Plaga fałszywych czeków

0
3

Za tłumaczenie tekstu na język polski miała dostać w sumie 1400 dol. Zleceniodawca wysłał jej czek na znacznie wyższą kwotę i poprosił o zwrot „nadpłaty”.
38-letnia Anna (nazwisko do wiadomości redakcji) dorywczo zajmuje się tłumaczeniami tekstów. Swoje usługi ogłasza na kilku portalach. To właśnie w taki sposób znalazł ją „Walter”. Z e-maila, który otrzymała Anna, wynikało, że „Walter” za kilka tygodni ma prezentację i w tym celu potrzebuje przetłumaczenia z języka angielskiego na polski kilkudziesięciu stron tekstu o ekonomii. Chodziło o książkę „The Political Economy of Capitalism” Bruce’a R. Scotta. Rzekomy „Walter” zapytał o cenę takiej usługi, a po dwóch dniach odpisał, że jego sponsor jest gotowy zapłacić 1400 dol. Połowę kwoty, czyli 700 dol., miał wysłać po dwóch tygodniach. „Faktycznie, dostałam czek, ale opiewający na prawie 5 tys. dolarów. Co więcej, został on wystawiony przez firmę organizującą kolonie letnie z Pensylwanii. Zadzwoniłam tam, ale okazało się, że biznes już nie istnieje” – opowiada Anna.

„ZASZŁA POMYŁKA”
W tym samym dniu, kiedy dostała czek, przyszedł e-mail od „Waltera”. Wyjaśnił, że zaszła pomyłka. Prawie 5 tys. dolarów jest dla organizatora rzekomego wydarzenia, podczas którego miała nastąpić wspomniana wcześniej prezentacja. „Poprosił, bym poszła do banku i wpłaciła czek na swoje konto. Odpisałam, że nie ma mnie teraz w Nowym Jorku. Podpowiedziałam, że prościej będzie zablokować czek, a do mnie wysłać właściwy. Wtedy nadawca e-maila zrobił się bardzo nieprzyjemny – twierdzi Anna. – Kilka razy zapytał, czy na pewno nie ma mnie w Nowym Jorku, i co tak naprawdę jest grane?

Dodał, że nie do końca rozumie, o co mi chodzi. Następnie upewnił się, czy aby na pewno, ale to na pewno nie mam w tej chwili dostępu do czeku, który rzekomo wysłał mi jego sponsor” – relacjonuje czytelniczka „Nowego Dziennika”. Gdy odpisała jeszcze raz, że nie ma jej w metropolii i czeka na właściwy czek, „Walter” przestał się odzywać. „Mając jeszcze nadzieję, że może jednak nie jest to oszustwo, wysłałam zapytanie o ostateczny termin tłumaczenia. Ponieważ nie dostałam odpowiedzi, zapytałam wprost – czy to jest oszustwo? Jak się można domyślić, także i na ten e-mail nikt nie odpisał” – opowiada Anna.

NAWET KASJERZY DAJĄ SIĘ NABRAĆ
Amerykańskie biuro ochrony konsumenta, czyli Better Business Bureau (BBB) szacuje, że co roku w USA na fałszywe czeki daje się nabierać nawet 500 tys. osób. Każda z nich traci średnio 1200 dolarów. Metod działań sprawców jest kilka. Najczęściej wyszukują swoje ofiary na portalach ogłoszeniowych i, na przykład, deklarują chęć kupna danego produktu. Następnie wysyłają czek na większą niż żądana kwotę i proszą, o jak najszybszy zwrot nadpłaty. Problem w tym, że czek jest sfałszowany, ale tak dobrze, że zdarza się, iż nawet kasjerzy w banku dają się nabrać.

Dopiero po jakimś czasie okazuje się, że czek nie ma pokrycia. „Dlaczego tak wiele osób daje się nabrać? Ponieważ nie rozumieją, jak działa system bankowy – uważa pani Joanna (nazwisko do wiadomości redakcji), pracownica jednego z banków w Nowym Jorku. – Kiedy wpłacisz czek, a środki pojawią się na twoim koncie jako ‚dostępne’ (funds available), nie oznacza to, że czek jest ważny – tłumaczy. – Takie są przepisy federalne, że środki powinny się pojawić na koncie klienta maksymalnie po 2-3 dniach od zdeponowania czeku. Klient, widząc je na koncie, często nie wie, że są tam tylko wirtualnie. Potwierdzenie, czyli ściągnięcie faktycznych pieniędzy od nadawcy czeku, może zająć bankowi nawet kilka dni. Zdarza się, że i tygodni” – twierdzi nasza rozmówczyni.

Więc jeśli w tym czasie wyślemy komuś pieniądze, myśląc, że mamy je na koncie, zostaną one ściągnięte z naszych oszczędności. W przypadku, gdy czek zostanie cofnięty (funds reversed)), nie mamy szans ich odzyskać. Pani Joanna ocenia, że tego typu oszustw z każdym rokiem jest coraz więcej. Samo wpłacenie fałszywego czeku nie naraża właściciela na wielkie koszty – maksymalnie kilkadziesiąt dolarów „kary”. Są jednak banki, które, przy drugim takim zdarzeniu, zamykają konto, a klient musi się tłumaczyć przed American Bankers Association (ABA).

MILIONOWE STRATY
Tylko w 2017 r. do Better Business Bureau wpłynęło ponad 30 tys. skarg na fałszywe czeki. Wszystkie, anonimowo, zamieszczane są na stronie biura. Między innymi po to, by ostrzec innych. Jeden z poszkodowanych pisze, że chciał sprzedać przez internet Apple Watch za 280 dol. Dostał czek, więc wysłał produkt. Problem w tym, że czek był fałszywy. Inna osoba alarmuje, że niedawno otrzymała czek wyglądający jakby z Capital One. Ponieważ się go nie spodziewała, zadzwoniła do banku. Tam ją poinformowano, że nikt niczego jej nie wysyłał.

Po kilku tygodniach przyszedł kolejny, z ostrzeżeniem, że jeśli go nie zdeponuje, jej konto zostanie zamknięte. Kolejny przykład – student otrzymał e-mailem propozycję pracy rzekomo od Nationwide Marketing Research Program. Miał zostać tajnym klientem. Ponieważ z trudem spłacał kredyt studencki, dodatkowe pieniądze były mu potrzebne. Zarejestrował się w systemie (poprzez link wysłany e-mailem), a po kilku dniach otrzymał list, do którego był dołączony czek na 2900 dol. Zgodnie z instrukcją student miał zatrzymać sobie 400 dol., a za resztę kupić karty upominkowe do popularnej sieci sklepów.

Następnie odsłonić na nich numer, zrobić zdjęcie, wysłać e-mailem i dołączyć wrażenia z zakupów. W końcu student miał zostać tajnym klientem. Na szczęście w porę się zorientował, że jest to oszustwo. W przeciwieństwie do innej osoby, która złożyła skargę do Better Business Bureau. Z jej relacji wynika, że chciała sprzedać samochód przez internet. Dość szybko pojawił się kupujący. Wysłał czek, ale dwa razy wyższy, niż ustalona cena. Poprosił, by sprzedający odesłał „nadwyżkę” pod wskazany adres skrzynki pocztowej. W taki sposób właściciel samochodu stracił 1900 dolarów. Prawie taką samą kwotę straciła kolejna ofiara.

Od zleceniodawcy dostała czek na dwa razy wyższą kwotę, niż się pierwotnie umawiali. Nadwyżkę miała odesłać przez Western Union. Wpłaciła czek i zobaczyła komunikat, że środki są dostępne. Niestety, po kilku dniach dostała kolejny, że środki zostały cofnięte. Tymczasem pieniądze dla oszusta zostały już wysłane. Jak się okazało, z oszczędności, które ofiara wcześniej zgromadziła na koncie. Co roku w taki sposób Amerykanie tracą miliony dolarów.

CORAZ BARDZIEJ CWANI
„Oszuści przechodzą sami siebie w tworzeniu czeków, a część z nich jest kradziona” – wyjaśnia Steven Baker z Better Business Bureau. Wśród ofiar, jak szacują analitycy z BBB, najwięcej jest osób między 20. a 40. rokiem życia. „Zasada jest jasna – nie spodziewałeś się czeku, a się pojawił. Jest fałszywy. Dostałeś więcej za swoją pracę, niż się umawiałeś ze zleceniodawcą. Czek jest fałszywy. Masz instrukcję, by część kwoty wydać na karty upominkowe? Czek jest fałszywy” – uczula Steven Baker i dodaje, że sposoby działania oszustów są coraz bardziej wyszukane, dlatego trzeba dobrze się zastanowić, zanim wyślemy komuś pieniądze. „Cieszę się, że ta moja historia ma taki finał i że nie dałam się nabrać” – mówi 38-letnia Anna. Dodaje, że w pierwszym e-mailu, jaki dostała, została poproszona o swoje dane, w tym numer konta, by „James” mógł przelać jej pieniądze za tłumaczenie. „Jak się o tym dowiedziała jedna z moich znajomych, to aż krzyknęła: Matko Boska, całe szczęście, że tego nie zrobiłaś, bo by ci nawet dolar na koncie nie został. No ja też myślę, że całe szczęście” – przyznaje czytelniczka „Nowego Dziennika”.

Autor: Anna Arciszewska