Poznaję różne oblicza naszej historii w USA

619
Ostatnia książka Danuty Piątkowskiej "Na antenie polonijnego Radia Rytm w Nowym Jorku" została bardzo dobrze przyjęta przez czytelników / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"Amerykanie szybko zauważyli, że Polacy należą do imigrantów ambitnych, pracowitych i oszczędnych. Dzięki temu zaczęto nas coraz bardziej akceptować. Natomiast dzisiejsze indywidualne kariery i sukcesy Polaków zyskują duże uznanie wśród Amerykanów. Tak więc postrzeganie naszej grupy etnicznej ulegało i cały czas ulega poprawie" – mówi "Nowemu Dziennikowi" dr hab. Danuta Piątkowska, laureatka tegorocznego tytułu Wybitny Polak w USA w kategorii nauka.

Pani Danuto, serdecznie gratuluję tytułu Wybitnego Polaka w USA, przyznanego w bardzo ważnej kategorii, jaką jest nauka.
Dziękuję bardzo. Przyjmuję te gratulacje z pełną skromnością oraz serdecznie dziękuję wszystkim, którzy na mnie głosowali, oraz osobom, które złożyły wniosek nominujący mnie do tego wyróżnienia.

Jak pani zareagowała na wiadomość o tym, że została pani Wybitnym Polakiem w USA?
Ten tytuł jest dla mnie dużą niespodzianką. Wyróżnienie przyszło do mnie w czasie, w którym wszyscy, mniej lub bardziej, jesteśmy wystraszeni pandemią, która ogarnęła cały świat, a my, mieszkający w Nowym Jorku, znaleźliśmy się w jej centrum. Wiadomość o tej nagrodzie trochę podniosła mnie na duchu i uświadomiła mi, że świat się nie kończy na pandemii, oraz że są ludzie, którzy czytają, widzą, analizują i głosują, czyli, że życie toczy się dalej. Moja działalność naukowa również jest kontynuowana, ponieważ pracuję nad nowym projektem. Wyróżnienie to jest dla mnie przypomnieniem, że trzeba robić swoje, na co kiedyś uwagę zwracał także mój mistrz – prof. Andrzej Brożek. Jest również docenieniem mojej pracy.

Pani od dawna postępuje zgodnie z tą sentencją, a efektem tego jest kilka znaczących książek historyczno-polonijnych. Skąd to zainteresowanie Polonią, bo to, że zajmuje się pani sprawami historycznymi, na pewno jest efektem kierunku pani studiów.
To wszystko wykrystalizowało się właśnie podczas moich studiów i związane jest ze wspomnianym prof. Brożkiem, którego tematem zainteresowania były sprawy polonijne. To on jest autorem książki „Polonia amerykańska 1854-1939”. Mój mistrz – gdy już kończyłam studia – ukierunkował mnie na sprawy polonijne i zachęcał do ich badania. Wrócił wówczas z Ameryki z nowymi materiałami do książki „Ślązacy w Teksasie”. Wtedy dodatkowo imponował nam wszystkim, ponieważ byliśmy zamknięci w innym ustroju i takie wyjazdy zagraniczne należały do rzadkości. Dzisiaj, patrząc na to z perspektywy czasu, doskonale rozumiem jego intencję. Wiedział on doskonale z własnego doświadczenia, że dużo tematów dotyczących Polonii jest poza możliwością badawczą jednej osoby. Dlatego też stworzył zespół ludzi i mnie również przekonał do tego tematu. Właśnie tak to się zaczęło i trwa do dzisiaj. W przeszłości dwa stypendia Fundacji Kościuszkowskiej pozwoliły mi konfrontować się w sensie naukowym z Polonią. Tematy te nadal mnie fascynują i jestem świadoma, że ciągle wiele spraw pozostaje poza możliwością badawczą jednej osoby. Zauważam też, że jest coraz mniej ludzi zainteresowanych tym tematem, oraz że jest mniej stypendiów w porównaniu z przeszłością.

Patrząc na pani dorobek naukowy oraz na uzasadnienie tytułu, którym pani została wyróżniona, mówiący o tym, że pani „książki są bezcennym źródłem wiedzy na temat ‚starej’ Polonii w Stanach Zjednoczonych oraz jej wkładu w historię i kulturę Ameryki”, śmiało można powiedzieć, że prof. Brożek miał nosa zachęcając panią do takich badań.
Gdy zajęłam się sprawami Polonii amerykańskiej, mój profesor przerzucił się na tematy dotyczące relacji polsko-niemieckich oraz tamtejszej Polonii. Często też wyjeżdżał na niemieckie uniwersytety z wykładami. Dzisiaj gdybyśmy mieli możliwość porozmawiania – a niestety mój mistrz zmarł kilkanaście lat temu – to na pewno byłaby to ciekawa konwersacja i myślę, że mógłby stwierdzić, że postawił na dobrego konia.

Obecnie jest pani bardzo znaną i szanowaną osobą wśród Polonii i podejrzewam, że to na pewno ułatwia pani pracę i zdobywanie materiałów. Myślę jednak, że na początku nie było to takie proste.
Gdy zaczynałam pisać o Polonii, było to dla mnie bardzo trudne zadanie. Gdy w 1986 r. przyjechałam na pierwsze stypendium, które Fundacja Kościuszkowska przedłużyła mi do półtora roku, to tematem, jakim się wówczas zajmowałam, był Związek Socjalistów Polskich w Ameryce (1900-1914). Było to związane z moją pracą w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu (obecnie Uniwersytet Opolski) i jest także udokumentowane w postaci książki. Temat ten jednak nie otwierał mi drzwi do archiwów i nie ułatwiał pozyskiwania materiałów. Na szczęście życzliwy prof. Feliks Gross stwierdził i doradził mi, że na pewno będzie mi łatwiej jak nie będę mówiła, że badam Związek Socjalistów Polskich w Ameryce, tylko że interesuje mnie sprawa polskich robotników w Ameryce. Tak też zrobiłam i szybko przekonałam się, że prof. Gross miał rację. Prawdą jest też fakt, że osoby, które dysponują archiwaliami, widząc, że ktoś pracuje solidnie, również same pomagają i ułatwiają gromadzenie potrzebnych materiałów. Z biegiem czasu stawało się to dla mnie dużo łatwiejsze i coraz szerzej otwierały się przede mną archiwa. Nawet później, po złożeniu sprawozdania z mojej pracy, Fundacja Kościuszkowska sama zaproponowała mi drugie stypendium. Wówczas rekomendował mnie prof. Wacław Jędrzejewicz oraz wspomniany wcześniej prof. Feliks Gross. Wśród znaczących osób, które spotkałam na mojej amerykańskiej ścieżce, był także prof. Zbigniew Brzeziński, który pomógł mi zostać tutaj na stałe, rekomendując moje starania dotyczące zdobycia odpowiednich dokumentów.

Z pani książek można czerpać wiedzę m.in. na temat tego jak wyglądała i kształtowała się Polonia na przestrzeni wielu lat. Myślę, że jest pani jedną z osób, które mają bardzo dobre rozeznanie w tym temacie. Jak ta Polonia się zmieniała i co miało na to wpływ?
Zmiany i ewolucja, której Polonia podlegała i ciągle podlega, są bardzo duże i najbardziej zauważalne w książce „Polskie kościoły w Nowym Jorku”. Ten temat pozwolił mi zwiedzić miasto i odwiedzić takie miejsca, do których pewnie nigdy bym nie pojechała, ponieważ nie miałabym żadnego powodu. To np. Travis na Staten Island czy też brooklyńskie rejony, w których dzisiaj nie ma już Polaków, a ich miejsce zajęli Afroamerykanie. Na przestrzeni lat te zmiany były ogromne. Z reguły na początku przyjeżdżały grupy ludzi – na ogół niewykształconych – chcące stworzyć sobie tutaj drugą ojczyznę. Zaczynali od budowania drewnianych kościołów, później wznosili murowane świątynie i wnikali w amerykańskie społeczeństwo. Niektórzy naukowcy – z którymi polemizuję – uważają, że to były getta etniczne. Tak też mówił prof. Andrzej Brożek. Ja, po moich wieloletnich badaniach, jestem przeciwnego zdania. Uważam, że to były duże polonijne skupiska, które jednak nie składały się wyłącznie z Polaków. Na Staten Island przy tej samej parafii byli też Włosi, Słowacy oraz Czesi, którzy poprzez tę wspólnotę i wzajemne sąsiedztwo uczyli się Ameryki. W tym procesie poznawczym następowała potężna ewolucja. Pomagały jej także szkoły dla dzieci oraz dla dorosłych, a także czasopisma wydawane w języku polskim, których wówczas było bardzo dużo. Poza tym ludzie ci byli chłonni wiedzy i szybko się przystosowywali do nowych warunków. Gdy dzisiaj pomyślę, że jechali np. do Nebraski czy Detroit, to muszę przyznać, że mieli wielką odwagę, ponieważ oni poruszali się trochę jak ślepcy. Jadąc tak daleko nie mieli takiej wiedzy, jaką my dysponujemy dzisiaj, mając GPS-y i komputery. Jednak pomiędzy nimi szybko przenosiły się informacje, że np. fabryka Forda bardzo dobrze płaci, i tam się udawali, zamiast np. iść pracować do kopalń węgla lub stalowni w Pensylwanii. Ja przedstawiam te sprawy w książce „Droga bez powrotu. Emigracyjny szlak Tomasza Drewniaka”. My mamy wyobrażenie o naszych imigrantach sprzed lat jako o ludziach niewykształconych, analfabetach itp., a jednak oni mieli swoją bystrość umysłu, bardzo dużą możliwość adaptacji i dzięki temu nie tylko szybko ewoluowali, ale także prócz kościołów zakładali wspaniałe Domy Narodowe, polonijne szkoły, które działały prawie przy każdym polskim kościele i miały bardzo dużo uczniów, zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych. Uczyli się szybko, łatwo i wykazywali spryt w dostosowywaniu się do tutejszego życia. Oczywiście były różne generacje, często ich dzieci odchodziły od polskości, do której znów powracało kolejne pokolenie, czyli wnuki. I to się toczy dalej. Świat się szybko zmienia, zresztą Polonia też, a w związku z tym, że nie dostosowano form organizacyjnych do tych przemian społeczeństwa, to z biegiem lat potraciliśmy Polskie Domy Narodowe, których niestety nic nie zastąpiło. Z około 800 polskich parafii pozostała mniej niż połowa. Dlatego dzisiaj mamy pewną pustkę i indywidualność. Nie mamy już dużej zbiorowości oraz siły, która w niej drzemała. Jest natomiast dążenie do indywidualnych karier, które szybko się rozwijają i często są bardzo poważne, zaskakujące i błyszczące różnymi sukcesami.

Polskie Domy Narodowe są naszą bolączką i cały czas znikają, pozostało ich już niewiele. Z kościołami jest nieco lepiej, niektóre radzą sobie całkiem nieźle, ale są też takie, które borykają się z różnymi problemami.
Polskie Domy Narodowe miały jednak większy oddźwięk towarzyski niż parafie. W ostatnich latach dużo się mówi o patriotyzmie. Niedawno mieliśmy stulecie odzyskania niepodległości przez Polskę i należy podkreślić, że wkład Polonii w jej uzyskanie był ogromny. Podobnie było także w przypadku niepodległości Ameryki. Obecnie pracuję nad nowym tematem, który szeroko otwiera moje oczy. Myślę, że jak wyjdzie książka, która powinna być jedną z ciekawszych, to również otworzy oczy czytelników.

Co to za książka? Jaki będzie jej motyw przewodni?
Tematem tym jest udział Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia w armii amerykańskiej podczas pierwszej wojny światowej. W American Expeditionary Forces pod dowództwem gen. Johna Pershinga walczyło ponad 200 tys. Polaków i Amerykanów polskiego pochodzenia. I to jest także konkretny wkład naszej krwi w historię tego kraju. Do tej pory zagadnienie to nie było poruszone, dlatego sprawę polskiego udziału w American Expeditionary Forces chcę uwypuklić w mojej nowej książce. Wielu z tych żołnierzy zginęło na froncie. Dla porównania w Błękitnej Armii było nieco ponad 20 tys., z kolei w Legionach było ok. 16 tys. Aktualne pracuję nad superciekawymi dokumentami, którymi są karty pochówków. Po ich przeanalizowaniu będę dokładnie wiedziała, ilu żołnierzy zginęło oraz ilu zostało na amerykańskich cmentarzach w Europie. Takich nekropolii było sześć we Francji oraz po jednej w Anglii i Belgii. Na jednym z cmentarzy we Francji jest ponad 14 tys. grobów, w których leży także wielu polskich żołnierzy. Tak więc włożyliśmy największą ofiarę w historię Stanów Zjednoczonych. Myślę, że to przypieczętowuje związek dwóch krajów w sposób bolesny i trwały.

Dr hab. Danuta Piątkowska prezentowała na spotkaniu w Konsulacie Generalnym RP książkę dr Anitty Maksymowicz pt. „Agnieszka Wisła i działalność Polek w Ameryce na rzecz ochotników i weteranów Błękitnej Armii” / Foto: ARCH. D. PIĄTKOWSKIEJ

Czyli przy okazji tej nowej książki zmieniła pani nieco kierunek działania. To już nie są tylko relacje pomiędzy Polonią i Polską, tylko zależności łączące Polonię z Ameryką.
Te tematy wychodzą w trakcie pracy. Kiedy pisałam o polskich kościołach w Nowym Jorku, to w różnych świątyniach zauważyłam np. skromne marmurowe tablice czy jakieś pomniki poświęcone tym, którzy zginęli podczas pierwszej wojny światowej. Odnotowałam to w książce „Polskie kościoły w Nowym Jorku”, ale później zainteresowałam się tym nieco bardziej. Pomyślałam, że może są jakieś podobne pomniki w mieście. I faktycznie one były, i nadal istnieją. Wszystkie już odnalazłam. Początkowo chciałam skupić się na mieście i stanie Nowy Jork, ale doszłam do wniosku, że warto zająć się tym tematem w nieco szerszym kontekście wskazując na mocne związki dwóch krajów, na nasze relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Żołnierze ci na ogół wrócili do Ameryki, i to zarówno ci, którzy ocaleli, jak i ciała tych, którzy polegli, ale pewna ich część została na europejskich cmentarzach. Niektóre ciała, jeżeli np. rodzina sobie tego życzyła, wróciły na rodzinne cmentarze w Polsce.

Kiedy możemy się spodziewać tej książki?
Do jej wydania jest jeszcze długa droga. Każda książka zabiera mi kilka lat mojego życia i staje się jego częścią. „Polskie kościoły w Nowym Jorku” zajęły mi cztery lata. W tym przypadku myślę, że zajmie mi to około 2-3 lat.

Dzięki swojej pracy, a zwłaszcza tej związanej z najnowszą książką, na pewno ma pani duży kontakt i prowadzi rozmowy z Amerykanami. Jak, pani zdaniem, Polacy byli i są postrzegani przez nich na przestrzeni dziesiątków lat czy nawet ostatniego wieku?
Na początku – o czym chyba wszyscy wiedzą – Polacy byli postrzegani poprzez tzw. polish jokes, co na pewno nie było dla nas korzystne. Jednak skoro proboszcz parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie, ks. prałat Feliks Burant, gdy się tam pojawił i stworzył specjalny regulamin, w którym napisał, żeby m.in. nie myć się wodą święconą znajdującą się w specjalnym pojemniku, żeby nie pluć na posadzkę, że mężczyzna musi zdjąć kapelusz wchodząc do świątyni, oraz żeby nie odwracać „ócz” (pisownia oryginalna), gdy zbierana jest kolekta, to faktycznie różnica pomiędzy społeczeństwem amerykańskim w tamtym czasie (koniec XIX i początek XX w.) a osobami wywodzącymi się spod zaborów była bardzo duża i sięgała kilku dziesięcioleci. To wszystko stopniowo się zmieniało i zaczęto nas postrzegać zdecydowanie lepiej. Amerykanie szybko zauważyli, że Polacy należą do imigrantów ambitnych, pracowitych i oszczędnych. Dzięki temu zaczęto nas coraz bardziej akceptować. Natomiast dzisiejsze indywidualne kariery i sukcesy Polaków zyskują duże uznanie wśród Amerykanów. Tak więc postrzeganie naszej grupy etnicznej ulegało i cały czas ulega poprawie. Jest coraz lepiej. Myślę również, że dodatkowym czynnikiem tego, jak jesteśmy tutaj odbierani, jest to, jak sami sobie radzimy w naszym kraju. Świetnym przykładem, o którym chyba wszyscy wiemy, jest nasz papież św. Jan Paweł II, który wraz z prezydentem Ronaldem Reaganem i Michaiłem Gorbaczowem wpłynął na zmianę geopolityki w Europie. W tym czasie Polacy byli bardzo popularni, a zmiany w naszym kraju fascynowały Amerykanów. Wówczas także wszyscy rozpoznawali Lecha Wałęsę. I to zainteresowanie ma także odbicie wówczas, gdy sytuacja w Polsce zmienia się na nieciekawą. Amerykańska prasa od razu pisze wtedy negatywnie o naszym kraju. Nie zawsze też urzędnicy na najwyższych szczeblach pomagają nam w utrzymaniu i podnoszeniu prestiżu w Stanach Zjednoczonych. Tak więc zachowanie Polaków w naszym kraju również bardzo wpływa na to, jak nas tutaj postrzegają.

Czyli prócz naszych zachowań również bardzo ważny jest przekaz medialny.
Oczywiście ma on bardzo duże znaczenie, podobnie jak wzajemne wizyty ważnych urzędników i spotkania na wysokim szczeblu politycznym. One pomagają lub też nie w tym, jak Amerykanie nas odbierają. To jest takie naczynie połączone.

Napisała pani kilka bardzo znaczących książek o Polonii. Podejrzewam, że niejednokrotnie musiała pani pokonać różne trudności, by zdobyć konkretne materiały. Z czym miała pani najwięcej problemów?
Trudności zawsze się pojawiają. Jeżeli człowiek chce coś zrobić, to przed przystąpieniem do działania powinien mieć świadomość, że będzie musiał pokonywać trudności i przeskakiwać przez progi, czasem nawet bardzo wysokie i wydające się nie do przeskoczenia. Przy każdej z moich książek napotkałam na pewne trudności. Było ich wiele i były bardzo zróżnicowane. Przy „Polskich kościołach w Nowym Jorku” musiałam przekonać księży do moich planów, co nie było dla mnie łatwym zadaniem. Na szczęście udało mi się pokonać tę trudność. W tym kontekście muszę wspomnieć zmarłego przed kilku laty ks. prałata Piotra Żendziana, którym był wtedy szefem Apostolatu Polskiego. On zainteresował się tym tematem i zaprosił mnie na spotkanie ze wszystkimi polskimi księżmi, podczas którego miałam możliwość przedstawienia mojego projektu. Widziałam wówczas na twarzy wielu z nich zdziwienie moim projektem. Jednak po kilku takich spotkaniach, na których składałam merytoryczne sprawozdania, zaczęło się to zmieniać i powoli księża zaczęli ze mną współpracować. Jednak na jednym ze spotkań musiałam się poskarżyć na pewnego proboszcza z parafii św. Wojciecha na Bronksie, który nie tylko był nieżyczliwy, ale także bardzo agresywny, i mnie oraz fotografa Wojciecha Kubika pogonił laską. Z kolei inny ksiądz nie udostępnił mi żadnego miejsca do przeglądania ksiąg parafialnych. Po tej interwencji wszystko się zmieniło. Inną trudnością są fundusze. Z pieniędzmi na wydanie kolejnych książek zawsze były problemy. Dlatego też za każdym razem musiałam szukać sponsorów i wręcz żebrać o wsparcie, co dla mnie było najgorszą częścią mojej pracy. Jestem jednak optymistką i ufam, że jak sumiennie robi się i realizuje swoje plany, to ludzie przyjdą z pomocą. I w moim przypadku zawsze tak było. Pragnę wskazać w tym kontekście na przychylność Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej Okręgu 2. i podziękować za finansową pomoc w celu wydania moich książek. Obecnie łatwiejsze jest dotarcie do dokumentów. Zauważam to przy pracy nad moją najnowszą książką, gdzie często korzystam ze zdigitalizowanych dokumentów i archiwów, do których łatwo jest dotrzeć. Nie wiem jeszcze, jak będzie wyglądała sytuacja ze zdjęciami z archiwów narodowych, i czy będę musiała za nie płacić, bo przy książce „Droga bez powrotu. Emigracyjny szlak Tomasza Drewniaka” każda fotografia kosztowała mnie 100 dol. Przykłady i problemy przy wcześniejszych książkach uodporniły mnie na wszelkie trudności. Należy zawsze wierzyć, że się je pokona, tym bardziej że nigdy nie wiemy, skąd pojawi się pomocna dłoń. Powrócę przy tej okazji jeszcze raz do problemów w kościele św. Wojciecha na Bronksie, którego patronem jest też św. Walenty. Pomyślałam, że właśnie ten patron musi mi pomóc. Pojechałam tam na mszę w okresie Bożego Narodzenia, a po jej zakończeniu porozmawiałam z kilkoma parafianami oraz przedstawiłam im mój pomysł. Okazało się, że te osoby, które wtedy poznałam, miały fantastyczne dokumenty w swoich domach i umówiły się ze mną na kolejne spotkanie. Wówczas otrzymałam od nich wiele bardzo ciekawych materiałów. Uznałam wtedy, że to był dla mnie dar Trzech Króli, bo to właśnie miało miejsce podczas tego święta.

Danuta Piątkowska: „Każda moja książka jest inna i dzięki temu poznaję różne oblicza naszej historii w Stanach Zjednoczonych” / Foto: ARCH. D. PIĄTKOWSKIEJ

„Polskie kościoły w Nowym Jorku” to jedna z dwóch pani książek, które dla mnie mają bardzo duże znaczenie. A to dlatego, że często z niej korzystam jeżeli piszę o czymś, co związane jest z historią Polonii. Ktoś, kto jej nie czytał, zapewne nie wie, że nie dotyczy ona tylko tego, co działo się w danej parafii, ale opisuje również życie okołoparafialne. Pod tym względem jest to prawdziwa skarbnica wiedzy.
Żeby urozmaicić i zróżnicować tę książkę, postanowiłam szeroko opisać nie tylko polskie kościoły, ale także życie parafian, pokazać, co robili, jak sobie radzili, jakie biznesy prowadzili itd. Czasem były to bardzo ciekawe wątki, a docierałam do nich dzięki różnym jubileuszowym księgom i dokumentom. Dzisiaj mam bardzo duży zbiór starych biuletynów parafialnych sprzed 70, 80, a nawet 100 lat i nawet zastanawiam się, komu je przekazać do archiwum.

Drugą książką, do której czuję duży sentyment, jest pani ostatnie wydawnictwo „Na antenie polonijnego Radia Rytm w Nowym Jorku”. Jest ono związane nie tylko z działalnością tej rozgłośni, w której również pani się udzielała, i w programie „Tak było” przekazywała wiedzę na temat historii Polonii, ale także zawiera wiadomości dotyczące wielu ważnych osób i faktów z życia naszego społeczeństwa. Czuję również duży sentyment do tego programu, ponieważ po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych to właśnie on był dla mnie źródłem wiedzy na temat Polonii i życia imigrantów w Ameryce. Tak więc po pierwsze – dziękuję za tę audycję i cenne wiadomości, a po drugie – proszę powiedzieć, w jaki sposób trafiła pani do radia i jak pani wspomina tę przygodę z mikrofonem?
Zanim odpowiem na to pytanie, to wcześniej pragnę podziękować panu za pomoc i wkład do tej książki. Pan mi bardzo pomógł w końcowym etapie jej tworzenia udostępniając mi świetne zdjęcia z dokładnym opisem. Również podczas moich pobytów w radiu miałam z panem bardzo owocny kontakt, za co również bardzo dziękuję. Przy okazji chcę podkreślić, że pańskie muzyczne audycje były fantastyczne, były prowadzone profesjonalnie i z wdziękiem, i zawsze z przyjemnością ich słuchałam. Ja w Radiu Rytm znalazłam się przypadkowo, chociaż generalnie uważam, że nie ma przypadków. Wszystko zaczęło się 8 grudnia 2002 r. w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie podczas promocji mojej książki „Polskie kościoły w Nowym Jorku”. Wzięło w niej udział aż 150 osób, co wcześniej było czymś niespotykanym. Wśród nich była także nieznana mi wówczas Renata Krasoń, która po oficjalnej części spotkania przedstawiła mi się i zaprosiła mnie do radia na jedną lub dwie audycje dotyczące mojej książki. Nie miałam wcześniej żadnego radiowego doświadczenia, ale zgodziłam się, by wziąć udział w takiej audycji. To wszystko było transmitowane na żywo, co dla mnie, jako osoby początkującej, było dodatkowym utrudnieniem. Jednak wszystko poszło nam dobrze i pani Renata zaprosiła mnie na drugi program, a później zaproponowała stałą 40-minutową audycję. Okazało się bowiem, że mój głos jest odpowiedni, co w radiu jest bardzo ważne, oraz że wiadomości, które przekazywałam, były interesujące. W ten sposób już w styczniu 2003 r. rozpoczęłyśmy wspólnie prowadzić program „Tak było”. Po roku, gdy radio zrobiło sondaż wśród słuchaczy, audycja ta uzyskała bardzo wysokie notowania. Program prowadziłyśmy przez sześć lat. Chcę podkreślić, że z mojej strony była to praca pro publico bono. Nie otrzymywałam za to ani jednego centa i robiłam to z przyjemnością, mimo że musiałam dodatkowo poświęcić czas na przygotowanie tematu. W programie tym prezentowałam historię Polonii w różnych kontekstach, a także zapraszałam gości, którzy opowiadali o niej sami. Byli to ludzie mniej lub bardziej znani, ale zawsze związani ze środowiskiem polonijnym. Opowiadali o swoich doświadczeniach, o swojej pracy itd. Audycja cieszyła się dużym powodzeniem i pojawiała się na żywo w soboty przed południem, a w poniedziałki o północy była powtarzana. Bywając w Radiu Rytm zauważyłam, że nikt tam niczego nie dokumentował, a Renata Krasoń, która świetnie się w tym radiu spisywała, powiedziała mi, że niestety nie było na to pieniędzy ani też nie miał się tym kto zająć, ponieważ – jak pan doskonale wie – osoby tam pracujące miały na głowie bardzo dużo obowiązków. W związku z tym w pewnym momencie poprosiłam ją, żeby mi nagrywała te audycje, przez co teraz mam zarchiwizowanych kilkaset programów. Po kilku latach przypomniałam sobie o tych nagraniach i początkowo stwierdziłam, że najprawdopodobniej już się zdezaktualizowały. Odsłuchałam kilka z nich i uznałam, że jednak poruszane tematy ciągle są aktualne, oraz że wypowiadali się w nich świetni ludzie. Doszłam do wniosku, że warto to utrwalić w formie pisanej. Zrobiłam pewną selekcję audycji, spisałam je, co było bardzo pracochłonnym i czasochłonnym zajęciem, ale dzięki temu powstał materiał na książkę, która pokazuje nas nieco inaczej. Niektórzy z moich rozmówców już umarli, jak np. prof. Krystyna Olszer, więc utrwalenie spotkania z nią okazało się bardzo ważne. Dodatkowo udostępniłam głosy osób, które pojawiały się w programie „Tak było”, ponieważ do książki „Na antenie polonijnego Radia Rytm w Nowym Jorku” dołączona jest płyta z dźwiękowym zapisem audycji. Dlatego można sobie w każdej chwili posłuchać tych programów. Wiem od wielu osób, że mimo upływu czasu te audycje nadal się podobają. Książka została wydana dzięki pomocy mojej siostry, prof. dr hab. Wiesławy Piątkowskiej-Stepaniak. Ona zawsze jest dla mnie taką siłą wspomagającą. Gdy był już gotowy materiał i trzeba było szukać pieniędzy na wydanie książki, a ja nie miałam już sił, żeby szukać sponsorów, to ona stwierdziła, żebym się nie poddawała, ponieważ zawsze jest jakieś wyjście. Dzięki jej staraniom wydał ją Uniwersytet Opolski. Nakład był nieduży i praktycznie książka już się sprzedała. Ostanie dwa lub trzy egzemplarze są jeszcze do zdobycia w księgarni Polonia na Greenpoincie.

Prócz wartości historycznej i zawartości merytorycznej książka jest także pięknie wydana i wydrukowana na bardzo dobrym papierze. To na pewno też miało wpływ na jej atrakcyjność.
Zawsze gdy tylko mam wpływ na to, w jaki sposób moje książki są wydawane, to staram się, by wyglądały elegancko, by miały twardą okładkę i były wydrukowane na dobrym papierze. Nie miałam tej możliwości przy książce „Wyspa wiary”, ponieważ ówczesny proboszcz parafii św. Biskupa i Męczennika na Manhattanie Krzysztof Wieliczko obiecał, że tak będzie, a później na żądanie rady parafialnej musiał ograniczyć koszty. Dla mnie sposób wydania książki jest bardzo ważny, ponieważ jest to także pewna forma przekazu. Uważam, że ładne wydawnictwa chętniej się bierze do ręki.

Na zakończenie proszę powiedzieć, skąd bierze pani tematy do kolejnych książek oraz energię do ciężkiej pracy związanej z gromadzeniem materiałów oraz ich późniejszą analizą?
Tematy same do mnie przychodzą i pozwalają mi rozwijać siebie. Każda moja książka jest inna i dzięki temu poznaję różne oblicza naszej historii w Stanach Zjednoczonych. Dlatego też nie powielam się i nie nudzę przy pracy. Natomiast energię daje mi moja rodzina, której gorąco za to dziękuję. Moja siostra, brat i szwagier, który także jest dziennikarzem, bardzo mnie wspierają w tym, co robię, i dodają otuchy w chwilach zwątpienia. Również przyjaciele są mi bardzo przychylni i pomocni oraz zachęcają mnie do dalszej pracy. Poza tym to wyróżnienie, które teraz otrzymałam, świadczy o tym, że jednak są ludzie, którzy się interesują wiadomościami na temat naszej historii w USA.