Przeżycia scementowały naszą kapelę

40-lecie zespołu Dżem

293
Beno Otręba jest basistą zespołu Dżem oraz jego współzałożycielem / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/ NOWY DZIENNIK

"Rodzina się nie rozpada, gdy ktoś z jej członków umiera, tylko konsoliduje się jeszcze bardziej" – podkreśla Beno Otręba, basista i współzałożyciel Dżemu, wspominając trudne chwile zespołu po śmierci charyzmatycznego wokalisty, jakim był Ryszard Riedel.

Zespół Dżem świętuje w tym roku 40-lecie swojego istnienia, jednak jego powstanie datowane jest na rok 1973. W takim razie, od kiedy, lub od jakiego wydarzenia, rozpoczęła się wasza profesjonalną działalność?
Od pierwszych poważnych spotkań i występów. Oczywiście wcześniej graliśmy amatorsko, a także na tzw. fajfach, ponieważ wtedy nie było jeszcze dyskotek, a ludzie chętnie bawili się przy muzyce granej na żywo. Wówczas prezentowaliśmy różne covery i docieraliśmy się muzycznie. Autorskie kompozycje i własne pomysły na muzykę pojawiły się nieco później, pod koniec lat 70. Wtedy wszystko zaczęło się krystalizować i coraz bardziej rajcowało nas tworzenie swoich rzeczy, ponieważ każdy z nas miał jakieś ciekawe pomysły. W 1979 roku zaczęliśmy już prezentować własne utwory i dlatego ta data jest dla nas bardzo znacząca.

Przy czym pod koniec lat 70. bawili się ludzie? Jakie covery najchętniej graliście na fajfach?
To najczęściej były przeboje rockowo-bluesowe. Chętnie graliśmy utwory takich wykonawców, jak: Joe Cocker, Free, Cream, Santana itp. Sięgaliśmy po to wszystko, co wtedy udało nam się usłyszeć, ponieważ wówczas nie było internetu i łatwego dostępu do muzyki. Fascynowaliśmy się tym, jaką płytę udało nam się zdobyć.

Gracie już 40 lat i ciągle zyskujecie nowych fanów. Na waszych koncertach pojawiają się kolejne pokolenia słuchaczy. Co szczególnego jest w waszej muzyce, że fascynuje ludzi niezależnie od ich wieku?
Przede wszystkim bardzo nas to cieszy, podobnie jak fakt, że wytrzymaliśmy ze sobą tyle lat i nadal chcemy razem grać, a to w innych grupach bywa różnie. Być może nie mamy łatwych charakterów, ale jednoczy nas tworzenie muzyki i wspólne granie dla ludzi. My nie robimy żadnych wydumanych rzeczy, gramy prostą muzykę, ale opartą na emocjach, i być może to właśnie ludziom się podoba. Ważne są także teksty, które również nie są górnolotne, ale opisują relacje między kobietą a mężczyzną, co symbolicznie wyraża nasze logo zaczynające się od strzałki i kończące się odwróconym krzyżem (jak w symbolu Marsa i Wenus – przyp. WM). W dodatku są one podane w klarowny i prosty sposób jako piosenki o życiu.

Wiele z nich weszło do kanonu utworów wykonywanych przy okazji różnych imprez, a także chętnie śpiewanych podczas spotkań przy ogniskach czy też w trakcie turystycznych wyjazdów. Niewiele zespołów może się tym poszczycić.
Bardzo nas to cieszy i myślę, że jest to związane z tym, że piosenki te tworzymy z jednej strony dla własnej satysfakcji, a z drugiej po to, by zainteresować nimi ludzi. I to ciągle nam się udaje osiągać.

Okazuje się, że wasze przeboje sięgają zdecydowanie dalej niż tylko do grona waszych fanów, ponieważ zainteresowali się nimi także muzycy zespołu Metallica. Jak zareagowałeś na wiadomość o tym, że grupa ta wykonała wasz przebój „Wehikuł czasu” podczas koncertu w Krakowie?
Byłem w szoku. Akurat w tym dniu byłem na chrzcinach mojego wnuczka. W pewnym momencie zadzwonił do mnie znajomy i zapytał, czy jestem może na koncercie w krakowskiej Tauron Arenie. Odpowiedziałem mu, że nie, jestem na rodzinnej imprezie. Wtedy powiedział mi, żebym posłuchał, co się tam dzieje i usłyszałem w słuchawce, jak Metallica śpiewa nasz przebój, a wraz z nią cała publiczność. Było to niesamowite przeżycie. A jeszcze większy szok przeżyłem, gdy zobaczyłem i usłyszałem to wykonanie zamieszczone przez Metallicę na ich stronie internetowej.

Czy próbowaliście się dowiedzieć, dlaczego Metallica sięgnęła akurat po wasz przebój?
Wiem, że oni chcieli zagrać coś polskiego i ich menedżer postarał się o kilka płyt polskich wykonawców, by mogli ich posłuchać. Nie wiem, jakich zespołów jeszcze słuchali ani ile ich było, ale cieszymy się bardzo, że wybrali właśnie „Wehikuł czasu”.

Beno Otręba (z prawej) oraz jego brat Adam podczas jubileuszowego koncertu w Melrose Ballroom na Queensie / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/ NOWY DZIENNIK

W ciągu 40-lat istnienia Dżemu w waszym zespole wiele się działo, przeżywaliście różne etapy, które na pewno miały wpływ na waszą działalność, tym bardziej że zmianie ulegali m.in. wokaliści. Który z tych etapów był najciekawszy i najważniejszy?
Na pewno było wiele takich momentów, ale wśród nich były także chwile trudne i tragiczne. Takim momentem na pewno była śmierć Ryśka Riedla. Postanowiliśmy jednak grać dalej, ponieważ uznaliśmy, że jesteśmy pewną rodziną, a nie zespołem koniunkturalnym. Rodzina się nie rozpada, gdy ktoś z jej członków umiera, tylko konsoliduje się jeszcze bardziej. To nam pozwoliło przetrwać ten trudny okres, bo wtedy jeszcze bardziej sobie uświadomiliśmy, jak bardzo ważna jest dla nas muzyka.

A jak publiczność odbierała kolejnych wokalistów – najpierw Jacka Dewódzkiego, a później Maćka Balcara, który śpiewa z wami do dziś?
Nie było to takie proste. Za każdym razem zaczynaliśmy jakby od nowa. Po śmierci Ryśka część publiczności przestała przychodzić na nasze koncerty, a inni zaczęli nas obserwować i czekali, co dalej będzie się działo, i jak potoczą się nasze losy. Niektórzy przekreślali nas od razu, ale byli również tacy, którzy nam kibicowali i nas wspomagali. Był to dla nas niezwykle trudny okres i bardzo przeżywaliśmy każdy sukces i porażkę. Wówczas bywało różnie, jednak udało nam się zagrać wszystkie zaplanowane koncerty, i na każdym z nich było sporo publiczności. Te przeżycia bardzo scementowały naszą kapelę, dzięki czemu działamy do tej pory.

Czy prócz jubileuszowej trasy koncertowej szykujecie jeszcze jakieś niespodzianki dla fanów? Pytam o to, ponieważ 35-lecie uwieczniliście na koncertowym albumie, w dodatku od wydania waszej ostatniej studyjnej płyty minęło już 9 lat.
Na pewno coś się ukaże, tym bardziej że mieliśmy niezwykły koncert urodzinowy w katowickim Spodku, który był wypełniony do ostatniego miejsca. Był to świetnie zrealizowany występ i cieszymy się, że praktycznie wszystko zrobiliśmy własnym sumptem. Co prawda udało nam się pozyskać na to fundusze, ale zarówno pomysł na koncert oraz wszelkie sprawy z nim związane były robione przez nas. Na pewno ukaże się on na DVD oraz na płycie kompaktowej i być może nawet na winylu.

A jeżeli chodzi o nową płytę?
O takiej też myślimy. Każdy z nas ma na nią jakieś pomysły, a nawet na próbach już trochę pracowaliśmy nad nowymi piosenkami. Jednak w związku z 40-leciem postanowiliśmy się skoncentrować nad tym jubileuszem. Po jego zakończeniu, gdy już opadną urodzinowe emocje,  na pewno zabierzemy się za nową płytę.

Dżem podczas jubileuszowego koncertu w Melrose Ballroom na Queensie. Od lewej: Adam Otręba (gitara), Beno Otręba (gitara basowa), Maciej Balcar (wokal), Jerzy Piotrowski (perkusja), Janusz Borzucki (klawisze) i Jerzy Styczyński (gitara) / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/ NOWY DZIENNIK