Przyjaciele uświadomili mi, że warto żyć

529
Stan Borys marzy o powrocie na scenę / Foto: JERZY STALEGA

"Ciągle czekam na powrót mojego głosu i wiem, że jest to dla mnie jeszcze długa podróż, ale mam nadzieję, że do tego dojdzie" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Stan Borys, który od niedawna przebywa w Nowym Jorku.

W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy przeszedł pan bardzo poważną chorobę i okres rekonwalescencji. Cieszę się bardzo, że udało się panu nie tylko stanąć na nogi, ale także odzyskać kondycję umożliwiającą przyjazd do Nowego Jorku. Jak się pan teraz czuje?
Minął już rok i cieszę się, że dochodzę do zdrowia, chociaż doktorzy, którzy opiekowali się mną w Polsce, twierdzą, że może to jeszcze potrwać kolejny rok lub więcej. Stoję też przed różnymi innymi obawami. Życie jest bardzo piękne, ale zarazem dostarcza nam różnych rzeczy, przed którymi musimy uciekać i chować się. Ja również stałem się tego ofiarą, ponieważ wszelkie koncerty i zgromadzenia są odwoływane, więc musimy się zastanowić, jak to przeżyć.

Udało się panu pokonać największe zagrożenie, jakim był udar niedokrwienny, więc teraz chyba nie powinno być rzeczy, których by się pan lękał.
To prawda, udało mi się przeżyć najgorsze, ale jednak ciągle nie wiemy, co nas czeka.

Podczas tej choroby na pewno wielkim wsparciem dla pana byli przyjaciele i bliskie osoby, a przede wszystkim ukochana partnerka Ania. Dowodem tego był m.in. charytatywny koncert „Nie jesteś sam”. Jak pan odbierał ich pomoc?
Tak naprawdę wszędzie jest zasługa Ani, bo ona koordynowała wszelkie działania, aby wspierać mnie w chorobie. Gdy byłem jeszcze w szpitalu, to zajęła się przygotowaniem koncertu charytatywnego, który zorganizowała wspólnie z Polskim Radiem i przyjaciółmi. Wzięli w nim udział moi przyjaciele: Krzysztof Cugowski, Halina Frąckowiak, Alicja Majewska, Izabela Trojanowska, Kaya, Olga Bończyk, Skaldowie, Marek Piekarczyk, Jerzy Grunwald oraz Agata Dąbrowska i Grzegorz Wilk. Koncert prowadziła Maria Szabłowska, Paweł Sztompke i Anna Popek, a kierownictwo muzyczne sprawował Ryszard Szwec i Mariusz Dubrawski. Do aukcji przyłączyli się również artyści plastycy: Krzysztof Oraczewski, Rafał Olbiński, Tomasz Setowski, Filip Kurzewski, Jolanta Pachowska, Monika Osiecka Kozińska, Dobiesław Gała, Zofia Kubisiak i Robert Gauer. Charytatywnie przekazali swoje dzieła na aukcję prowadzoną przez stronę internetową Artinfo.pl. Było to cudowne wsparcie. Dochód z tego koncertu został przekazany na moją rehabilitację, która w Polsce jest bardzo droga, jeśli jest wymagana natychmiastowo i na długi czas. Na szczęście znalazłem się w bardzo profesjonalnych miejscach w Warszawie i w Beskidach. Późniejszą rehabilitację miałem w ośrodku TriVita i uzdrowisku Ustroń, gdzie przebywałem dwukrotnie, i właśnie tam nabierałem lepszej kondycji podczas choroby. Wszystkie ćwiczenia, które mi zalecali rehabilitanci staram się wykonywać do tej pory. Był też drugi koncert z udziałem zaprzyjaźnionych artystów i kabareciarzy takich jak: Radek Bielecki z kabaretu Neonówka, Maja Wiktoria Daniec, Jan Englert, Władysław Grzywna, Anna Guzik, Krzysztof Hanke i Krzysztof Respondek z kabaretu RAK, Dariusz Kamys i Łukasz Pietsch z kabaretu Hrabi, Maria Borzyszkowska i Leszek Malinowski z kabaretu Koń Polski, Iwona Pavlovič, Maurycy Polaski z kabaretu Pod Wyrwigroszem, a także Grzegorz Poloczek i Wojciech Skibiński. Ten koncert zorganizował mój przyjaciel Marcin Daniec ze swoją żoną Dominiką i z Urzędem Miasta Bielsko-Biała, a pojawili się na nim tenisiści. Odbył się tam, gdzie miał miejsce słynny turniej Beskid Cup, w którym kiedyś brałem udział, a nawet jeden z nich wygrałem występując w deblu wraz z Tomaszem Stockingerem. Wówczas po raz drugi przyjaciele podnieśli mnie na duchu i uświadomili mi, że warto żyć. Ta myśl nigdy mnie nie opuszczała, a poza tym cały czas towarzyszyła mi medytacja i pozytywne myślenie. Oba wspomniane koncerty współorganizowała Fundacja Lex Nostra, która zadbała o sponsorów i o sprawy administracyjno-prawne. Prowadziła również zbiórkę na Facebooku na moją rehabilitację. Mogli w niej wziąć udział moi fani ze Stanów Zjednoczonych i innych miejsc świata.

Wydaje mi się, że był to dowód na to, że karma wraca, ponieważ wcześniej pan również uczestniczył w różnych koncertach i akcjach charytatywnych, także tutaj w Stanach Zjednoczonych.
Każdego roku brałem udział w różnych charytatywnych koncertach oraz spotkaniach dla dzieci i młodzieży, biednych i potrzebujących czy też ludzi chorych, a nawet zwierząt, i faktycznie można tak powiedzieć, że teraz to jakoś do mnie wróciło.

W jaki sposób pan zareagował na tę chorobę? Pytam o to, ponieważ dla wielu osób było ona bardzo zaskakująca, tym bardziej że chyba wszyscy wiedzieli, że jest pan aktywny, uprawia sport, dba o kondycję i prowadzi zdrowy tryb życia.
Tak naprawdę to pierwsze objawy wystąpiły na korcie tenisowym, ale dopiero po powrocie do domu zdecydowałem się pojechać do szpitala. Oczywiście sprzeciwiałem się temu, ponieważ w moim przypadku – a podobno tak jest zawsze – ta choroba nie dała o sobie znać. Nie miałem żadnych oznak, że coś takiego może wystąpić, a może po prostu nie byłem odpowiednio uświadomiony. Poza tym był to mój pierwszy dłuższy pobyt w szpitalu, w którym znalazłem się wieku 77 lat. Na szczęście w szpitalach, w których przebywałem, była świetna opieka medyczna, w dodatku zwrócona w moim kierunku. Jednak rehabilitacja nadal musi trwać.

Najważniejsze, że ta rehabilitacja przynosi pozytywne efekty. W dodatku są one już na tyle duże, że udało się panu przylecieć do Stanów Zjednoczonych.
Przyleciałem do Nowego Jorku i jeżeli sytuacja, jaka teraz panuje, na to pozwoli, to mam zamiar odwiedzić jeszcze moich znajomych w innych stanach. Są tutaj moi przyjaciele lekarze, którzy podczas mojej choroby cały czas byli w kontakcie z Anią i doradzali, co powinniśmy zrobić. Wśród nich jest dr Henryk Cioczek, dr Tomasz Kowacz, oraz dr Piotr Kukliński z San Antonio w Teksasie. Miałem od nich wielkie wsparcie, podobnie jak od przyjaciół z Houston, Nevady, Arizony, Kalifornii, Florydy oraz Chicago i Toronto, którzy nawet przyjeżdżali mnie odwiedzać podczas moich pobytów w szpitalach i ośrodkach rehabilitacyjnych w Polsce.

Czym dla pana był ten przyjazd? Było to powrót do domu, czy raczej wycieczka z niespodzianką, jaką okazał się koronawirus?
Dla mnie zawsze jest to powrót do domu, ponieważ przyjeżdżałem tutaj przez ostatnich kilkanaście lat, od czasu, gdy jestem z Anią. Miałem nawet zaplanowane spotkania z fanami, które niestety przez panującą pandemię koronawirusa zostały odwołane i przesunięte na inny termin. W piątek, 13 marca, odwiedziłem jednak New Britain, CT, gdzie spotkałem się z publicznością. Co prawda była tam niewielka grupa ludzi, ponieważ wiele osób zrezygnowało z obawy przed wirusem. Ja również staram się dostosować do wszelkich decyzji i nakazów, związanych z akcją mającą na celu zapobieżenie jego rozprzestrzenianiu się. Dlatego też przeniesiemy pozostałe spotkania.

A wiadomo już kiedy się odbędą?
Na razie nie jest znany ich termin. W dodatku prócz tych mających się odbyć w Nowym Jorku i New Jersey na pewno zostaną także zorganizowane spotkania w Houston i San Antonio oraz na Florydzie, co bardzo mnie cieszy, ponieważ marzę o słońcu, które podobno bardzo pomaga podczas rehabilitacji po udarze. Tak więc należy czekać na nowe terminy tych spotkań i mam nadzieję, że niebawem przestaną nam zagrażać wszelkie wirusy i choroby.

Wiem, że w Polsce odbyły się już podobne spotkania, więc domyślam się, że będą one miały podobny charakter i związane będą głównie z dyskusją i prezentacją poezji.
W Polsce na zakończenie mojego kolejnego pobytu w uzdrowisku w Ustroniu odbyło się spotkanie w sali kinowej, w której trzeba było dostawiać ławki, ponieważ zabrakło miejsc siedzących. Pojawiła się tam cudowna publiczność pamiętająca moje przeboje. To była opowieść o piosenkach, a pytania dotyczyły głównie mojej choroby. Dyskusja była o tyle ciekawa, że ja przeczytałem parę książek na ten temat i sugeruję się tymi, którzy podobnie jak ja przez to przeszli. Wydaje mi się, że są one potrzebne dla ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest udar i nie wiedzą, jak się z nim uporać.

Stan Borys przeszedł bardzo poważną chorobę – udar niedokrwienny / Foto: JERZY STALEGA

W dużym stopniu leczenie takich poważnych schorzeń polega na tzw. samouzdrawianiu, czyli pozytywnym wpływie na przebieg kuracji. W jaki sposób chorzy powinni podchodzić do problemów zdrowotnych, by przechodzili je w spokojny i łagodny sposób?
Przede wszystkim jest to choroba, która nie daje żadnych informacji, że za chwilę nastąpi. Tak też było w moim przypadku. Wspominałem już o tym, że pierwsze objawy udaru pojawiły się na korcie tenisowym i właśnie wówczas moi koledzy stwierdzili, że coś ze mną jest nie tak, a ja sam nic nie czułem i zapierałem się twardo, że wszystko jest w porządku. Jednak gdy później do mojego domu przyjechała rodzina i koledzy, to nakłonili mnie, żebym jednak zamienił rakietę na karetkę pogotowia i zawieźli mnie do szpitala, gdzie stwierdzono udar niedokrwienny. W Polsce jest niestety taki system, że po 10 dniach wypuszczają pacjenta do domu. Często taka osoba wymaga dalszego leczenia, a przede wszystkim rehabilitacji. W moim przypadku należało także robić wszystko, by lewa strona ciała, która była sparaliżowana, zaczęła funkcjonować. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć osobom chorym, że powinni właściwie traktować swoje ciało, ruszać się i pić dużo płynów oraz poddawać się zabiegom rehabilitacyjnym. U mnie ten proces trwał kilka miesięcy, ale jednak rehabilitacja jest potrzebna nadal. Żeby uniknąć choroby, ważną rzeczą jest także zwracanie uwagi na nadciśnienie tętnicze. Ja już przeprosiłem dr. Henryka Cioczka z Nowego Jorku za to, że odrzuciłem leki na nadciśnienie, które przepisał mi 4 lata temu. Wówczas stwierdziłem, że poprzez biegi i tenis wyleczę się z tego problemu. Okazało się, że nie miałem racji, ponieważ nadciśnienie tętnicze pojawia się u osób szczupłych, takich jak ja, a jeszcze częściej u osób otyłych. Tak więc ćwiczenia są dobre, ale dbanie o swoje zdrowie i słuchanie lekarza jest jeszcze lepsze.

Często artyści będący w trudnej sytuacji, czy to zdrowotnej czy też życiowej, czerpią z niej inspiracje do swojej twórczości. Czy nie myślał pan o napisaniu jakiejś piosenki na ten temat? A może w pańskim repertuarze jest jakiś przebój oddający to, co pan czuł przebywając w szpitalu?
Raczej nie. Wydaje mi się, że w moich piosenkach jest dużo poezji i optymizmu oraz wybiegania do myśli człowieka i uczuć, które w nim są, a które druga osoba może odebrać. Ja ciągle czekam na powrót mojego głosu i wiem, że jest to dla mnie jeszcze długa podróż, ale mam nadzieję, że do tego dojdzie. To prawda, że niektórzy artyści wykorzystują tego typu sytuacje do czerpania inspiracji, ale ja nie jestem tego typu wykonawcą. Być może w przyszłości powstanie na ten temat książka, w której opiszę każdy dzień od początku choroby. Czytałem takie książki napisane przez ludzi, którzy przeszli udar. Wśród ich autorów jest nawet pewna pani doktor ze Stanów Zjednoczonych, która przez 30 lat była rehabilitantką i dostała udaru. Ja się zaczytywałem tym, jak opisywała każdy dzień swojej choroby. Co prawda nie chciałbym się zamienić w kogoś, kto wszystko wie i zna, ponieważ każdy udar jest inny i wiele spraw jest w nich niewiadomą. Ja przeszedłem udar niedokrwienny, miałem sparaliżowaną lewą stronę ciała, lewą rękę i nogę oraz połowę twarzy. Jednak, jako że moim lekarzem był ordynator prof. Jan Kochanowski, to od pierwszych dni choroby recytowałem mu wiersze, żeby dojść do swobodnego mówienia, i w dalszym ciągu to czynię.

A czy nie brakuje panu śpiewu i sceny?
Oczywiście, że brakuje. Zamknąłem się w sobie w pewien sposób, ale jest we mnie optymizm i nadzieja. Mam już nawet jedną z kolejnych piosenek z muzyką stworzoną przez mojego przyjaciela do wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Mam nadzieję, że jak wrócę do Polski to uda mi się ją nagrać. Ćwiczę jej śpiew co jakiś czas. Natomiast ostatnio na rynku muzycznym pojawiły się dwie moje płyty. Wytwórnia, z którą współpracuję, wydała na winylu składankę pt. „The Best of Stan Borys”, na której umieszczone są największe przeboje oraz płytę CD pt. „Legendy polskiej sceny muzycznej”. Można kupić w sieci lub sklepach muzycznych.

A który wiersz Gałczyńskiego miał pan na myśli?
Jest to „Rozmowa liryczna”. To jeden z najpiękniejszych erotyków Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Tak więc nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć panu szybkiego powrotu do pełnej sprawności i zdrowia oraz na scenę. Wiem, że nie jestem jedyną osobą, która chciałby zobaczyć pański koncert.
Bardzo miło mi to słyszeć i serdecznie dziękuję, będę się starał żeby to nastąpiło jak najszybciej. Nawet chciałem z tym lekarzem, który mi powiedział, że moja rehabilitacja potrwa jeszcze co najmniej rok, urwać parę miesięcy i zakończyć ją wcześniej, ale jestem dobrej myśli i jestem cierpliwy w oczekiwaniu. Najbardziej cieszy mnie myśl, że wówczas będę mógł śpiewać moje piosenki, w których jest tyle cudownej poezji, będącej przeciwieństwem zachwaszczania języka polskiego różnymi anglicyzmami i spolszczonymi amerykańskimi zwrotami. Mam nadzieję, że dzięki temu zwyciężę.

Rozumiem, że zapowiadana wcześniej poezja Cypriana Kamila Norwida w pańskim wykonaniu pojawi się podczas przyszłych koncertów i spotkań.
W związku z tym projektem pojawia się wiele fantastycznych pomysłów. Miałem w tej sprawie spotkania z dyrektorami teatru i być może powstanie jakaś sztuka teatralna na podstawie tego, co zrobiłem ponad 30 lat temu.