Popieram wakacje

129
Dawniej amerykańscy licealiści w wakacje pracowali. Dzisiaj bardzo często pracują i do tego uczęszczają na letnią szkołę/PEXELS.COM

Trwają wakacje. Rok szkolny był wyczerpujący, zwłaszcza jego finisz, bo jak nakazują amerykańskie obyczaje, należało zrealizować sprawdziany semestralne z każdego przedmiotu, system zaliczeń i wystawiania ocen, w liceum już przecież taki jak na studiach.

Pogoda od kilku dni jak marzenie. Do południa niebo czyste jak łza, leciutki wietrzyk temperuje pracę słonecznych promieni, a ogród z dnia na dzień zaskakuje coraz to nowymi kolorami. Dzisiaj rozchylił swoje fioletowe pąki powojnik, pergola zdaje się pod nim aż uginać.

– Młodsza, już prawie południe. Wyszłabyś trochę na powietrze! – krzyczę z mojego ulubionego stanowiska pracy na ten letni czas – z leżaka pod krzakami bzów.

Cisza. Wiem, że na pewno mnie słyszała, okna w domu są pootwierane na oścież. Słychać dzieci przejeżdżające chodnikiem wzdłuż ogrodu, więc co dopiero moje okrzyki.
Wciąż cisza. Ruszam się z miejsca. Młodsza siedzi przed komputerem i płacze.

– Co się stało?
– Myślałam, że już dzisiaj skończę cały program i jutro będą mogła wziąć egzamin, a tu się okazuje, że te ostatnie rozdziały to same kobylaste projekty. Da się zrobić tylko jeden na dzień. Już nie mogę. Mam już dosyć!
– Przypominam ci, że nikt cię do szkoły letniej nie zmuszał. Wiedziałaś też, że masz tylko jeden miesiąc na jej zaliczenie.

– Daj mi spokój! – Młodsza ucina rozmowę i chowa głowę w dłoniach.
Nie wiem, czy oferta „robienia szkoły w wakacje” to wynalazek amerykański, czy dzieje się tak też i gdzie indziej. Podejrzewam, że niestety tak, choć nie zdziwiłabym się, gdybym się dowiedziała, że w Ameryce oferta ta jest najszersza, a presja wywierana na dzieci, by z tej szkoły korzystały, wywierana najmocniej i pewnie jeszcze w najbardziej wyrafinowany psychologicznie sposób. Co jak co, ale marketing mamy przecież w Ameryce najlepszy na świecie.

Dla jasności: szkoła letnia, w ramach której, za uiszczeniem odpowiedniej opłaty, można sobie zaliczyć jakiś przedmiot i podbić licznik z tzw. kredytami, czyli punktami, których każdy uczeń potrzebuje określoną liczbę, by otrzymać dyplom ukończenia liceum, nie jest obowiązkowa. Wymaganą liczbę kredytów/punktów da się spokojnie zebrać w ciągu czterech lat licealnej edukacji. Ambitniejsze i bardziej zainteresowane nauką dzieci zwykle mają ich na koncie w chwili opuszczania szkoły znacznie więcej niż wymagane minimum.

Szkoła letnia, która w naszym okręgu dostępna jest w i formie nauki online, i regularnych lekcji w wybranych placówkach oświatowych, to oczywiście dodatkowe pieniądze, których amerykańska szkoła nigdy nie ma za wiele, a raczej ma ich zawsze za mało. Czy powinno dziwić, że akcja promująca szkołę latem z roku na rok tylko się nasila?

Ale jest i druga strona medalu. Rośnie przeświadczenie – i wśród samych dzieci, i ich rodziców – że należy zapisać się na letnią szkołę, by mieć z głowy przedmioty obowiązkowe (Młodsza zalicza przedmiot o nazwie „zdrowie”), a wygenerowane w ten sposób puste okienka w planie lekcji w ciągu roku szkolnego zapełnić jak największą liczbą przedmiotów nieobowiązkowych, acz ambitnych i najlepiej specjalistycznych, powiązanych z kierunkiem studiów, o jakich dziecko myśli. Młodsza już w tym roku – pierwsza klasa liceum – zapisała się na lekcję o nazwie „aerospace engineering” (celuję, że tłumaczeniem może być coś w stylu: „inżynieria aeroprzestrzenna”, choć brzmi cudacznie), na którą uczęszczała z całym przekrojem wiekowym z liceum, łącznie z maturzystami.

Dała sobie radę, ale nie będę nikogo oszukiwać, że przy wydatnej pomocy taty inżyniera. Od przyszłego roku już może zapisywać się na przedmioty klasyfikowane jako AP (Advanced Placement), za które, jeśli zakończone są dobrym wynikiem z egzaminu końcowego, licealista może otrzymać zaliczenie (punkty) już na konto studiów. Doświadczenia licealne Starszej uprzytomniły mi, że nawet jeśli akredytację za pomyślnie zaliczone w liceum przedmioty AP oferują tylko wybrane uczelnie, i tak należy na takie lekcje chodzić, żeby potem wpisać ich najwięcej na CV przeznaczone dla oczu uniwersyteckiej komisji rekrutacyjnej. Dodam jeszcze tylko, że przedmioty nie są łatwe – mogą je prowadzić wyłącznie nauczyciele, którzy posiadają ku temu kwalifikacje, a wymagania w ramach prac domowych i sprawdzianów są dokładnie takie jak na studiach.

Obiegowa mądrość uczyłaby, że przyszły inżynier elektryczny nie powinien, jeśli nie musi, zaprzątać sobie głowy biologią czy językoznawstwem na poziomie uniwersyteckim, bo po co? W dzisiejszej Ameryce jak najbardziej jednak zaprząta, bo święcie wierzy, że dostanie za to dodatkowe punkty od wspomnianej już komisji rekrutacyjnej. Choć czy dostanie, to już zupełnie inna sprawa. Jeśli wszyscy lub większość kumulują na swoich kontach maksymalną liczbę zaliczonych z dobrym wynikiem zajęć typu AP – komisja kwalifikacyjna i tak ma trudny orzech do zgryzienia. Zdradzę wszystkim tajemnicę, którą otrzymałam od znajomej zaprzyjaźnionej z osobą pracującą w komisji kwalifikacyjnej na jednym z największych kalifornijskich uniwersytetów. Decyzję, kto na studia zostanie przyjęty, a kto nie, podejmują dzisiaj komputery. I tyle w temacie humanizmu w sferze edukacji edukacji wyższej.

Nie powstrzymuję córki przed nauką w wakacje, ale nie podoba mi się to, co widzę. Zasysa ją system, który wskazuje jej wartość w konformizmie, w praktykowaniu pracoholizmu tylko dlatego, że pracoholizują się inni, który wręcz szantażuje, że jeśli poświęci czas na rozwijanie własnych pasji i zainteresowań – choćby tylko w wakacje (sic!), zostanie za to ukarana. Nieciekawego obrazka dopełnia presja ze strony rówieśników. Presja, jaką dzieciaki wywierają dziś same na siebie, porównując, kto i na ile przedmiotów się zapisał, i kiwając z politowaniem głowami nad tymi, którzy zdecydowali się w wakacje wyłącznie odpoczywać lub pracować. Trudno uwierzyć, ale słyszałam opowieści o dzieciach tak „wkręconych” w ideę letniej szkoły, że odmawiały rodzinnych wyjazdów na letni urlop, przekonane, że wakacje to czas przede wszystkim na „nadrabianie” zajęć nadprogramowych.

Dawniej amerykańscy licealiści w wakacje pracowali. Dzisiaj bardzo często pracują i do tego uczęszczają na letnią szkołę. Wracając jesienią w szkolne ławki są jak zombi, jeszcze bardziej wymęczeni i niedospani, i jeszcze bardziej zestresowani niż przed wakacjami, bo stres nie miał dokąd ani nie miał kiedy odejść. Czy tylko mnie się wydaje, że przy całym swym pragmatyzmie Amerykanie cierpią na katastroficzny brak umiejętności zachowywania w życiu balansu?

– Wychodzisz! – zamykam klapę laptopa i siłą wyciągam Młodszej krzesło spod siedzenia.
– Ale…
– Dokończymy razem po kolacji. Pomogę ci. Jak będziesz dorosła, będziesz podejmowała wszystkie decyzje samodzielnie. Dzisiaj jeszcze mogę to robić za ciebie w jakimś wymiarze ja. I właśnie to robię.

– No świetnie! – oponuje wciąż Młodsza. – I czego to mnie nauczy?
– Mam nadzieję, że więcej, niż ci się wydaje. W życiu musisz się nauczyć także zachowywać balans. Bez tego największy pracoholizm, zamiast cię wzbogacić, może cię przywieść do ruiny.