Powrót Szukalskiego na złotym rydwanie

84
Ireneusz Dobrowolski, reżyser filmu "Walka: życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego": dziedzictwo Stacha z Warty będzie teraz inspirować wielu ludzi o umysłach otwartych na jego sztukę/ARCHIWUM IRENEUSZA DOBROWOLSKIEGO

Rozmowa z Ireneuszem Dobrowolskim, reżyserem filmu „Walka: życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego”, którego producentem wiodącym jest Leonardo DiCaprio.  Dokument przedstawia historię życia i twórczości wybitnego i jednocześnie ekscentrycznego polskiego rzeźbiarza, który przez wiele lat był celowo ignorowany, a przez co także został zapomniany. Film, który można zobaczyć na Netflixie, należy do najpopularniejszych dokumentów dostępnych na tej internetowej platformie telewizyjnej.

 

Jaka była główna idea filmu o Stanisławie Szukalskim i kto był jego pomysłodawcą?
Szukalski przed filmem był mało znany nawet w Polsce, teraz może się o nim dowiedzieć prawie 140 milionów odbiorców Netflixa na całym świecie. Film cieszy się wielką popularnością. Szukalski wraca na złotym rydwanie do świadomości zbiorowej, od razu jako postać kultowa, ze wszystkimi blaskami i cieniami. A więc główną ideą filmu było przedstawienie Szukalskiego światu. Starałem się zgłębić jego enigmatyczną i bardzo złożoną osobowość, historię życia i przede wszystkim dzieło. Z pomysłem zrobienia filmu nosił się Glenn Bray od wielu lat. Sam zaczął dokumentować wypowiedzi Szukalskiego jeszcze za jego życia…

W jaki sposób udało się panu nawiązać współpracę z Glennem Brayem oraz z George’em i Leonardem DiCaprio?
Glenn szukał polskiego reżysera, który podjąłby się tego tematu. Okazało się, że zarówno moje referencje, jak i zainteresowanie sztuką okazały się być bardzo przydatne. Zaczęliśmy głęboką dokumentację na zasadzie „rozpoznania bojem” – ruszyliśmy z produkcją rozbudowanego zwiastuna, a Glenn umożliwił nam kontakt z kręgiem przyjaciół Szukalskiego, w tym z George’em DiCaprio. Ojcu Leonarda na tyle spodobała się nasza praca, że opowiedział o niej synowi, a ten przekonał Netflix, że film o tak wybitnym artyście jak Szukalski musi powstać.

Wiem, że prace nad tym dokumentem nie były łatwe, a czasem nawet się komplikowały, co opóźniło jego ukończenie. Na jakiego typu problemy napotkaliście?
Dosłownie w ostatnim dniu zdjęciowym w archiwum Glenna znaleźliśmy jedno z wydań pisemka „Krak”. Jego zawartość była porażająca: antysemickie karykatury, obrzydliwe hasła. Nasz bohater wyobrażony wtedy umarł. Zaczęliśmy widzieć Szukalskiego inaczej. Trzeba więc było przekonstruować cały film. Nie zamierzaliśmy zamieść niczego pod dywan. Kiedy nam się to udało, okazało się, że film wymaga bardziej rozbudowanej koprodukcji, niż zakładaliśmy na początku. Trochę to trwało, ale bardzo dziękuję wszystkim, którzy wytrwali na ten długiej drodze.

W filmie wykorzystał pan dużo archiwaliów, a zwłaszcza nagrań wideo z udziałem Stanisława Szukalskiego. Przejrzenie 200 godzin zarejestrowanego materiału oraz wybranie odpowiednich fragmentów potrzebnych do zbudowania fabuły na pewno było żmudnym zadaniem. Jak pan sobie z tym poradził?
To zasługa sztabu ludzi. Ja dokonywałem wstępnej selekcji, potem Stephen Cooper (współautor scenariusza) z moim asystentem Justynem Kołakowskim przeglądali większość materiałów, mogących nas zainteresować, a ostatecznie asystent montażysty Davida Brodiego, Patric Tuck, przejrzał jeszcze raz całe 200 godzin od deski do deski, aby mieć pewność, że na pewno niczego nie pominęliśmy. Taśmy Glenna Braya okazały się skarbem, dzięki któremu w ostatecznej wersji filmu Szukalski sam opowiada widzowi o swoim życiu. To jeden z największych atutów filmu. Muszę przyznać, że namówił mnie na to dyrektor Działu Dokumentu Netflixa Adam Del Deo, przekonując, że niska jakość techniczna taśm może być nawet walorem. Wcześniej nagrałem wypowiedzi ekspertów o wybranych kartach życia Stasia w rozdzielczości 6K, z których wiele nie weszło do filmu.

Film „Walka: życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego” wzbudził spore zainteresowanie oraz poruszenie wśród subskrybentów Netflixa i jest jednym z najciekawszych dokumentów, jakie tam można znaleźć. Czy zatem uda się przywrócić w świadomości ludzi postać Stacha z Warty oraz oddać mu należne miejsce w historii oraz kulturze polskiej, a nawet światowej?
To już się stało. Film ma 8.1 na IMDB (ocena filmu w skali od 1-10 w Internet Movie Database), i jest przetłumaczony na 34 języki. Tak jak powiedziałem, Szukalski już jest kultowy i widzowie nauczyli się odróżniać jego życie od dziedzictwa artystycznego, jakie nam pozostawił. Spodziewamy się cyklu wystaw na całym świecie. Powstają tzw. fanpage’e, mnożą się odczyty i wernisaże. Mam też nadzieję, że powstaną kolejne filmy opowiadające o Szukalskim z różnych punktów widzenia.

Był pan obecny na premierze tego filmu w Los Angeles. Jaka była reakcja publiczności oraz ludzi z branży filmowej na ten dokument?
Kiedy wspominam ten moment, zastanawiam się, czy to na pewno się wydarzyło, czy tylko mi się śniło. Film przedstawia Leonardo DiCaprio, ucząc się wcześniej poprawnej wymowy mojego nazwiska, wychodzimy na scenę z jego ojcem George’em, jednym z głównych szefów Netflixa Tedem Sarandosem oraz wybitnym malarzem Robertem Williamsem, którego Szukalski jako jedynego nazywał prawdziwym artystą. Projekcja się zaczyna, Leo siedzi obok mnie, za mną Al Pacino, tuż obok Alejandro Inarritu i cała współczesna bohema LA – wszak rzecz dzieje się w najbardziej prestiżowym miejscu – mekce artystów całego świata – Los Angeles County Museum of Art. Reakcje niezwykle żywiołowe. Śmiechy i wzruszenia. Po projekcji podchodzi do mnie Jose Fernandez – autor kostiumów do „Batmana”, „Iron Mana” czy ostatnio „Aquamana” – i chce mi pogratulować, ale łzy tak ściskają mu gardło, że nie jest w stanie nic powiedzieć. Muszę tu oddać honor genialnemu montażyście Davidowi Brodiemu. Jego awangardowa narracja zdecydowanie wpłynęła na jakość filmu. Zapamiętajcie to nazwisko, bo prędzej czy później dostanie Oscara. Mam nadzieję, że za nasz kolejny film.

Wiadomo – również z filmu – że Stanisław Szukalski był zaprzyjaźniony z George’em DiCaprio, ojcem słynnego hollywoodzkiego gwiazdora. Na ile ta znajomość przekładała się na jego rodzinę i czy mówienie, że Stach z Warty był „przybranym dziadkiem” Leonarda, jest uzasadnione i ma sens? Czy czasem nie jest to – jak twierdzą niektórzy – pewne nadużycie?
Wokół Szukalskiego krąży wiele mitów. I dobrze, Szukalski sam był mitotwórcą. Niewątpliwie Stach z Warty widywał się w małym Leo i pewnie zaszczepił mu miłość do sztuki. Z George’em się blisko przyjaźnił. Reszta jest legendą, ale niech tak zostanie…

Leonardo DiCaprio, będący producentem filmu, mimo znajomości z Szukalskim nie pojawił się jednak na planie, nie ma w nim ani jednej jego wypowiedzi. Są natomiast fragmenty odwołujące się do niego – pokazane jest m.in. słynne zdjęcie, na którym widać Leo siedzącego na kolanach Szukalskiego, oraz dedykacja, jaką Stach z Warty zrobił dla niego na stronie pewnej książki. Dlaczego Leonardo DiCaprio nie zdecydował się na pojawienie się w filmie?
To były kwestie raczej organizacyjne. Leo pracował nad dokończeniem „Zjawy” (filmu, za który dostał Oscara), z którą były pewne problemy, natomiast nigdy nas nie opuścił. Był zarówno głównym sprawcą filmu, jak i producentem wiodącym, obok ojca i mojej żony Ani Dobrowolskiej.

Słynne zdjęcie dziewięcioletniego Leonarda DiCaprio siedzącego na kolanach Stanisława Szukalskiego – „przybranego dziadka”. Fotografia została zamieszczona w książce „Struggle: The Art of Szukalski” oraz wykorzystana w filmie/ZBIORY MUZEUM MIASTA I RZEKI WARTY/ TOMASZ OSZCZĘDA

Stanisław Szukalski był osobą kontrowersyjną nie tylko ze względu na swoje spojrzenie na sztukę i innych artystów. W filmie jest również mowa o jego nacjonalizmie i antysemityzmie, o którym wspomniał pan także wcześniej. Czy i na ile Stach z Warty nienawidził Żydów i czy ten fakt nie jest czasem zbyt wyolbrzymiony, skoro w swojej „Macimowie” wyraża on dla nich podziw, a nawet wykonał pewien medalion z menorą i pozytywną opinią o nich?
To niezwykle delikatna kwestia. W Chicago przyjaźnił się z artystami żydowskiego pochodzenia. Król Hollywood Ben Hecht był jego największym promotorem, a po powrocie do USA Szukalski aż do śmierci pisał o żydowskiej kulturze z wielkim szacunkiem. Nigdy nie wypowiedział ani jednego słowa przeciwko Żydom. Natomiast w latach 30. w Polsce tak bardzo chciał odbudować „czystą” sztukę słowiańską, że stracił właściwą optykę. Tak się zagalopował w polemikach z krytykami pochodzenia żydowskiego o jego dziełach, tak mocno walczył z lansowanymi w Polsce trendami zachodnimi, że rozlał swoją – jak byśmy dzisiaj powiedzieli – mowę nienawiści na wszystkich Żydów mieszkających w Polsce, przyjmując jednocześnie do swojego szczepu „Rogate Serce” co najmniej dwóch uczniów pochodzenia żydowskiego, w tym syna ubogiego krawca z krakowskiego Kazimierza – Norberta Strasberga. Nie przeszkodziło mu to napisać w tym samym czasie w „Kraku”: „precz z Żydami z Polski!”. Kilka lat później w Niemczech zapłonęły synagogi, a potem niedaleko Krakowa powstało największe miejsce kaźni w historii ludzkości. Jestem pewny, że Szukalski bardzo żałował swoich słów. Spotkała go za to tzw. instant karma. Ci, którzy mówili w Niemczech podobnym językiem, zniszczyli prawie całe jego dziedzictwo, najpierw bombardując jego pracownię, a potem rozstrzeliwując jego rzeźby po wystawie sztuki zdegenerowanej w Katowicach.

Na zakończenie proszę o kilka słów na temat Stacha z Warty. Myślę, że dzięki wyreżyserowaniu filmu „Walka: życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego” jest pan jedną z osób, które mają największą wiedzę na jego temat. Gdyby miał pan przedstawić komuś tego artystę i zachęcić do zainteresowania się nim, to na co zwróciłby pan uwagę? W jaki sposób opisałby pan jego postać i geniusz?
Szukalskiego nie da się określić jakimś słowem, nie da się go zgłębić. Na pierwszym pitchingu (próba przekonania ludzi do projektu filmowego – przyp. red.) w Netflixie porównałem go z Teslą. Szukalski był wizjonerem. Zresztą twórcy nurtu „visionary art”, tacy jak choćby Alex Grey, uwielbiają go. Dla mnie geniusz to stan umysłu pozwalający czerpać z nadświadomości zbiorowej. To nie jest stan człowieka, a raczej zdolność najbardziej wyrafinowanej komunikacji z czymś wyższym. On taką zdolność posiadał, choć czasem ją tracił, próbując walczyć jak polityk. Taką walkę przegrał. Jednak jego dziedzictwo będzie teraz inspirować wielu ludzi o umysłach otwartych na jego sztukę.

Stanisław Szukalski podczas wernisażu w Krakowie w 1936 roku/Wikipedia