młodych pisarzy? Zacytuję fragment z autoryzowanej wypowiedzi Singera. „Jakie mam przesłanie dla pisarzy? Aby spełniali trzy warunki. Po pierwsze, aby mieli historię do opowiedzenia. W obecnej literaturze coraz bardziej to się zaniedbuje. Ważne jest, aby historia ta miała swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Wskazania Arystotelesa możemy zmienić, ale wciąż ważne jest, by była to opowieść dobrze prowadzona przez piszącego. Zapał, gorliwość, pragnienie druku kazały pisarzom zapomnieć, że opisywanie ludzkich zdarzeń jest artystycznym przesłaniem pisarstwa. Po drugie, aby posiąść potrzebę opowiedzenia tej właśnie, a nie innej historii. Kiedyś miałem dobry temat, ale nie miałem pasji i dlatego nic nie napisałem. Po trzecie, musi to być moja opowieść, przekonanie, że nikt inny nie może tego tak dobrze opisać jak ja. Nie jest łatwo mieć takie przekonanie. Tylko wielcy to posiadają. Trzeba pisać o tym, co się zna, wie najlepiej, własną opowieść, własny temat”.

Zbigniew Brzeziński był jednym z recenzentów książek Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm (z prawej) / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM

Wśród pani kilkudziesięciu książek są także pozycje wydane w języku angielskim. Jak Amerykanie odbierają i reagują na pani twórczość?
Książki o tematyce historycznej, opisujące losy Polaków w czasie drugiej wojny światowej i po niej, są w naukowych bibliotekach w świecie; bardzo to dla mnie ważne. Cenię recenzje, głosy, które pojawiły się po ich ukazaniu. Pisał o moich książkach przytaczany na tylnych okładkach, znany na obu półkulach Zbigniew Brzeziński, a także historycy i autorzy amerykańscy: Neal Pease, Stanley Cloud i Lynne Olson (autorzy tłumaczonej w Polsce wspanialej książki „Sprawa honoru. Dywizjon 303 Kościuszkowski”), Stanley Weintraub, Bruce E. Johansen, John R.Alley, Matt DeLaMater (autor książek o Napoleonie), Terrence O’Keeffe, Karl Maramorosch, Brytyjczyk Christoph Mick; polskiego pochodzenia historycy, jak Piotr S. Wandycz i Anna M. Cienciała, autorzy: Ewa Thompson, Jerzy R. Krzyżanowski, Charles S. Kraszewski (także tłumacz i poeta), Irene Tomaszewski, Leszek Adamczyk, Florence W. Clowes, John Radzilowski. Przyznam, że może najlepiej się ma książka o kotach „On the Road with Suzy from Cat to Companion” (polska wersja „Podróże z moją kotką”).

Wspomniała pani o książce opowiadającej o przygodach Suzy. Wiem, że kocha pani nie tylko koty, ale także psy. Jaką, pani zdaniem, rolę odgrywają zwierzęta w naszym życiu?
Zwierzęta zawsze były ważne w moim życiu. W dzieciństwie najwięcej łez wylałam z powodu tragedii, które się im zdarzały – ulegały wypadkom, umierały, pies potarmosił małe kociątko, które tego nie przeżyło. Gdy się zwraca uwagę na zwierzątko, mówi do niego – odpowiada najczulej jak umie. Pies jest naprawdę naszym największym przyjacielem. Nie ma nas pół godziny, wracamy i cieszy się, jakby nie było nas pół dnia. Miałam psy i zawsze kochać je będę, na koty długie lata patrzyłam serdecznie, ale z dystansem. Wiedziałam, że są niezależne… i gdzie im do psa. Zaadoptowała nas w Teksasie kotka szyrletka, chodziła najpierw za nami – a kiedy wprowadziła się do nas – z nami na spacery, bez smyczy, trzymając się blisko. Wystarczyło powiedzieć „walk”, biegła do drzwi i czekała. Gdy zostawialiśmy ją w domu, wracaliśmy po kilku godzinach – witała nas z dużą ładnie okazywaną radością. „Suzy jest ‚dogie cat’ – mawiał mój mąż Norman. – Jest niemal jak pies”. To powiedzenie miało być dużym komplementem dla kociego rodu, który reprezentowała. Przytyła, mówiliśmy że sadełka dostała z dobrego życia. Wzięliśmy ją do weterynarza na szczepienia… „Ona nie ma sadełka, kotka jest w ciąży” – oznajmił. Urodziła pięć kociąt. Obserwowanie, jak o nie dba i jak dorastają, było wielką radością. Daliśmy ogłoszenie do „Houston Chronicle”, że kocięta „szukają dobrego domu”. Wybraliśmy najlepszych właścicieli dla koteczków. Po jakimś czasie wyjechaliśmy na dwa tygodnie, oddaliśmy Suzy do kociego hoteliku, który dbał o zwierzątka, przetrzymywał w klatkach. Po powrocie zobaczyliśmy smutną wychudzoną kotulkę… odmawiała jedzenia, płakała całymi dniami, naderwała struny głosowe. Norman powiedział: „Już cię nigdy nie zostawimy”… i zaczęła z nami jeździć. Dwa i pół miesiąca jeździliśmy wspólnie po indiańskich rezerwatach, była także kilkanaście razy w Polsce, w samolocie leciała w torbie z nami. Podziwialiśmy ją, a ona nas, była jak piesek, czuła, uważna, wdzięczna, że się ją zabiera ze sobą. Miałam wiele opowieści, pisałam o niej do wielkiego artysty Szymona Kobylińskiego, miłośnika zwierząt. „Napisz książkę, tyle ładnych masz o tej kotce uwag” – zaproponował. I tak napisałam „Podróże z moją kotką”, książka miała dwa wydania w Polsce. W Ameryce wydało ją wydawnictwo Purdue University Press pt. „On the Road with Suzy: From Cat to Companion”. Książka jest dodrukowywana już 10 lat.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm kocha zwierzęta. Na zdjęciu – z kotką Suzy / Foto: NORMAN BOEHM

Pani twórczość zawiera również kilka książek związanych ze Stanami Zjednoczonymi, ale dwie są chyba szczególnie ważne. Jedną z nich jest „Open Wounds a Native American Heritage”, znana w wersji polskiej jako „Otwarta rana Ameryki”. Opowiada o Korczaku Ziółkowskim, czyli pani stryju i rzeźbiarzu związanym z budową w skałach pomnika Crazy Horse’a. W jaki sposób znalazł się on wśród Apaczów?
W rodzinnych opowieściach wracała postać krewnego ojca – Korczaka Ziółkowskiego, rzeźbiarza z Dakoty Południowej, którego rodzice, Anna i Józef Ziółkowscy, wyemigrowali do Stanów i wkrótce po narodzinach syna zginęli tragicznie. O jego kolejach niezwykłego losu napisałam w książce „Nie tylko Ameryka”. Stał się znanym rzeźbiarzem, m.in. wyrzeźbił popiersie Ignacego Paderewskiego, pomagał Gutzonowi Burglumowi w rzeźbieniu głów prezydentów w Mount Rushmore. Otrzymał wtedy niezwykłą propozycję od wodza Siuksów, którym był Henry Standing Bear – by wyrzeźbił wodza Crazy Horse’a (napisał: „My, czerwonoskórzy, również mamy swoich bohaterów”). I tak się zaczęło. Bezpośrednią inspiracją do książki stał się właśnie mój stryj, rzeźbiarz Korczak Ziółkowski. Gdy jako stypendystka Fulbrighta pojechałam w 1985 r. do Rapid City w Dakocie Południowej, Korczak od trzech lat nie żył. Przygotowywałam się do tej książki od wielu lat, nie tylko czytając, ale śledząc bieżące wydarzenia. Od 1990 r., kiedy zamieszkałam na stałe w Stanach Zjednoczonych, prenumerowałam dwa indiańskie pisma: „Lakota Country Times” i „Indian Country Today”. Odbyłam trzy wyprawy do rezerwatu Pine Ridge w Dakocie Południowej, byłam w rezerwatach indiańskich w Teksasie, Montanie, Wisconsin, odwiedziłam też terytoria indiańskie w Oklahomie. Im więcej czytałam i widziałam, tym bardziej temat się ode mnie oddalał. Zaczęłam być nie tylko wymagającą, ile bardzo krytyczną wobec siebie samej. Jeździliśmy z Normanem na kolejne pow-wow (zjazdy plemienne), temat mnie coraz bardziej wciągał. Jednocześnie bałam się, że spłycę problem, zrobię z tematu amerykańskich Indian swoistą „polską cepelię”. Bałam się także, że napiszę nieobiektywnie, że będzie mną kierować nie wiadomo skąd wzięty protekcjonizm, upajanie się egzotyką czy innością. Przez długi okres sądziłam, że nie jestem w stanie opisać tematu, który jest złożony, a ja go widzę jednostronnie. Bałam się także, że napiszę książkę, która będzie jeszcze jedną „wersją białego człowieka”. Więc się nie spieszyłam. Chciałam przespać, jakby powiedzieli Irokezi, z tym tematem niejedną noc. W Polsce pięknie książkę wydało wydawnictwo Debit pt. „Otwarta rana Ameryki” (2007), w Stanach Zjednoczonych pt. „Open Wounds a Native American Heritage” (2009) ukazała się przy wsparciu Apaczów z Oklahomy.

Aleksandra Ziółkowska-Boehm z mężem Normanem na tle rzeźby Crazy Horse’a wyrzeźbionej przez jej stryja Korczaka Ziółkowskiego w skale gór znajdujących się w Dakocie Południowej / Foto: THOMAS TOMCZYK

Drugą z bardzo ważnych amerykańskich książek – na którą chciałbym zwrócić uwagę – napisanych przez panią jest „Ingrid Bergman and Her American Relatives” czyli w wersji polskiej „Ingrid Bergman prywatnie”. Jak doszło do tego, że wśród wielu polskich bohaterów wojennych, których losy opisywała pani w swoich książkach, znalazła się opowieść o słynnej hollywoodzkiej aktorce, znanej m.in. z filmu „Casablanca”, który należy do moich ulubionych, włącznie z piękną ścieżką dźwiękową?
Babka mojego męża Normana – Blenda Bergman – i ojciec Ingrid Bergman – Justus – byli rodzeństwem. Babka Blenda była pobożną luteranką, studiowała Biblię i w rozmowach często robiła do niej odniesienia. Spędzała dużo czasu ze swoim jedynym wnukiem Normanem. 25-letnia Ingrid przyleciała z córeczką Pią do Ameryki, podczas pobytu w Nowym Jorku dwukrotnie odwiedziła swoich amerykańskich krewnych. Na prośbę rodziców Norman zagrał dla swojej bliskiej kuzynki na fortepianie. Po latach Norman widywał Ingrid w Rzymie, w Deauville, w Londynie. Kiedy wyszłam za mąż za Normana, zobaczyłam różne pamiątki, fotografie i listy Ingrid do babci Normana, do jego ojca i do niego. Trochę zwlekałam z napisaniem pięknej rodzinnej opowieści, chciałam ją pokazać serdecznie, bez plotek, ale wciąż odwlekałam. Po dwudziestu latach małżeństwa powiedziałam Normanowi: „Wiesz, nie powinnam tego odkładać”… i napisałam. Jest to powieść rodzinna, powściągliwa, serdeczna. Jeden z czytelników – twórca i wykonawca piosenek Tomasz Wojtkowski – napisał, że styl książki przypomina mu melodie bossa novy.

Pani nieżyjący już mąż Norman Boehm znany był z tego, że bronił dobrego imienia Polski, mimo że – poza panią – nie miał żadnego związku z naszym krajem. Wysyłał listy do „Time’a” i „New York Timesa” z prośbą o sprostowania, gdy gazety te publikowały krzywdzące nas określenia „polskie obozy śmierci”, a także lobbował za wejściem naszego kraju do NATO. Jak w związku z tą propolską działalnością był postrzegany i traktowany przez Amerykanów?
Dzięki Normanowi poznałam Amerykanów pracujących poza Stanami Zjednoczonymi, jeżdżących po świecie, mających szacunek dla innych kultur. Norman (nadzorując kontrakty przy budowie szybów wiertniczych) pracował 16 lat w Arabii Saudyjskiej, 4 lata w Londynie i 3 lata w Stavanger w Norwegii. Był wrażliwy na drugiego człowieka, na prawdę, na tragiczną historię, na losy ludzkie. Podobnie myślącymi ludźmi się otaczał. Z latami Normana przyjaciele stali się także moimi. Lubię z nimi rozmawiać, podtrzymujemy kontakt. Wiele dobrego się od nich nauczyłam, np. pozytywnego myślenia, cieszenia się wzajemnymi dobrymi wiadomościami. Także przez fakt, że mieszkali w innych krajach, wśród innych kultur – są otwarci na wysłuchanie opinii innych, spojrzenie na sprawy z różnych perspektyw. Wiem, słuchałam, jak różne grupy narodowościowe w Stanach Zjednoczonych narzekają, że ich się nie rozumie. Anglicy np. opowiadają, jak faworyzuje się Irlandczyków. Amerykanie niemieckiego pochodzenia (grupa przeważająco liczna) mówili, jak już po zakończeniu wojny, gdy zakładali kluby, przychodził ktoś sprawdzić, jakie prowadzone są rozmowy. Pisałam książkę o amerykańskich Indianach, opowiadali, jak byli traktowani – jeżeli mieszkali poza rezerwatami – w szkołach, w pracy. Myślę, że ciekawa byłaby książka, aby wybrane grupy narodowościowe napisały o swoich przeżyciach, jak się czuły będąc upokarzane i wyśmiewane. Powstałby jeden wielki chór. Polacy – w moim pojęciu – nie mają się źle. Oczywiście to zależy od środowisk, ale interesują mnie Amerykanie otwarci na świat, na inne kultury.

Rodzinne, świąteczne zdjęcie Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm z mężem Normanem i synem Tomaszem / Foto: ARCHIWUM ALEKSANDRY ZIÓŁKOWSKIEJ-BOEHM

Nie myślała pani, żeby może opisać propolską działalność swojego męża Normana Boehma, która na pewno była znacząca, skoro wspominał o niej nawet Jan Nowak-Jeziorański w swojej książce „Polska droga do NATO”?
Chciałabym napisać. Nasze 26-letnie małżeństwo to był dar od Pana Boga. Jan Nowak-Jeziorański w książce „Polska droga do NATO” pokazuje listy Normana do (wtedy senatora stanu Delaware) Joego Bidena i senator Kay Bailey Hutchison z Teksasu (mieszkaliśmy w Teksasie 8 lat), którzy długo nie wyrażali zgody na przyjęcie Polski do NATO.

Na zakończenie proszę powiedzieć, nad czym obecnie pani pracuje lub zamierza pisać w najbliższym czasie?
Nigdy nie wiem, czy praca przy skończeniu książki zabierze mi rok czy więcej. Nie chcę także jakby zapeszać. Lubię przywoływać słowa mojej mamy: „Obyśmy tylko zdrowi byli…”.