Pracujący emeryci

815
Tradycyjne emerytury, gwarantujące stałą roczną sumę, często zastępowane są planem 401(k) lub w ogóle likwidowane/WIKIMEDIA.ORG

Poziom bezrobocia w USA jest obecnie najniższy od 60 lat, a procent zatrudnionych, którzy osiągnęli wiek emerytalny, bije kolejne rekordy. Czyżby starsi Amerykanie tak kochali swoją pracę, że zamiast wylegiwać się w cieniu florydzkich palm, wolą zrywać się bladym świtem i biec do fabryki czy biura? Nic z tych rzeczy.

Jedną z głównych przyczyn pracy seniorów jest zanikanie tradycyjnych emerytur, gwarantujących stałą roczną sumę, często zastępowanych planem 401(k) lub w ogóle likwidowanych. Prawie połowa zatrudnionych w sektorze prywatnym – około 58 milionów – w 2018 roku nie miała funduszu emerytalnego oferowanego przez firmę. Z tych, które istniały, połowa zniknęła w ciągu 10 lat.

Kryzys miał swoje korzenie w końcu lat 70. i na początku 80., kiedy deregulacje stały się wiodącą formą amerykańskiej polityki ekonomicznej.
Deregulacja spowodowała zwiększenie konkurencyjności, co zmusiło firmy do cięć kosztów. Wiele z nich użyło to jako pretekstu do zaprzestania finansowania pracowniczych planów emerytalnych.

I niemal od razu zaczęła spadać lawina, która osuwa się do dziś, nabierając tempa i pochłaniając coraz więcej ofiar.

Jedną z nich jest weteran wojny wietnamskiej Butch Lewis, który w dużej firmie transportowej pracował 40 lat i w 2014 roku przeszedł na emeryturę. Pobierana co miesiąc wypłata pozwalała na w miarę komfortowe życie. Fundusz emerytalny związków zawodowych, do których należał – Teamsters – był administrowany przez Central States Pension Fund, jeden z największych tego typu zarządców w kraju. Ulokowany był w akcjach giełdowych. Recesja w latach 2001 i 2008 spowodowała drastyczny ich spadek. W 2010 roku, aby ratować tonący fundusz, firma poprosiła pracowników, żeby zaaprobowali obniżkę płac.

Kierowcy zgodzili się na 15-procentowe cięcia w zamian za hojniejszy pakiet emerytalny. W 2015 roku, będąc już na zasłużonym odpoczynku, Lewis dowiedział się, że dyrektorzy zarządzający funduszem wystąpili do Departamentu Skarbu o obcięcie świadczeń byłych pracowników o 50 procent. Dotyczyło to 273 tys. osób. Teamsters przyjechali do Waszyngtonu, protestując przeciwko krzywdzącej ich decyzji. Zestresowanemu Lewisowi ciśnienie podskoczyło do alarmującego poziomu, co w końcu doprowadziło do małego wylewu. Podczas kolejnego protestu w stolicy doznał rozległego wylewu i… zmarł. Miał 64 lata.

Departament Skarbu nie zgodził się na cięcia, więc w 2025 roku fundusz będzie niewypłacalny, chyba że poczynione zostaną drastyczne ruchy, którymi pewnie będą proponowane wcześniej obniżki.

Gdyby ktoś pomyślał, że pozbawiające godziwej egzystencji „zabijane” na pniu plany emerytalne pracowników sektora prywatnego są niechlubną regułą, będą w błędzie. Zatrudnieni przez wielkie korporacje doznają podobnych krzywd.

Przykład pierwszy z brzegu. Gigant telefoniczny Bell w latach 90., wraz z całym przemysłem telekomunikacyjnym, wymknął się regulacjom prawnym, co pozwoliło mu na „wolną amerykankę” zarówno w sprawach biznesowych, jak i socjalnych. Przekształcony w Verizon, znakomicie prosperujący, zdecydował, że zasiłki pracownicze obróci w korporacyjne zyski. Tym jednym posunięciem, dewastującym życie dziesiątków tysięcy ludzi, zaoszczędził 9,5 miliarda dolarów.

I tak śmierć emerytur ogarnia cały kraj. Pracownicy administracji miejskich też nie są oszczędzani. Gdy w 2014 roku Detroit ogłosiło bankructwo, nie tylko zatrudnionym w tym czasie obcięto 30 procent świadczeń, ale także odebrano znaczną część będącym już na emeryturze.

Jeżeli jednak mogłoby się wydawać, że upadające miasto jest wyjątkiem, to jednak nim nie jest. Harrisburg w Pensylwanii w 2011 roku ubiegał się o upadłość, podobnie Portoryko w 2017. Nawet jednemu z najlepiej rozwijających się ekonomicznie miast w kraju – Dallas – w roku 2016 groziło bankructwo z powodu upadku systemu emerytalnego. Z tych samych względów Nowy Jork i Chicago borykają się z ogromnymi deficytami.

Co więc robią emeryci? Wracają do pracy. Nie wracają na stanowiska, które opuścili, bo te albo są zlikwidowane, albo zajęte przez młodych. Przyjmują mało płatne, bez świadczeń prace, żeby przeżyć do końca miesiąca. Jak się czują w tej roli? Jak świeżo przybyli, nielegalni imigranci, którym nikt nie pomoże i których nikt nie potrzebuje.