Proszę czekać, lekarz zaraz przyjdzie…

Dział "Młodzi piszą", który ukazuje się co dwa tygodnie, redaguje Kaya Wald, uczennica 11 klasy w szkole Le Lycee Francais de New York.

156

Ilekroć źle się poczuję, szkolna pielęgniarka natychmiast wręcza mi zimny kompres, mama twierdzi, że zbyt wiele czasu “siedzę na telefonie”, a WebMD.com utrzymuje, iż doświadczyłam właśnie ataku serca.

Szczerze mówiąc, medycyna jest dużo bardziej skomplikowana, a postępujący proces technicyzacji naszej biologicznej egzystencji szybko zmienia świat. Setki lat temu Grecy wierzyli, że tajemnica dobrego zdrowia leży w równowadze „czterech elementów”. W średniowieczu lekarze myśleli, że otwarcie rany i „upuszczenie złej krwi” pomoże wyzdrowieć.

Obecnie technologia stała się prostą alternatywą dla domowej wizyty lekarza, czy to poprzez strony internetowe, oferujące szybką diagnozę, czy 24-godzinną aptekę. Jednak wciąż poszczególni pacjenci, a nawet całe społeczeństwa, pełni są medycznych zagadek, a dzisiejszy lekarz bardzo różni się od medyka z przeszłości. Jaka jest największa zmiana? Trudno uwierzyć, ale wygląda na to, że współczesna medycyna zupełnie zdystansowała pacjenta od lekarza.

Około 400 r. p.n.e. w starożytnej Grecji nieprzeciętnymi lekarzami byli znawcy filozofii. Jednym z najwybitniejszych był myśliciel Hipokrates. Rozwinął on ideę czterech elementów cielesnych, tzw. humorów, nierozłącznych z elementami środowiska: ziemią, wodą, powietrzem i ogniem. Ich równowaga symbolizowała dobre zdrowie. Starożytni Grecy traktowali tę myśl dość poważnie, bo kiedy ktoś był chory, to lekarz, rodzina i przyjaciele składali ofiary bogom, modląc się o równowagę „humorów”.

Tak więc religia był ściśle powiązana z medycyną, a lekarz z pacjentem. Podobnie było w średniowiecznej Europie, kiedy to duchowni zaangażowani byli w niesienie pomocy chorym. Gdy ktoś poczuł się źle, to wspólna modlitwa, obok eliksiru, była główną nadzieją powrotu do zdrowia. Nawet przedstawiciele najstarszej szkoły włoskich medyków z Salerno nalegali, by lekarz, prócz rozmowy z chorym, rozmawiał z jego otoczeniem, „by nabyć o pacjencie wiedzę, zaimponować mu i pozyskać w taki sposób jego zaufanie”.

W późniejszych wiekach było, niestety, tylko gorzej. Kiedy pierwsi lekarze epidemiolodzy – Piotr Umiastowski, Thomas Sydenham, James Lind czy Edwin Chadwick – zaczęli rozpowszechniać informacje o znaczeniu higieny i edukacji medycznej, następowało to zbyt wolno, a wiarygodni lekarze nie byli szeroko dostępni, bo tylko bogaci mogli pozwolić sobie na ich usługi. Nie dziwi więc fakt, że w XVII wieku średnia długość życia, np. w Anglii, wynosiła tylko 40 lat (New England Historic Genealogical Society).

Od końca XX wieku słowo „lekarz” przywołuje nieco inne obrazy. Dzisiaj dwa z nich są dominujące. Jeden obraz to lekarz pracujący w przychodni, która wymaga od niego przed postawieniem diagnozy niekończącej się pisemnej dokumentacji. Wizyta pacjenta przypomina zdecydowanie bardziej rozmowę z „sekretarką” niż z lekarzem. Wejście do gabinetu kończy się szybkim badaniem, ponieważ 15-minutowa wizyta właśnie dobiega końca. Drugi obraz współczesnych lekarzy dotyczy „lekarzy celebrytów”, takich jak np. Doktor Oz. Ponieważ diagnozy i porady przekazywane są w telewizji, lekarze ci zaspokajają potrzeby publiczności, a nie pacjenta. Pacjent staje się więc obiektem poddanym kontroli. W rzeczywistości lekarze ci specjalizują się bardziej w rozrywce niż w medycynie. Diagnozę stawiają scenariusz programu i „polubienia”, a nie faktyczne symptomy choroby.

Ponieważ wizyta u lekarza przerodziła się w biurokrację i biznes, przyczyniając się do ciągłego wzrostu bogactwa koncernów medycznych, w tym ubezpieczalni, praktycznie żadne indywidualne relacje z lekarzami nie istnieją. Fakt, że dobre zdrowie jest niezbędne do szczęścia, przypomina nam, że musimy być wdzięczni opiekuńczym lekarzom, którzy gdzieś jeszcze są i nadal służą nam, biologicznym pacjentom, dobrą radą, zgodnie z przysięgą Hipokratesa czy przyrzeczeniem lekarskim.