Polski wkład w ratowanie nowojorczyków

W najważniejszym momencie do jednego ze szpitali trafiło ponad 100 respiratorów z odzysku

621
Największe zapotrzebowanie na respiratory było w początkowym okresie pandemii / Foto: EPA

Jednym z głównych elementów walki ze skutkami Covid-19 w początkowym okresie pandemii były respiratory, których szybko zabrakło nie tylko w szpitalach, ale również u dystrybutorów i producentów. W dodatku dostawcy utrudniali możliwość naprawy uszkodzonego sprzętu. Dzięki odpowiednim umiejętnościom i kwalifikacjom polskiego technika medycznego, w najbardziej istotnym momencie do jednego z nowojorskich szpitali trafiło ponad 100 respiratorów z tzw. odzysku.

Na początku marca minął rok od pojawienia się pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem Covid-19 w Wielkim Jabłku, a za kilka dni przypadnie rocznica, kiedy to gubernator Andrew Cuomo ogłosił całkowite zamknięcie stanu Nowy Jork z powodu pandemii. Był to czas, w którym kolejne dni i tygodnie przynosiły coraz bardziej przerażające dane dotyczące ilości zakażonych ludzi, a także tych walczących w szpitalach o życie. Niestety rosły również statystyki dotyczące osób, które zostały pokonane przez Covid-19 i zmarły.

Wtedy bardzo dużą rolę w walce o życie chorych odgrywały respiratory, których wtedy niestety gwałtownie zaczęło brakować. Taka sytuacja miała miejsce nie tylko w Wielkim Jabłku, tak było na całym świecie we wszystkich większych skupiskach dotkniętych wirusem.

Okazało się jednak, że urządzeń do wspomagania oddychania brakowało nie tylko w szpitalach, ale również problemy z ich zapewnieniem mieli dystrybutorzy i producenci. Wówczas wielu techników medycznych zatrudnionych w placówkach leczniczych przypomniało sobie o sprzęcie, który z różnych powodów znajdował się w szpitalnych magazynach i piwnicach. Niestety respiratory te najczęściej były uszkodzone lub zdekompletowane.

Usługi serwisowe, które powinien zapewnić dystrybutor lub producent tego sprzętu były wręcz nieosiągalne; albo brakowało wykwalifikowanych techników, albo terminy napraw były bardzo długie, albo ceny za naprawę były zbyt wysokie. Jeszcze przed wybuchem pandemii opóźnienia związane z naprawą respiratrów – jaką powinni zapewnić dostawcy tych urządzeń – wynosiły kilka tygodni.

Niestety od czasu zależało zdrowie, a w większości przypadków nawet życie pacjentów. Dlatego też szpitale zaczęły szukać innych sposobów uruchomienia nieczynnego sprzętu, który był na ich wyposażeniu. Okazało się jednak, że do jego naprawy potrzebne były nie tylko odpowiednie osoby znające się na tych urządzeniach, ale również mające specjalistyczne uprawnienia i certyfikaty, a także części zamienne, a przede wszystkim właściwe oprogramowanie.

Respirator Puritan Bennett 840 jest najpopularniejszym na świecie urządzeniem do podtrzymywania oddychania / Foto: EBAY.COM

Niestety, jeżeli dana placówka wcześniej nie wykupiła sobie drogiej umowy serwisowej u dostawców sprzętu, lub nie zatrudniała technika posiadającego odpowiedni – również bardzo drogi – certyfikowany kurs przeprowadzony przez producenta, to nie mogła otrzymać od niego zgody na zrobienie odpowiedniej naprawy respiratorów, a przede wszystkim dostać oprogramowania potrzebnego do jego działania.

W ten sposób dostawcy pozyskiwali dodatkowe fundusze, mimo że jednocześnie przez to ograniczali możliwość wykorzystania specjalistycznego sprzętu, podnosili koszty leczenia, a nawet pośrednio mogli narażać pacjentów na śmierć. Nie zmieniła tego nawet sytuacja związana z pandemią. Dla producenta bardziej opłacalne było sprzedanie nowego sprzętu, niż dopuszczenie do użytku urządzeń z odzysku, który na pewno odgraniczyłby popyt na nowe produkty.

Potwierdzeniem zaporowej działalności dostawców sprzętu medycznego jest raport opublikowany 8 lipca 2020 r. przez U.S. PIRG Education Fund, organizację zajmującą się prawami konsumentów. Wynika z niego, że spośród 222 ankietowanych techników medycznych, aż 91,8 proc. stwierdziło, że producenci odmówili im dostępu do informacji dotyczących napraw sprzętu medycznego stosowanego w tzw. krytycznych akcjach leczniczych m.in.: respiratorów, defibrylatorów, aparatów do znieczulenia, sprzętu do obrazowania medycznego, itd. Wiele ankietowanych osób zaznaczyło, że w szpitalach, w których pracują są zepsute respiratory, których nie byli w stanie naprawić, ponieważ „nie mieli dostępu do części oraz informacji serwisowych”. Raport ten dotyczył kilkumiesięcznego okresu począwszy od marca 2020 r.

To wszystko spowodowało, że szpitale zaczęły szukać ratunku w inny sposób. Respiratory zaczęto ściągać spoza Stanów Zjednoczonych, m.in. z Chin, a także z rynku wtórnego. Poza tym bardzo pomocni okazywali się także technicy z innych placówek leczniczych, a nawet z zagranicy. Wśród nich był także pewien Polak posiadający specjalne uprawnienia do naprawy sprzętu medycznego, który na co dzień zajmuje się jego serwisowaniem w polskich szpitalach oraz współtworzy firmę TDZ Technika dla zdrowia.

Dzięki jego umiejętnościom do jednego z dużych nowojorskich szpitali trafiło ponad 100 respiratorów z tzw. odzysku. Wszystko wskazuje na to, że w przeciwnym wypadku sprzęt ten trafiłby na wysypisko śmieci lub na złom.

Monitory i moduły wchodzące w skład respiratorów PB840, które zostały zakupione przez kanadyjską firmę / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

SPRZĘT NA WAGĘ ŻYCIA
W związku z dużym zapotrzebowaniem na respiratory, a także długim oczekiwaniem na nowy i bardzo drogi sprzęt oferowany przez jego amerykańskich producentów oraz dostawców, niesamowicie dużym zainteresowaniem cieszyły się te urządzenia pochodzące z rynku wtórnego (ze sprzętem używanym), który w Stanach Zjednoczonych jest mocno rozbudowany.

Jako że sprawne respiratory szybko się wyczerpały, pojawił się pomysł by naprawić i doprowadzić do stanu używalności sprzęt, który wcześniej był uszkodzony. Wprowadziła go w życie m.in. pewna kanadyjska firma z Montralu zajmująca się handlem sprzętem medycznym. Zakupiła ona dużą ilość niekompletnych respiratorów, których części nie były ze sobą kompatybilne.

Były to najbardziej popularne na świecie respiratory marki Puritan Bennett 840 (PB840). Kanadyjczycy po nabyciu zdekompletowanych urządzeń zwrócili się z prośbą dotyczącą naprawy do ich dystrybutora, którym jest amerykański koncern Medtronic. Usługa ta z kilku powodów (wspominanych wcześniej) okazała się jednak niemożliwa do zrealizowania.

Kanadyjska firma nie mogąc uzyskać pomocy serwisowej z autoryzowanego źródła zaczęła szukać innego rozwiązania i w ten sposób trafiła do pracownika firmy TDZ Technika dla zdrowia, który również zajmuje się naprawą sprzętu medycznego.

„Skontaktował nas wspólny znajomy, który pośredniczy w sprzedaży specjalistycznych urządzeń do polskich szpitali. Jako, że czasem naprawiam sprzęt, którym on handluje, to wiedział też, że również serwisuję respiratory. Zajmuję się tym od ok. 9 lat, kiedy to odbyłem w Stanach Zjednoczonych oficjalne szkolenie z tym związane” – wyjaśnia przedstawiciel firmy TDZ Technika dla zdrowia, który z wykształcenia jest fizykiem medycznym.

Moduły sterujące pochodzące ze zdekompletowanych respiratorów PB840 zakupionych przez kanadyjską firmę / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

Kurs ten był przeprowadzony i certyfikowany przez koncern Medtronic, a nawet dotyczył respiratorów typu PB840. Tak więc był on jak najbardziej odpowiednią osobą mogącą dokonać przeglądu, napraw, parowania modułów, zaprogramowania i doprowadzenia do stanu używalności niesamowicie poszukiwanego sprzętu medycznego. W dodatku certyfikat, który zdobył 9 lat temu nie tylko posiada bezterminowy czas ważności, ale również jest autoryzowany i zatwierdzony przez U.S. Food and Drug Administration, czyli amerykańską Agencję Żywności i Leków.

Ciekawostką jest natomiast fakt, że cała operacja związana z jego wkładem pracy w naprawę zdekompletowanego sprzętu była przeprowadzona zdalnie, za pomocą połączeń wideo. Było to możliwe dlatego, że sprzęt ten składa się z modułów, które wystarczy odpowiednio ze sobą połączyć, a niektóre z nich dodatkowo sparować. Dlatego też wykorzystano tylko te elementy, które były sprawne i nie miały żadnych uszkodzeń elektronicznych.

„Oprogramowanie do respiratorów PB840 kupiłem na czarnym rynku, ale jest ono legalne. Współpracując z firmą z Kanady sprzedałem im odpowiednie narzędzie do wgrywania tego oprogramowania. Natomiast wieczorami mojego czasu poprzez połączenia wideo instruowałem ich jak mają fizycznie poskładać respiratory, co i jak podłączyć, które oprogramowanie mają wgrać, żeby wszystko odpowiednio działało. Trwało to około trzech tygodni” – wspomina nasz rozmówca.

Moduł sterujący jednego z respiratorów PB840 naprawionych przez polskiego technika medycznego / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

W sumie w ten sposób wspólnymi siłami, z zakupionego zdekompletowanego sprzętu udało im się złożyć ponad 100 sprawnych respiratorów. Zostało to przeprowadzone w kwietniu ub.r. a więc w czasie największego szczytu zachorowań na Covid-19 w Nowym Jorku i zapotrzebowania na sprzęt podtrzymujący oddychanie. Właśnie odpowiednie zaprogramowanie tych urządzeń było kluczowym punktem ich naprawy.

„Respirator PB840 składa się z dwóch elementów, ekranu oraz jednostki sterującej. Każdy z nich ma osobny numer seryjny i są one do siebie przypisane tzn. są tak zaprogramowane, że mogą działać tylko razem. Jeżeli zostaną zamienione monitory pomiędzy dwoma urządzeniami to wystąpi błąd oprogramowania. Żeby go usunąć należy na nowo wgrać odpowiedni program, który paruje ze sobą elementy, które nie były sobie dedykowane w fabryce” – wyjaśnia techniczne szczegóły nasz rozmówca.
Dodaje, że po skompletowaniu sprzętu przeszedł on również odpowiednie testy.

„Każdy respirator ma procedurę serwisową, która określa jego sprawność i jest opisana przez producenta w instrukcji. Każde z tych złożonych przez nas urządzeń przeszło tę procedurę i spełniało wszelkie wymogi jakie zakłada producent. W związku z tym respiratory te były w pełni sprawne i gotowe do użytku oraz podłączenia do pacjentów” – zapewnia pracownik firmy TDZ Technika dla zdrowia.

Sprzęt naprawiony dzięki pomocy polskiego technika został przez kanadyjską firmę sprzedany do jednego z dużych i znanych szpitali w Nowym Jorku. Respiratory te zakupiło biuro burmistrza Billa de Blasio w ramach pomocy miejskiej podczas pandemii. Na pewno miał na to wpływ fakt, że można je było zakupić „od ręki”, natomiast na nowe urządzenia oferowane przez producenta – w szczytowym momencie pandemii – trzeba było czekać od 12 do 18 tygodni.

Respirator PB840 składa się z dwóch elementów, ekranu oraz jednostki sterującej. Na zdjęciu jeden z respiratorów z odzysku / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

Warto przy okazji podkreślić, że przed pojawieniem się wirusa Covid-19 cena nowego, markowego respiratora, w zależności od rodzaju, wahała się pomiędzy 25-40 tys. dolarów (100-150 tys. zł), a używanego, czy też naprawianego była o wiele niższa. Dlatego też w Stanach Zjednoczonych rynek wtórny ze sprzętem medycznym działa dosyć prężnie. Zresztą w innych branżach jest podobnie, wystarczy popatrzeć na komisową sprzedaż samochodów. W dodatku to wszystko odbywało się w początkowym okresie pandemii na świecie, w czasie tzw. boomu na respiratory, gdy na nowe urządzenia szpitale musiały czekać po kilka miesięcy. Tak więc zainteresowanie tego typu sprzętem z odzysku było bardzo duże. Liczyła się nie tylko cena, ale przede wszystkim czas mający szczególne znaczenie dla zdrowia pacjentów.

Obecnie zapotrzebowanie na respiratory nie jest już tak duże jak w roku ubiegłym, kiedy były one głównym elementem walki o życie osób chorych na Covid-19. W tym momencie największy nacisk jest kładziony na szczepionki mające uchronić wszystkich przed zarażeniem. Myślę, że śmiało można stwierdzić, że w dużym stopniu „czasowa” popularność różnych elementów walki z koronawirusem ma związek z tym co w danym momencie jest lansowane przez WHO, służbę medyczną, rządzących wydających różne odgórne decyzje i zalecenia, oraz… media.

Można łatwo zauważyć, że podczas pandemii pojawiło się kilka różnych etapów. Zaczęło się od boomu na respiratory (rok temu było to chyba najczęściej wypowiadane słowo przez nowojorskiego gubernatora Andrew Cuomo w jego codziennych przemówieniach). Później były lansowane środki do dezynfekcji, które miały uchronić ludzi przed kontaktem z wirusem i jego rozprzestrzenianiem się, następnie pojawiła się fala popularności ECMO, czyli tzw. płuco-serc, które stanowi aparatura do pozaustrojowego wspomagania układu krążenia oraz oddychania, a obecnie wszędzie promowane są szczepionki. Oczywiście cały czas obowiązuje noszenie maseczek, a nawet dwóch, jak zalecają obecnie nowojorskie władze. Miejmy nadzieję, że szczepionka będzie już ostatnim orężem walki z pandemią i skutecznie pokona Covid-19.

Każdy respirator z odzysku przeszedł test serwisowy i spełniał wszelkie wymogi konieczne do dopuszczenia go do użytku / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

BIZNES WAŻNIEJSZY NIŻ PACJENT
Opisana sytuacja z odzyskaniem sprawnych respiratorów ze zdekompletowanego sprzętu pokazuje, że pomysłowe osoby są w stanie przeciwstawić się ograniczeniom wprowadzanym przez producentów sprzętu medycznego, którzy są nastawieni głównie na osiągniecie jak największego zysku. Zresztą postawa koncernów podczas pandemii, oraz wyniki raportu U.S. PIRG Education Fund, świadczą o tym, że dla nich faktycznie nie jest ważne zdrowie i życie pacjentów tyko wynik finansowy. Gdyby większą wagę przykładano do odpowiedniego serwisowania sprzętu oraz jego napraw, to na pewno koszty leczenia szpitalnego byłyby o wiele niższe niż obecnie. Jednak w Stanach Zjednoczonych nie ma tradycji związanej z reperowaniem zepsutych urządzeń dlatego też jest niewiele firm specjalizujących się w naprawie skomplikowanego sprzętu medycznego.

Dodatkowym utrudnieniem są wymogi związane z posiadaniem odpowiednich kwalifikacji i certyfikatów, koniecznych do prowadzenia tego typu działalności, zwłaszcza dotyczącej branży leczniczej. Poza tym kursy związane ze szkoleniem serwisowym organizowane są tyko dla osób pracujących w działach technicznych szpitali, które dysponują danymi urządzeniami.

Z kolei zewnętrzne usługi serwisowe powinien takim placówkom zapewnić producent lub jego autoryzowany przedstawiciel zajmujący się dystrybucją specjalistycznego sprzętu medycznego, ale jak pokazuje życie, obowiązek ten jest całkowicie marginalizowany.

Zgodnie z prawem dostawca musi zapewnić części zamienne do danego sprzętu przez 10 lat od wyprodukowania ostatniej jego sztuki. W tym czasie oczywiście wszelkie elementy naprawcze, podobnie jak i usługi serwisowe, mogą wielokrotnie zdrożeć.

„Takim koncernom nie opłaca się tworzyć tzw. wtórnego rynku maszyn, nawet w tak ekstremalnej sytuacji w jakiej znalazły się szpitale podczas pandemii, gdzie praktycznie wszędzie brakowało respiratorów. Producenci wolą stwierdzić, że tych uszkodzonych urządzeń nie da się już naprawić i oferują szpitalom zakup nowego sprzętu” – wyjaśnia przedstawiciel firmy TDZ Technika dla zdrowia. Dlatego też koncerny za wszelką cenę starają się ograniczyć ilość osób posiadających kwalifikacje i certyfikaty potrzebne do serwisowania i naprawiania sprzętu medycznego.

Kluczową rolę przy uruchamianiu respiratorów PB840 spełnia odpowiednie oprogramowanie parujące ze sobą dwa moduły – część sterującą i monitor / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

SZKOLENIA SERWISOWE
W Polsce, a nawet w całej Europie szkolenia serwisowe nie są przeprowadzane, natomiast w Stanach Zjednoczonych producentów i dystrybutorów specjalistycznego sprzętu medycznego zmusza do nich ustawa antymonopolowa. I faktycznie takie kursy są organizowane, lecz dostęp do nich jest bardzo ograniczony.

„Producenci chcąc bronić się przed tym obowiązkiem stosują różne utrudnienia. Jednym z nich jest zaporowa cena za szkolenie. Przykładowo firma General Electrics produkująca m.in. aparaty do znieczulania, za trzydniowe szkolenie dotyczące jednego modelu takiego sprzętu żąda 15 tys. dolarów. Tak więc małe firmy serwisowe nie są w stanie pozwolić sobie na taki wydatek” – stwierdza nasz rozmówca.

Jak zaznacza, najbardziej restrykcyjna jest firma Getinge, która za szkolenie serwisowe dotyczące respiratorów Maquet pobiera 20 tys. dolarów, w dodatku ich certyfikat jest ważny tylko przez jeden rok. Podobną technikę ograniczania osób chętnych do świadczenia usług naprawczych stosuje koncern Medtronic. Jednak naszemu rozmówcy, podobnie jak i jego koledze, dziewięć lat temu udało się zdobyć odpowiednią kwotę pieniędzy, przyjechać do Stanów Zjednoczonych i ukończyć szkolenie.

„Dzięki temu do dzisiaj legalnie serwisujemy respiratory i mamy do tego potrzebne odpowiednie kwalifikacje” – mówi z dumą przedstawiciel TDZ Technika dla zdrowia, który w sumie posiada ponad 20 różnych kursów i certyfikatów dotyczących urządzeń medycznych, w tym najbardziej popularnego respiratora PB840. Obecnie w użyciu jest już jego nowy model PB940, do serwisowania którego potrzebne jest osobne uprawnienie.

„Oczywiście można również odbyć szkolenie dotyczące tego modelu, ale pod warunkiem, że jest się pracownikiem szpitala, w którym jest on zainstalowany, i w dodatku musi to być placówka amerykańska” – zaznacza nasz rozmówca.

Jeden z respiratorów złożony i uruchomiony ze zdekompletowanego sprzętu / Foto: ARCHIWUM FIRMY TDZ TECHNIKA DLA ZDROWIA

Obok stosowania zaporowych opłat za kursy dające uprawnienia serwisowe jest to kolejna przeszkoda jaką stosują producenci celem unikania obowiązku nałożonego przez ustawę antymonopolową i dotyczącego szkolenia ludzi z firm zewnętrznych. Innym sposobem ograniczenia ilości osób mogących serwisować lub naprawiać sprzęt medyczny jest zablokowanie dostępu do oprogramowania lub jego aktualizacji. Są też firmy, które zapewniają sobie wyłączność na tego typu usługi lub pełną kontrolę nad tym co się dzieje z urządzeniami, które dostarczyli do danego szpitala.

„Jest taka duża niemiecka firma Dräger AG mająca swoje fabryki w Stanach Zjednoczonych, która zastosowała taki patent, że w oprogramowaniu najnowszych respiratorów, aparatów do znieczulania, czy też kardiomonitorów, nie ma trybu serwisowego umożliwiającego sprawdzenie błędów, logowań itp. Natomiast znajduje się on na ich serwerze, z którym można się połączyć mając autoryzację, klucz dostępu i ich oprogramowanie. Dopiero wtedy możemy podłączyć sobie nasze urządzenie pod komputer, połączyć się z serwerem Drägera AG i wówczas jesteśmy w stanie zobaczyć co się z nim dzieje” – opowiada polski technik i dodaje, że za to pobierane są ogromne opłaty.

Tak też jest z gromadzeniem różnych informacji potrzebnych do przeprowadzenia badań. Dlatego też firma naszego rozmówcy zaczęła tworzyć na potrzeby szpitali oprogramowanie związane z pozyskiwaniem danych np. z respiratorów i gromadzeniem ich celem przeprowadzania różnych analiz klinicznych bądź zachowania dokumentacji dotyczącej procesu leczenia.

„Jest taki standard przesyłu danych medycznych o nazwie Health Level 7 (HL7) i każdy producent ma ten system w swoim sprzęcie, ale wspomniany Dräger AG nic nie mówi o tym, żeby z niego skorzystać trzeba dokupić serwer za 50 tys. dolarów” – podkreśla pracownik firmy TDZ Technika dla zdrowia.