Polonia pomaga

Szyją maseczki, przygotowują posiłki dla medyków, robią zakupy

964
Rodzina Karolaków wykorzystuje czas kwarantanny na szycie maseczek ochronnych dla pracowników służy zdrowia. Od lewej: Krzysztof, Konrad, Viktor i Basia (Basha) / Foto: ARCH. RODZINY KAROLAKÓW

"Znajoma pielęgniarka pracująca na Long Island powiedziała, że w nowojorskich szpitalach jest bardzo duże zapotrzebowanie na materiały ochronne. Przy okazji zapytała, czy nie znamy kogoś, kto mógłby uszyć z bawełny maski dla polskich pielęgniarek" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Joanna Mrzyk. Tak na Maspeth i Ridgewood zaczęła się akcja szycia maseczek dla medyków. Polonia pomaga też w inny sposób – przygotowuje obiady dla lekarzy i pielęgniarek walczących o życie innych oraz posiłki dla sąsiadów-seniorów. "Razem z trzema koleżankami przeszłyśmy od drzwi do drzwi z pytaniem, komu trzeba pomóc? Zaczęło się od zakupów, teraz są obiady" – mówi Justyna z Bensonhurst na Brooklynie.

Polonia potrafi się wspierać i okazywać empatię w różny sposób. W przeszłości niejednokrotnie udowodniła, że w sytuacjach kryzysowych szybko się jednoczy oraz organizuje pomoc dla najbardziej potrzebujących. Tak było m.in. w przypadku różnych żywiołów, a zwłaszcza powodzi w Polsce, tak było podczas huraganu Sandy, tak też było w przypadku wielu chorych dzieci, których leczenie wymagało ogromnych nakładów finansowych, i tak też jest teraz, w sytuacji związanej z pandemią.

Z jednej strony szalejący wirus, a z drugiej kwarantanna w domach, co często w przypadku osób starszych i samotnych prowadzi do wyalienowania, a nawet uniemożliwia im zadbanie o siebie i swoje potrzeby związane z normalnym życiem. Na szczęście nie brakuje ludzi dobrej woli, osób, które mają złote serca i chętnie pomagają potrzebującym. Takich „aniołów” jest wśród nas bardzo dużo, dostrzegamy tylko nielicznych, ale warto o nich mówić i pisać, by pokazać, że czynienie dobra jest nie tylko ważne, ale także może przynieść wiele radości i szczęścia, również tym, którzy swoją troską obdarowują innych.

Pielęgniarki z Lenox Hill Hospital w maseczkach uszytych przez polonijne wolontariuszki / Foto: ARCH. JOANNY MRZYK

W czasie panującego koronawirusa osobami potrzebującymi stali się ci, którzy niezależnie od pory dnia, roku i sytuacji dbają o nasze zdrowie, a nawet życie. Lekarze, pielęgniarki oraz pracownicy służby medycznej są najbardziej narażeni na zakażenie poprzez Covid-19, ponieważ na co dzień mają do czynienia z chorymi. W dodatku okazuje się, że w szpitalach, które nie były przygotowane na tak dużą liczbę osób zakażonych, zaczęło brakować środków ochronnych, a przede wszystkim maseczek zabezpieczających ich twarze i usta. Dlatego też bardzo szybko pojawiły się osoby, które postanowiły ich wesprzeć i zaczęły szyć potrzebne maski oraz przekazywać je zupełnie za darmo.

Również seniorzy i ludzie starsi nie zostali pozostawieni samym sobie. Znalazły się osoby i firmy, które nie tylko organizują dla nich jedzenie, ale również dowożą je do ich domów.

Udało nam się odnaleźć kilka takich przykładów i dotrzeć do tych, dla których niesienie bezinteresownej pomocy – niezależnie od jej formy – to rzecz oczywista i zupełnie normalna.

Asystentki z gabinetu dentystycznego w Interfaith Medical Center w maseczkach przekazanych przez polonijne wolontariuszki z Maspeth i Ridgewood / Foto: ARCH. JOANNY MRZYK

PODARUJ SWOJE SERCE
Grupa polonijnych wolontariuszek z Maspeth i Ridgewood na Queensie już od miesiąca zajmuje się szyciem maseczek ochronnych, które są bezpłatnie przekazywane przede wszystkim pielęgniarkom i pracownikom medycznym w nowojorskich szpitalach. Część z nich trafiła także do placówki leczniczej w New Jersey. Akcję koordynuje była dyrektor wykonawcza Children’s Smile Foundation Joanna Mrzyk wraz z Anną Piątek. One również były inicjatorkami wsparcia i poprawy bezpieczeństwa osób, które są na pierwszej linii walki z szalejącym wirusem Covid-19.

„Nasza znajoma pielęgniarka pracująca na Long Island powiedziała nam, że w nowojorskich szpitalach jest bardzo duże zapotrzebowanie na materiały ochronne. Przy okazji zapytała nas, czy nie znamy kogoś, kto mógłby uszyć z bawełny maski dla polskich pielęgniarek, które chciały zakładać je na maseczki szpitalne, by te mniej się zużywały, a przez to, by mogły je wykorzystywać przez dłuższy czas” – wyjaśnia w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” Joanna Mrzyk. Dodaje, że w niektórych szpitalach pielęgniarki ze względu na oszczędności miały wykorzystywać maseczki nawet przez tydzień. Podkreśliła również, że w normalnych warunkach, przed pojawieniem się koronawirusa, wszyscy pracownicy medyczni, przy każdym spotkaniu z chorą osobą zawsze zakładali nowe maseczki i rękawiczki ochronne. Maski bawełniane, prócz tego, że osłaniają maseczki szpitalne, mają także dodatkową zaletę – są wielokrotnego użytku i można je prać. Składają się z trzech warstw, a jedną z nich jest wymienna wkładka karbonowa stanowiąca dodatkową ochronę przed wirusem.

„Szyjemy dwa rodzaje maseczek, większe i mniejsze. Niektóre pielęgniarki nie mają bezpośredniego kontaktu z osobami zarażonymi wirusem, więc one mogą używać zwykłych bawełnianych maseczek. Natomiast większy rozmiar został zaprojektowany przez Beatę Kozioł, by mogły być nakładane na maseczki szpitalne” – opowiada nasza rozmówczyni.

Beata Kozioł zaprojektowała specjalną maskę bawełnianą, którą można nakładać na maseczki szpitalne / Foto: ARCH. JOANNY MRZYK

Grupa krawcowych współpracujących z Joanną Mrzyk i Anną Piątek, które koordynują akcję, produkuje maseczki już od miesiąca.

„Zaczęłyśmy 20 marca i początkowo szyciem zajęła się rodzina koleżanki. Znajome zaczęły przekazywać na ten cel różne materiały, które miały w domu. Jedna z nich dała nam dwa zupełnie nowe komplety pościeli jeszcze oryginalnie zapakowane, która zawiozłam do krawcowej, aby wykorzystała je na maseczki” – wspomina Joanna Mrzyk.

Obecnie jest już sześć osób które zajmują się szyciem. Robią to zupełnie za darmo. Niestety w związku z pandemią i wstrzymaniem działalności wielu firm straciły pracę. Nie chciały jednak siedzieć bezczynnie w domu, więc postanowiły wykorzystać wolny czas na wolontariat i włączyły się w akcję szycia masek ochronnych. Wszystkie mieszkają na Maspeth i Ridgewood. Są to: Emilia Biały, Beata Kozioł, Aneta Martyniuk-Dardzińska, Ewa Szostak, Alina Wołosz oraz pani Krysia (chce pozostać anonimowa). Często w pracę zaangażowane są także ich rodziny – mężowie i dzieci.

Emilia Biały jest jedną z krawcowych, które szyją maseczki na Maspeth i Ridgewood / Foto: ARCH. JOANNY MRZYK

Wolontariuszki do tej pory uszyły już ponad dwa tysiące maseczek, które zostały przekazane m.in. do nowojorskich placówek medycznych. Wśród nich są: Elmhurst Hospital, Jamaica Hospital Medical Center, Lenox Hill Hospital, NYU Langone Medical Center, New York Presbyterian Hospital, Dental Assistant w Interfaith Medical Center, Syosset Hospital oraz ośrodek dla seniorów Belle Harbor Manor. Wsparły także Saint Barnabas Medical Center w New Jersey.

Gotowe pakiety bawełnianych masek od koordynatorek akcji lub bezpośrednio od krawcowych odbierają polskie pielęgniarki, które później zawożą je do szpitali, w których pracują, i przekazują zainteresowanym pracownikom medycznym. Wszystko jest rozdawane i szyte za darmo, w ramach wolontariatu i chęci niesienia pomocy. Początkowo akcja była zorganizowana z myślą o polskich pielęgniarkach i pielęgniarzach oraz pracownikach służby medycznej, ale szybko okazało się, że zainteresowanie bawełnianymi maseczkami jest bardzo duże i chętnie sięgają po nie wszyscy pracownicy szpitali i miejsc, do których były przekazywane.

Alina Wołosz podczas szycia maseczek ochronnych / Foto: ARCH. JOANNY MRZYK

„Obecnie szyjemy dla domów starców, które też są w potrzebie i zgłosiły się do nas z prośbą o uszycie masek” – mówi Joanna Mrzyk i dodaje, że za każdym razem otrzymują specjalne podziękowania. Niektóre z nich oraz zdjęcia pielęgniarek w bawełnianych maseczkach można zobaczyć na facebookowym profilu „Podaruj swoje serce„, na którym zamieszczane są różne informacje związane z tą akcją. Strona ta służy także do komunikacji pomiędzy koordynatorkami akcji a darczyńcami, którzy mogą ją wesprzeć poprzez zakup potrzebnych materiałów. W tej sprawie można także kontaktować się z Joanną Mrzyk oraz Anną Piątek poprzez ich profile na Facebooku.

W związku z dużym zapotrzebowaniem na maseczki wsparcie donatorów, którzy zapewniają potrzebne materiały: bawełnianą tkaninę, gumki oraz wkładki ochronne (karbonowe), jest bardzo pomocne i potrzebne. Osoby te najczęściej same je kupują i dostarczają krawcowym oraz koordynatorkom akcji lub zamawiają przez internet z bezpośrednią dostawą pod konkretny adres.

„Mam znajome nawet w New Jersey i Pensylwanii, które w ten sposób nam pomagają” – podkreśla Joanna Mrzyk i zachęca wszystkich do wsparcia akcji szycia maseczek ochronnych dla pielęgniarek, pracowników medycznych i osób potrzebujących.

Polska pielęgniarka Ewa (z lewej) z koleżanką z Elmhurst Hospital w maseczkach uszytych przez polonijne wolontariuszki z Maspeth i Ridgewood / Foto: ARCH. JOANNY MRZYK

RODZINNA KOOPERACJA
Czas spędzany w domu podczas przymusowej kwarantanny postanowiła także owocnie wykorzystać znana wśród Polonii brokerka nieruchomości Basia (Basha) Karolak z North Bellmore na Long Island.

„Uważam, że nic nie jest bez przyczyny. Zawsze staram się odnaleźć powód tego, co się wokół nas dzieje, oraz znaleźć najlepsze wyjście z danej sytuacji. Poza tym zastanawiam się, w jaki sposób mogę ją wykorzystać, by nie tracić czasu” – wyjaśnia w rozmowie z „Nowym Dziennikiem”. Dlatego też, gdy dowiedziała się o zapotrzebowaniu na maseczki ochronne w Mount Sinai South Nassau Hospital w Oceanside, to postanowiła wesprzeć pielęgniarki i uszyć potrzebne im osłonki na twarz. Szycie nie było jej obce, mimo że nie zajmuje się nim zawodowo i nigdy nie była krawcową. Opanowała je jeszcze jako mała dziewczyna.

„Moja przecudna babcia nauczyła mnie wielu ciekawych rzeczy, w tym m.in. szycia. Za czasów komuny brakowało wszystkiego, nawet ubranek dla lalek, więc pokazała mi, jak mogę je sobie sama wykonać. Babcia zawsze zachęcała mnie do szycia twierdząc, że na pewno kiedyś mi się to przyda. No i chyba właśnie przyszedł ten czas” – podkreśla Basia Karolak. Pod koniec marca zaczęła szyć maseczki na potrzeby wspomnianego szpitala w Oceanside, ale gdy okazało się, że zapotrzebowanie jest dużo większe, to zachęciła także do pracy swoich synów.

Konrad (z lewej strony) i Viktor Karolakowie pomagają mamie przy szyciu maseczek / Foto: ARCH. RODZINY KAROLAKÓW

„Zawsze staram się angażować chłopców do wszystkiego, co w naszym domu robimy, ponieważ dzięki temu mogą nauczyć się dodatkowych rzeczy i zdobyć wiedzę o podstawowych czynnościach, które warto umieć wykonać – zaznacza nasza rozmówczyni. – Była to dla nich dobra lekcja, a poza tym dzięki temu mają świadomość, że czasami trzeba zrobić coś dla innych zupełnie bezinteresownie. Uważam, że jeżeli coś potrafimy i dzięki temu możemy komuś pomóc, to należy to zrobić” – stwierdziła z dumą. Tak więc szycie maseczek szybko przerodziło się w pracę zespołową i rodzinną; do pracy włączył się także jej mąż Krzysztof.

Młodszy syn Konrad (4 lata) jest odpowiedzialny za przekładanie różnych rzeczy, starszy, 10-letni Viktor układa poszczególne warstwy maseczek i rozcina materiał” – opowiada Basia Karolak. Dodaje, że jej dzieci szybko zaczęły wymyślać różne systemy pracy, by ją usprawnić.

„Dzięki temu przerobiliśmy nawet organizację i optymalizację procesu produkcyjnego – żartuje ich mama. – Chłopcy poznali także wszystkie części maszyny do szycia i sami zaczęli nawlekać nici. Jest to dla nich bardzo dobry przerywnik od codziennych obowiązków i zarazem sposób na oderwanie ich od komputera i urządzeń elektronicznych” – dodaje nasza rozmówczyni.

Basia Karolak szyciem maseczek zajmuje się w wolnej chwili, pomiędzy pracą swoją oraz męża, a także pomiędzy lekcjami i nauką ich dzieci. Najczęściej wykorzystują czas wieczorny.

„Zamiast oglądać telewizję, zabieramy się do pracy i szyjemy do późnych godzin nocnych” – wyjaśnia.

Początkowo do produkcji maseczek wykorzystywała materiał, który pozostał jej, gdy czasem szyła jakieś drobne rzeczy, np. poszewki na poduszki lub jaśki. Miała go przekazać do szkoły starszego syna na zajęcia plastyczne, ale obecna sytuacja zmusiła ją, by wykorzystać go na inny cel. Jednak bardzo szybko jej domowe zapasy zostały zużyte. W związku z tym zaczęła sama kupować bawełnianą tkaninę oraz potrzebne dodatki.

Podziękowania dla Basi Karolak przesłane przez pielęgniarki z Mount Sinai South Nassau Hospital w Oceanside na Long Island / Foto: ARCH. RODZINY KAROLAKÓW

„Szyję tylko z nowych materiałów, nie używam nic starego. Wykorzystuję dwa rodzaje tkanin i staram się je tak dobierać, żeby maska nie była zbyt gruba i by łatwo można było oddychać. Jednocześnie musi być na tyle szczelna, żeby nie przepuszczała bakterii i wirusów. Do szpitala szyję dodatkową kieszonkę, do której można włożyć specjalny filtr. U góry wszywany jest także delikatny drucik służący do odpowiedniego dopasowania maski do twarzy i nosa” – tłumaczy swoją technologię pani Basia. Karolakowie do tej pory uszyli już ponad 500 maseczek i na tym nie poprzestają, tylko zamierzają kontynuować swoją domową produkcję, ponieważ zapotrzebowanie na nie jest bardzo duże.

„Właśnie zgłosił się do mnie z prośbą o uszycie maseczek dom pomocy dla dzieci niepełnosprawnych i na pewno im pomożemy” – zapewnia Polka.

Do tej pory wsparli kilka szpitali oraz restauracje i polskie sklepy w Glen Cove, Copiague i Levittown oraz różne amerykańskie lokalne na Long Island. Wśród placówek medycznych i opiekuńczych, w których pielęgniarki i pracownicy używają ich bawełnianych maseczek, są: Mount Sinai South Nassau Hospital w Oceanside, NYU Winthrop Hospital w Mineoli oraz ośrodki zajmujące się upośledzonymi i niepełnosprawnym dziećmi – United Celebral Palsy Residential Homes.

„Wszyscy byli bardzo zaskoczeni, zadowoleni i wdzięczni. Ich reakcja była bardzo pozytywna. Pielęgniarki nawet przesłały mi zdjęcia, które zrobiły sobie w naszych maseczkach” – mówi nasza rozmówczyni. Gotowe pakiety maseczek z domu Karolaków odbierają pracownicy poszczególnych placówek medycznych.

„Nie chcemy ich zawozić osobiście do szpitali, by nie narażać się na zakażenie wirusem. Wyjątek zrobiłam tylko w przypadku pobliskiej pizzerii i okolicznych sklepów, do których zaniosłam maseczki przy okazji robienia zakupów” – zapewnia pani Basia. Przekazała je także nauczycielom w szkole starszego syna oraz swoim klientom korzystającym z usług biura nieruchomości, które prowadzi. Dodała, że są to osoby, z którymi się zna i często widywała się przed pojawieniem się koronawirusa, dlatego też bardzo zależy jej, by były bezpieczne, i by znów mogli się wszyscy zobaczyć po ustąpieniu pandemii.

Dodatkowym plusem akcji przeprowadzonej przez rodzinę Karolaków było zainspirowanie innych.

„Po tym jak zamieściłam na Facebooku informację o szyciu maseczek wielu moich znajomych napisało do mnie z gratulacjami, ale także stwierdziło, że ich zainspirowałam do podobnej działalności. Nawet jedna osoba z Kalifornii zaczęła szyć maseczki i rozdawać je wśród swoich znajomych. Tak więc odzew był naprawdę bardzo miły i pozytywny” – podkreśla z dumą Basia Karolak.

Rodzina Karolaków prezentuje maseczki, które wspólnie uszyła (od lewej): Basia, Viktor, Konrad i Krzysztof / Foto: ARCH. RODZINY KAROLAKÓW

POLSKIE JEDZENIE DLA MEDYKÓW
„Dziś w nocy jedziemy na Bronx, gdzie przed zoo powstała specjalna baza dla służb zaangażowanych w walkę z koronawirusem – mówi na jednym z filmików na Facebooku Grzegorz Gryźlak, współwłaściciel polskiej karczmy na kółkach. – Razem z moim wspólnikiem Przemkiem będziemy przygotowywać jedzenie dla lekarzy, ratowników i innych osób pracujących na pierwszym froncie. Są to osoby z różnych stanów, które przyleciały do metropolii, by walczyć o życie innych – tłumaczy współwłaściciel Old Traditional Polish Cuisine Food Truck & Catering. – Gotujemy im kiełbaski, pierogi, przygotowujemy bigos. Obsługujemy osoby z drugiej zmiany, pełniące służbę w szpitalach, także tych polowych. Po pracy muszą zjeść coś ciepłego. Naprawdę ciężko pracują, są przemęczeni, każda pomoc jest im potrzebna” – podkreśla. W ten sposób Grzegorz Gryźlak, razem z żoną Ewą i partnerem Przemkiem, dwukrotnie, jak dotąd, wsparli medyków i inne osoby zaangażowane w walkę z koronawirusem. „Manhattan opustoszał, większość firm jest zamkniętych, mnóstwo osób wyjechało do innych stanów. Ale my nie zawiesiliśmy działalności, dalej gotujemy, tylko dla nieco innych klientów – mówi „Nowemu Dziennikowi” Grzegorz Gryźlak. – Kilka razy zawieźliśmy jedzenie do szpitali, między innymi na Atlantic Avenue na Brooklynie. Pracowaliśmy też dla służb federalnych pełniąc służbę w bazie na Bronksie. Mam mocny charakter, ale powiem szczerze, że będąc tam, razem z moim wspólnikiem, mieliśmy gęsią skórkę. Liczba osób zaangażowanych w walkę z koronawirusem: lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych z różnych części USA, robi wrażenie – przyznaje Polak. – Bardzo się cieszę, że troszkę mogliśmy umilić wieczór służbom, które są na pierwszym froncie walki, ciepłymi posiłkami, polską kuchnią i dobrą rozmową. To było kolejne, bardzo cenne doświadczenie w moim życiu. Władze zalecają, by nie wychodzić z domu, ale wiadomo, że ktoś musi leczyć. Ktoś musi iść na służbę, ktoś musi przygotować jedzenie. Myślę, że działając razem damy radę wrócić do normalnej rzeczywistości. Wracam do domu, jest 3 w nocy, idę spać. Dziękuję tym, którzy są na froncie” – kończy jeden z facebookowych filmików Grzegorz Gryźlak.
Razem z żoną i wspólnikiem pomagają także w inny sposób. Dbają o najbliższych sąsiadów, którzy z powodu wieku boją się wychodzić na zewnątrz.

Grzegorz Gryźlak razem z żoną Ewą i wspólnikiem Przemkiem z Old Traditional Polish Cuisine Food Truck wspierają m.in. medyków oraz inne osoby zaangażowane w walkę z koronawirusem / Foto: ARCH. OLD TRADITIONAL POLISH CUISINE FOOD TRUCK

„W naszym otoczeniu, w dzielnicy Forest Hills na Queensie, są seniorzy, którzy mają ponad 90 lat, a na przykład rodzina mieszka w innym stanie. Dla nas nie jest to problem, by podejść, zapytać, jak się czują i przywieźć obiad – pierogi czy grillowaną kiełbaskę. Zdarza się, że robimy zakupy. Wiadomo, że szczególnie starsze osoby ciężej przechodzą nową chorobę i nie chcą ryzykować. My cały czas pracujemy realizując zamówienia na wynos lub z dostawą, więc nie jest to jakiś wielki problem, by pomóc też i w taki sposób” – mówi współwłaściciel Old Traditional Polish Cuisine Food Truck & Catering. Przyznaje, że czasy nie są łatwe, ale się nie poddają. Na brak zamówień też nie narzekają, bo wielu nowojorczyków ceni sobie dobrą, polską kuchnię.

„Odwiedzamy nie tylko Polaków-seniorów. Zadzwoniła do nas córka pani pochodzącej z Kolumbii, mieszkająca w innym stanie. Mama, starsza pani, niedawno wyszła ze szpitala, prawdopodobnie była zakażona nowym wirusem. Kilka razy zanieśliśmy jej jedzenie pod drzwi. Z tego co wiem, bardzo jej smakowało. A to jest najważniejsze” – mówi Grzegorz Gryźlak.

Jedna z seniorek, której pomagają właściciele polskiej karczmy na kółkach / Foto: ARCH. OLD TRADITIONAL POLISH CUISINE FOOD TRUCK

OBIAD DLA SĄSIADÓW
Obiady dla starszych sąsiadów przygotowują też Polki mieszkające w jednym z bloków na Bensonhurst.

„To nic takiego. Nie mamy pracy, za to mamy mnóstwo wolnego czasu, więc chcemy go jakoś produktywnie wykorzystać” – twierdzi Justyna, która mieszka od 7 lat w USA. Do czasu wybuchu pandemii pracowała w jednym z biurowców na Manhattanie. Z dnia na dzień straciła pracę, ale i tak – jak podkreśla – jest w dobrej sytuacji, bo mąż pracuje dla miasta, więc nie muszą martwić się o pieniądze.

„Poza tym dostaję zasiłek dla bezrobotnych wzmocniony 600 dolarami zapomogi. Nie jest źle. Zresztą jestem urodzoną optymistką” – podkreśla Polka. Tym optymizmem stara się dzielić z sąsiadami.

„Skrzyknęłyśmy się w cztery dziewczyny. Napisałyśmy ogłoszenie na klatce, poza tym znamy większość sąsiadów i przeszłyśmy się od drzwi do drzwi z pytaniem, czy nie trzeba pomóc. Zaczęło się od robienia zakupów, a teraz gotujemy obiadki. Zauważyłyśmy, że seniorzy najbardziej potrzebują rozmowy. Mogą przecież korzystać z darmowych obiadów fundowanych przez miasto i dowożonych pod drzwi, ale jak my wpadamy z jedzonkiem, to zawsze te pół godzinki czy godzinkę zostajemy i pogadamy. Pomagamy w ten sposób siedmiu osobom z bloku. Najmłodsza, pani Bożenka ma 75 lat, najstarsza – Marina – 89. Nie traktujemy tego, jako jakiś wielki wyczyn. Szczerze, to dla nas jest też ważne, że nie siedzimy w domu i nic nie robimy. Czujemy się potrzebne” – zaznacza Justyna.

Pozostałe koleżanki także straciły pracę – jedna w restauracji, druga na lotnisku, a trzecia w firmie transportowej. Każda ma nadzieję, że w miarę szybko wróci rzeczywistość, którą dobrze znały, sprzed pandemii.

„Do tego czasu musimy się wspierać. Nie trzeba daleko szukać. W każdym bloku jest przynajmniej jedna osoba, która bardzo czeka na wsparcie, przede wszystkim dobrym słowem. Planujemy też uruchomić coś w rodzaju wsparcia telefonicznego. A konkretnie pełnić dyżury i jeśli ktoś ma takie życzenie, to mogłybyśmy dzwonić do starszych rodziców w Polsce, tak po prostu, by pogadać. Wiele osób miało przylecieć do USA na wakacje, jak co roku, do wnuków, ale teraz te plany muszą poczekać. Pomysł telefonicznego wsparcia seniorów jeszcze kiełkuje, ale myślę, że wkrótce ruszymy. Fajne jest też to, że w spożywczaku na rogu, gdzie zazwyczaj robimy zakupy, gdy właściciel dowiedział się, że gotujemy dla seniorów, sprzedaje nam towar po niższej cenie. To jest wspaniałe, ile osób potrafi się jednoczyć w tych trudnych czasach” – cieszy się Justyna.

Pielęgniarka z Syosset Hospital na Long Island dziękuje Wspólnocie Dobrego Samarytanina za przekazane słodycze / Foto: FACEBOOK WSPÓLNOTY DOBREGO SAMARYTANINA

PACZKI DLA POTRZEBUJĄCYCH
Wsparcie oferują też poszczególne fundacje i organizacje. Także polonijne. Przykładem może być Wspólnota Dobrego Samarytanina z Nowego Jorku. Jest to organizacja misyjna, która wspiera najbardziej potrzebujące dzieci w najbiedniejszych zakątkach świata, szczególnie sieroty niejednokrotnie zagrożone śmiercią głodową. Buduje szkoły, sierocińce, punkty medyczne czy kościoły. Niedawno organizacja wsparła personel medyczny nowojorskich szpitali – osoby, które walczą o życie innych.

„Kilka dni temu przekazaliśmy słodycze dla Syosset Hospital (Long Island – przyp. red.). Chcieliśmy tym gestem wyrazić naszą wdzięczność, jak również wesprzeć służbę zdrowia, pracującą w szpitalach często ponad własne siły w ciężkich warunkach. Narażając własne życie, ratują chorych, nie mając czasu na to, aby zadbać o siebie. W obecnych warunkach ich czas pracy jest znacznie wydłużony, nie mogą zapewnić sobie bezpiecznego posiłku, dlatego postanowiliśmy im troszkę osłodzić ten trudny dla nich czas – pisze na Facebooku Małgorzata Kaleta, koordynatorka Wspólnoty Dobrego Samarytanina w Nowym Jorku. – Produkty otrzymaliśmy od firmy Lowell Food i planowaliśmy wykorzystać je podczas imprez charytatywnych dla sierot ojca Bashobory. Teraz pojawiły się jednak większe potrzeby tu, na miejscu. Doświadczamy pandemii, która w wymiarze indywidualnym przybiera bardzo tragiczne formy. Tu, w Nowym Jorku, są ludzie, którzy cierpią z powodu choroby, utraty środków do życia lub samotności” – dodaje Małgorzata Kaleta.

W pomoc włączyła się też Polsko-Słowiańska Federalna Unia Kredytowa. Przekazała Wspólnocie Dobrego Samarytanina 4 tys. dolarów.

„Przy współpracy z ojcami paulinami z parafii św. Stanisława na Manhattanie przekażemy te pieniądze na pomoc dla najbardziej pokrzywdzonych przez koronawirusa w Nowym Jorku. Mamy już zgłoszenia kilkudziesięciu osób, które potrzebują wsparcia materialnego i duchowego. Mamy także wielu wolontariuszy, którzy wkrótce wyruszą z paczkami do potrzebujących. Wszystkich, którzy jeszcze są w potrzebie i znają osoby będące w potrzebie, prosimy o zgłoszenie się do nas” – zachęca Małgorzata Kaleta.

Wspólnota Dobrego Samarytanina przekazując łakocie chciała wyrazić wdzięczność oraz wesprzeć służbę zdrowia pracującą w szpitalach często ponad własne siły / Foto: FACEBOOK WSPÓLNOTY DOBREGO SAMARYTANINA