Przywołać pamięć o cierpieniu polskich więźniów

Pierwszy transport do Auschwitz

273
Piotr Litka tematyką związaną z obozami zagłady zajmuje się od około 20 lat / Foto: ANNA SZWAJA

"Kiedy przekracza się bramę z tym słynnym napisem 'Arbeit macht frei', czyli 'Praca czyni wolnym', to wkracza się w zupełnie inny świat i wyczuwa się specyficzną atmosferę, zwłaszcza w pustym obozie. (...) Każdy skrawek ziemi, każdy kolejny budynek, który pojawia się na drodze człowieka wchodzącego do tego miejsca, powoduje, że przenosi się on w czasie" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Piotr Litka, reżyser i autor scenariusza filmu dokumentalnego "Pierwszy transport do Auschwitz. Post Scriptum". W produkcji tej o tragicznej, obozowej codzienności opowiadają m.in. Polacy (nieżyjący już dzisiaj), którzy przybyli tam jako pierwsi więźniowie: Jerzy Bogusz (nr 61), Józef Paczyński (nr 121), Stanisław Szpunar (nr 133), Kazimierz Zając (nr 261), Eugeniusz Hejka (nr 608) oraz Józef Stós (nr 752).

Piotrze, pamiętam ciebie z czasów, gdy studiowałeś filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz z okresu naszej wspólnej pracy w Radiu Akademickim Kraków. Ty wówczas prowadziłeś tam audycję filmową, w której wcielałeś się w rolę krytyka, a przy okazji prezentowałeś najciekawsze fragmenty ścieżek dźwiękowych. Program ten rozpoczynał się od tzw. zajawki, w której pojawiały się m.in. słowa „Znamy się mało… więc może ja bym powiedział parę słów o sobie – na początek”. Od tego momentu upłynęło sporo czasu, a my nie widzieliśmy się i nie słyszeliśmy ponad 20 lat. Tak więc może na początek zgodnie z tymi słowami wyjętymi z „Rejsu” Marka Piwowskiego powiedz parę słów o sobie. Jak to się stało, że z krytyka filmowego zamieniłeś się w reżysera i scenarzystę?
Zaczęło się od mojej współpracy telewizyjnej przy serialach dokumentalnych. To było jakieś 18 lat temu. Zaczynałem od samego dołu, tzn. od dokumentacji oraz przygotowywania materiałów do montażu, i właściwie poprzez bardzo elementarną naukę doszedłem – w którymś momencie – do takiej ściany, którą albo się przekracza i przebija, i idzie się dalej, albo się zostaje w tym miejscu, w którym się jest. Wtedy zacząłem realizować filmy, zarówno cykle dokumentalne, jak i samodzielne dokumenty, główne o tematyce historycznej związanej przede wszystkim z latami 80. ub. wieku. To się stało po sześciu latach tego praktykowania. Wydaje mi się, że byłem już wtedy gotowy, żeby zacząć samodzielnie działać, realizować, reżyserować i przygotowywać swoje autorskie projekty.

Piotr Litka na planie jednego ze swoich filmów / Foto: ARCHIWUM PIOTRA LITKI

A kiedy zainteresowałeś się historią związaną z pierwszym transportem polskich więźniów do KL Auschwitz?
Tematyką związaną z obozami koncentracyjnymi i zagłady zajmuję się od około 20 lat, ponieważ interesuję się – zupełnie prywatnie – historią moich rodzinnych stron. Zebrałem sporo materiałów dotyczących pierwszego ośrodka zagłady, który powstał na okupowanych ziemiach polskich w Kulmhof w Warthegau. Natomiast jeśli chodzi o tematykę Auschwitz, to w roku ubiegłym TVP Historia i Instytut Pamięci Narodowej wspólnie sfinansowały mój projekt „Ekspertyza” – pięcioodcinkowy serial, który dotyczył ważnych ekspertyz z różnych dziedzin kryminalistyki związanych z historią Polski. W ramach tego cyklu zrealizowałem jeden z odcinków poświęcony pierwszemu śledztwu w sprawie funkcjonowania KL Auschwitz-Birkenau. To była opowieść poświęcona prof. Janowi Sehnowi. Kiedy zobaczono, że nieźle sobie radzę z tą tematyką, zaproponowano mi – już w trakcie pandemii – realizację dokumentu związanego z pierwszym transportem. Tak więc wyniknęło to po trosze z tego projektu i serialu, który realizowałem w ubiegłym roku, i z moich zainteresowań, o których dyrekcja TVP Historia wiedziała, natomiast inicjatorem powstania tego filmu było Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Jak długo trwała praca nad tym dokumentem? Pytam o to, ponieważ obok współczesnych nagrań materiały wykorzystane w filmie pochodzą m.in. z 2012 i z 2000 roku, a nawet pojawiają się wypowiedzi zarejestrowane jeszcze wcześniej. Jak wyglądała realizacja tego filmu od strony technicznej?
Głównym problemem było to, że w roku ubiegłym zmarł ostatni uczestnik tego pierwszego transportu do KL Auschwitz. Dzisiaj nie żyje już żaden z nich. Więc w dużej mierze byłem skazany na poszukiwania archiwalne. Bardzo ciekawy zestaw relacji został zrealizowany przez Radio Katowice, aczkolwiek nie skorzystałem z niego przy produkcji tego filmu, natomiast znakomite materiały udostępniło mi Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Były to właśnie nagrania z lat 90. i pierwszej dekady roku 2000 realizowane na terenie obozu z udziałem uczestników tego pierwszego transportu i późniejszych więźniów. Z kolei parę lat temu w Krakowie powstał dokument, w którym wypowiadali się ostatni żyjący świadkowie. Pomysłem w moim filmie było wręcz zacytowanie i pokazanie fragmentów tych wypowiedzi, a także rozmowy z reżyserką Gabrielą Mruszczak oraz niejako nawiązanie do tego ostatniego filmu i spojrzenie na niego z nieco głębszej perspektywy poprzez te relacje, które otrzymałem z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Relacje te nie były wcześniej publikowane ani szerzej znane. Poza tym muzeum udostępniło mi prace więźniów pierwszego transportu, ponieważ tam, wśród tych 728 więźniów, było wielu artystów: muzyków, malarzy, pisarzy, a później nawet operatorów filmowych, jak np. Wiesław Kielar. Rysunki te były o tyle istotne, że zastąpiły w tym filmie inscenizację, której ja bardzo nie lubię. Wyszły one spod ręki bezpośrednich świadków tych wydarzeń. Chciałem też w moim dokumencie uniknąć jakiegokolwiek komentarza czytanego przez aktora lub lektora, który interpretuje opowiadaną historię w sposób namaszczony. Tego nie ma. Mówią tylko świadkowie i historycy. Uniknąłem też inscenizacji i pokazywałem wszystko poprzez zdjęcia sprzed lat, głównie z okresu wojny, oraz wspomniane rysunki. Jedyny współczesny wtręt, jaki pojawia się w tym filmie, to obóz widziany okiem kamery i zarejestrowany w tym miesiącu. W dodatku obóz jest zupełnie pusty. Byliśmy pierwszą od 30 lat ekipą filmową, która weszła do pustego obozu. Zawdzięczaliśmy to oczywiście pandemii. Było to dla nas o tyle dobre, że mogliśmy sfilmować pewną grozę tego miejsca, tych pustych budynków, placów i alejek wypełnionych pamięcią, ale jednocześnie bez ludzi, bez turystów, bez tego chaosu codzienności. To dało naszemu filmowi niezwykły rys surowej dokumentalnej aury oraz pozwoliło nam na bardzo spokojną pracę na terenie muzeum. Oczywiście pracowaliśmy w pełnym zabezpieczeniu epidemiologicznym, ponieważ weszliśmy tam w maseczkach, musieliśmy się dezynfekować itd., przez co było trochę trudności. Poza tym muzeum udostępniło nam jeszcze dwa budynki – bloki nr 2 i 3 – do których nie są wpuszczani turyści. Mogą tam wchodzić tylko tzw. grupy studyjne, złożone z historyków i dziennikarzy. Były to dwa z trzech bloków, gdzie w początkowym okresie funkcjonowania obozu przebywali więźniowie z pierwszego transportu. Tak więc przy realizacji tego dokumentu złożyło się mnóstwo fantastycznych okoliczności, ale jednocześnie, bez tego zasobu archiwalnego, bez tych relacji nagranych wcześniej, ten film by po prostu nie powstał, ponieważ – podkreślę to jeszcze raz – nie żyje już żaden świadek z tego pierwszego transportu. Więc można by oprzeć taki dokument na historykach, na kimś z rodziny, na krewnych, ale to już nie byłaby taka opowieść.

Współczesny wygląd Zakładu Karnego w Tarnowie, skąd wyruszył pierwszy transport polskich więźniów do KL Auschwitz / Foto: PIOTR LITKA

To, o czym powiedziałeś, czyli relacje świadków, którzy przeżyli pobyt w KL Auschwitz i byli w nim pierwszymi więźniami, oraz obrazy, grafiki i zdjęcia, które dzięki odpowiedniemu ruchowi kamery zostały „ożywione”, przez co wręcz „krzyczą”, a także współczesne ujęcia filmowe zrealizowane jeszcze w tym miesiącu i pokazujące totalną pustkę w obozie, który 80 lat temu wypełniony był więźniami, tworzy niezwykły klimat. Te zabiegi, moim zdaniem, wywołują u widzów uczucie fizycznej obecności w tym niemieckim piekle, a także sprawiają wrażenie, że jest się świadkiem ogromnej tragedii, która tam miała miejsce – totalnego wyniszczenia życia ludzkiego. Nie wiem czy to było zamierzone, czy też wyszło przypadkiem, ale gratuluję uzyskania bardzo ciekawego efektu filmowego, zdecydowanie poszerzającego jego przekaz.
Muszę tu zdradzić, że bardzo lubię film Andrzeja Brzozowskiego „Archeologia”. To jest pierwszy film – jeszcze czarno-biały – zrealizowany w 1967 r. podczas wykopalisk prowadzonych przez archeologów w niewielkim kwadracie ziemi na terenie KL Auschwitz-Birkenau. W trakcie tych robót odnajdują oni różne przedmioty. Wszystko odbywa się bez słów, a na końcu widzimy tylko rzeczy, które pozostały po więźniach. Ten film przed laty zrobił na mnie bardzo duże wrażenie i nie ukrywam, że jest dla mnie pewnym wzorem opowiadania o tak strasznych rzeczach, jakie działy się w tym miejscu. Bardzo nam zależało na takiej ascezie podczas pokazywania obozu, żeby wszystko było zaprezentowane za pomocą obrazów bez słów i z jak najmniejszą ilością komentarza. Jeżeli się on pojawiał, to tylko w słowach świadków i historyków, którzy dopowiadają pewne sprawy, jako fachowcy. Co ciekawe, ci, którzy pojawiają się w filmie, są zawodowymi przewodnikami muzealnymi, mającymi w przysłowiowym jednym palcu historię KL Auschwitz-Birkenau. Świetnie opowiadają oraz potrafią mówić w sposób obrazowy i komunikatywny, używając niezbyt skomplikowanych i wyszukanych słów. Wyrażają się bardzo bezpośrednio, jakby mówili do ludzi, których oprowadzają. Dzięki temu uzyskaliśmy efekt płynnego wprowadzenia ich do tego dokumentu, przez co nie stanowią w nim obcego ciała. Tak więc dużo elementów złożyło się na to, że – jak mi się wydaje – udało mi się zrealizować pierwotne zamierzenie. Jednak bez ekipy, która świetnie pracowała i była bardzo mocno skupiona na realizacji poszczególnych scen, byłoby to niemożliwe, podobnie jak bez wsparcia muzealnego. Archiwalia i nagrania, które zostały nam udostępnione, pozwoliły na zrealizowanie tego filmu w takiej formie.

Ten specyficzny klimat udało wam się uzyskać także dzięki wykorzystaniu zmiany koloru, zwłaszcza w początkowym i końcowym momencie dokumentu, gdy rzeczywisty, kolorowy obraz obozu zamienia się w czarno-biały lub odwrotnie. Jest to niezwykle wymowne. Dodatkową rolę odgrywają tu także muzyka i udźwiękowienie.
Autorem muzyki, która pełni w filmie ważną rolę oraz buduje pewien rytm i nastrój poszczególnych scen, jest Krzysztof Suchodolski. Została ona specjalnie przygotowana do tego dokumentu i nie ukrywam, że pierwszy raz miałem do czynienia z tym, że muzykę do mojego filmu tworzy kompozytor. Było to bardzo ciekawe i twórcze doświadczenie, i muszę przyznać, że udało nam się bardzo dobrze ją dopasować, mimo że na samym początku mieliśmy pewne problemy, jakiej muzyki użyć. Pewne braki wychodziły nam także podczas montażu i wówczas trzeba było coś dopisać lub zmienić, ale dzięki temu, że Krzysztof był z nami w trakcie montowania filmu, to bardzo szybko tworzył, a to, co nam proponował, idealnie pasowało do klimatu filmu i samej opowieści. Bez muzyki ten film również wyglądałby zupełnie inaczej i ja sobie tego nawet nie wyobrażam.

Pomnik Pierwszego Transportu znajdujący się w Tarnowie na Plac Więźniów KL Auschwitz 1 / Foto: PIOTR LITKA

Znając twoje zamiłowanie do muzyki filmowej, nawet nie dopuszczam takiej myśli, żeby jej nie było w twojej produkcji. Premiera tego filmu miała miejsce w szczególnym dniu – 14 czerwca br., a więc w 80. rocznicę pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz. Domyślam się, że głównym celem tego dokumentu było utrwalenie i rozpowszechnienie tych wiadomości. Myślę, że w większości nasi rodacy znają ten fakt, ale jednak poza naszymi granicami informacje o tym, że pierwszymi więźniami byli Polacy, oraz że KL Auschwitz był obozem stworzonym z myślą o eksterminacji narodu polskiego, mało kto wie. Podejrzewam, że zamierzeniem tego filmu jest także zmiana tego stanu rzeczy, tym bardziej że jest także jego angielska wersja pt. „The first transport to Auschwitz. Post Scriptum.
Inicjatywa stworzenia anglojęzycznej wersji tego dokumentu wyszła z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Film ten pierwszy pokaz miał 14 czerwca po południu ma antenie Telewizji Kraków, a później ok. 11 w nocy został wyświetlony w TV Polonia oglądanej na całym świecie przez polską emigrację. Natomiast tego samego dnia wieczorem na stronie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau pojawiła się wersja angielska i ma ona bardzo dobrą oglądalność. Przeglądając dzisiaj tę stronę zauważyłem, że statystycznie dokument ten ogląda około kilkuset osób dziennie. W tej chwili jest to ponad 3500 odsłon. Jest to dowód na to, że wersja anglojęzyczna była bardzo potrzebna, ponieważ – jak sam zauważyłeś – jest ona skierowana do ludzi, którzy nie znają języka polskiego, słabo znają historię obozu, która dopiero teraz jest odkrywana na nowo, a jednocześnie kompletnie nie wiedzą, że KL Auschwitz był obozem dla Polaków. Taki był zamysł Niemców, i od 1940 do połowy 1942 r. – o czym mówimy w filmie – przeważali tam więźniowie narodowości polskiej. Celem tego filmu było przywołanie tamtej pamięci, nie tylko w kontekście samego pierwszego transportu, ale również cierpienia wielu tysięcy polskich więźniów, którzy tam trafili na przestrzeni kilku wojennych lat.

Z jednej strony miałeś do czynienia z materiałami archiwalnymi, w których pojawiają się osoby z pierwszego transportu do KL Auschwiz i go przeżyły, lecz niestety już zmarły, a z drugiej zobaczyłeś ten obóz całkowicie pusty i w dodatku byłeś w miejscach niedostępnych dla zwiedzających. Jakie emocje towarzyszyły tobie oraz ekipie, z którą współpracowałeś podczas pracy przy tym filmie?
Kiedy przekracza się bramę z tym słynnym napisem „Arbeit macht frei”, czyli „Praca czyni wolnym”, to wkracza się w zupełnie inny świat i wyczuwa się specyficzną atmosferę, zwłaszcza w pustym obozie. Każdy skrawek ziemi, każdy kolejny budynek, który pojawia się na drodze człowieka wchodzącego do tego miejsca, powoduje, że przenosi się on w czasie. A wejście do budynków bloków 2 i 3, gdzie przebywali więźniowie z pierwszego transportu, jest szokiem, dlatego że tam pozostawiono praktycznie wszystko, włącznie ze ścianami i elementami boazerii oraz wyposażenia wieloosobowych cel i toalet. Pojawiający się tam współcześnie człowiek ma wrażenie, że cofa się o kilkadziesiąt lat wstecz. Żeby poczuć się jak w prawdziwym obozie, brakuje tylko niemieckich okrzyków i więźniów. To jest coś niesamowitego, przekraczasz drzwi i znajdujesz się w zupełnie innej rzeczywistości, czujesz jakby za chwilę mieli się tam pojawić więźniowie, krzyki i złowieszcze komendy. To w tych dwóch blokach było intensywnie przez nas odczuwane. Właśnie tam zrealizowaliśmy rozmowy z historykami, tam również były kręcone przejazdy kamerą z ręki, budujące klimat wspomnień, powrotów do przeszłości, pokazywania miejsc, związanych z relacjami samych więźniów.

Wygląd współczesny oświęcimskiej rampy obok budynku dawnego polskiego Monopolu Tytoniowego, gdzie wyładowano pierwszy transport / Foto: PIOTR LITKA

Jak ten dokument został przyjęty w Polsce?
Przede wszystkim pytano mnie, dlaczego ten film jest taki krótki (trwa ok. 24-25 minut). Od razu zdradzę, że jest pewien plan, by tę tematykę rozszerzyć do wieloodcinkowego miniserialu dokumentalnego, dotyczącego historii całego obozu Auschwitz-Birkenau. Wracając do opinii, pierwszy zarzut dotyczył tego, że film jest za krótki, druga uwaga, pozytywna, związana była z tym, że ma on takie wewnętrzne, pulsujące tempo, które powoduje, że nie można się oderwać od tej historii. To spostrzeżenie świadczy o tym, że nasza praca i sam sposób opowiadania przykuwa uwagę; i oto nam chodziło. Pytano mnie także o moje kontakty z byłymi więźniami z pierwszego transportu. Tu musiałem tłumaczyć, że żadnego z nich nie poznałem, ponieważ nikt z tych 728 osób nie żyje. Jednak dzięki temu fantastycznemu materiałowi archiwalnemu udało się jednak pewne braki w zastanej rzeczywistości pokazać tak, że jest to interesujące i ciekawe, i myślę, że w jakiejś mierze nowe. Co prawda o tym pierwszym transporcie mówi się już od pewnego czasu, natomiast w świadomości historyków na pewno istnieje on mocniej niż w świadomości powszechnej i w opinii publicznej. Wydaje mi się, że każdy następny taki film, audycja radiowa czy tekst prasowy będą tę historię dalej promować i pokazywać, a przez to zainteresują coraz większą liczbę odbiorców, widzów, słuchaczy i czytelników, a o to przecież chodzi.

Prycze w salach, w których mieszkali więźniowie z pierwszego transportu / Foto: PIOTR LITKA

A czy miałeś okazję rozmawiać z jakimiś przedstawicielami rodzin bohaterów tego dokumentu?
Odezwał się do mnie mój były kolega z pracy, którego wujek był cytowany – Józef Paczyński, więzień nr 121 – i on mi dopowiedział bardzo ciekawą sprawę, o której nie wiedziałem. Jak stwierdził, jego wujek fantastycznie opowiadał o swoich przeżyciach – i to jest prawda, ponieważ w filmie jest sporo jego opowieści, i to aż z dwóch różnych źródeł, z których korzystałem – lecz przyznał mi, że kompletnie nie potrafił tego opisywać. Nawet dwukrotnie zabierał się do pisania wspomnień, ale te próby były całkowicie nieudane. Świetnie mu wychodziły opowieści i anegdoty, niejednokrotnie wielogodzinne, ale kompletnie nie potrafił ubrać tego w słowa pisane. Z kolei mój kolega był zbyt młodym człowiekiem, żeby jakoś to opracować lub nagrać. Właściwie zostały jakieś dwa niedokończone rozdziały dotyczące samego początku, opublikowane nawet kiedyś w jakiejś gazecie. To był taki głos człowieka, który dobrze znał jednego z pasażerów tego pociągu do KL Auschwitz. Z tego co wiem, to wielu więźniów z pierwszego transportu nie potrafiło opisać tych swoich przeżyć. Niektórzy z nich, wiele lat po wojnie, zaczęli „rysować” swoje przeżycia, a np. jeden z nich – Wiesław Kielar – swoje pierwsze wspomnienia napisał ponad dwie dekady po wyzwoleniu obozu. To jest ta słynna książka „Anus Mundi: Five Years in Auschwitz”. Wydaje mi się, że ta trauma była tak silna, że czasami dzięki tym opowieściom stanowiącym pewną formę terapii i wyrzucania z siebie tych wspomnień, ci ludzie jakoś radzili sobie z obozowymi przeżyciami, natomiast nie mogli lub też nie potrafili się przemóc, by to przelać na papier, napisać książkę. Niewielu z nich to uczyniło, więc to jest też jakiś znak tego, co w nich, w środku, pękło, kiedy znaleźli się za drutami KL Auschwitz. Jest to bardzo znaczące i dla mnie stanowiło potwierdzenie, że wielu z tych ludzi do końca swoich dni nie potrafiło wyrzucić z siebie obozu.

Wyposażenie obozowych sal, z bloków nr 2 i 3, w których przetrzymywani byli więźniowie z pierwszego transportu / Foto: PIOTR LITKA

To było także widoczne w scenie, gdy jeden z bohaterów – Jerzy Bogusz (nr 61) – mówi, że podczas jedzenia zawsze odkłada sobie kawałek chleba na później. Czyli ten nawyk z obozu pozostał w jego świadomości do końca życia.
Wiele takich informacji na temat przeżyć obozowych i świetnych refleksji zawarł w swoich książkach Antoni Kępiński. Wyszedł taki zbiór jego tekstów pt. „Refleksje oświęcimskie”, w których opisuje to, co się działo z byłymi więźniami w sensie psychicznym po odzyskaniu wolności i zakończeniu wojny. Myślę, że osoby zainteresowane głębszym spojrzeniem na życie byłego więźnia można odesłać do tych znakomitych książek krakowskiego psychiatry. Natomiast to, co udało się pokazać w naszym filmie, to rzeczywiście jest trauma, ale z drugiej strony radość, że można obchodzić rocznicę związaną z pierwszym transportem. To miało miejsce zwłaszcza w ostatnich dwóch dekadach, od ok. 2000 roku. Wcześniej ta rocznica nie miała żadnych państwowych ram, nie była świętem, a raczej tylko spotkaniem tych, którzy przeżyli i mogą jeszcze 14 czerwca przyjechać do Tarnowa i spotkać się tam towarzysko, porozmawiać, poklepać po ramieniu, uścisnąć dłoń i uśmiechnąć się, i właściwie to było wszystko. To święto (Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady) istnieje dopiero od 2006 roku, a wcześniej była to tylko inicjatywa samych więźniów. Bardzo znaczące jest to, że ci ludzie przez wiele lat nie byli w żaden sposób uhonorowani ani wyróżnieni, ani pamiętani w świadomości społecznej. To się dzieje dopiero od kilkunastu lat, i jest to istotny element tej historii.

Tak wyglądała łaźnia w blokch, w których byli przetrzymywani pierwsi więźniowie KL Auschwitz / Foto: PIOTR LITKA

Jakie są dalsze plany związane z tym filmem? Czy w związku z tym, że ma anglojęzyczną wersję, zamierzacie pokazać go gdzieś poza granicami Polski lub na jakimś festiwalu?

Myślę, że tak, ale na razie nie miałem nawet czasu, żeby o tym pomyśleć, ponieważ od poniedziałku, 15 czerwca, jestem obecny przy zdjęciach do nowego projektu, nad którym pracowałem parę lat, i o którym marzyłem od dłuższego czasu. To również będzie film historyczny, fantastyczni bohaterowie i kawałek nieznanej historii, lecz tym razem tej najnowszej, dotyczącej lat 80. i 90. XX w. Temat bardzo mocny, związany z uprowadzeniem i śmiercią ks. Jerzego Popiełuszki, tyle mogę teraz powiedzieć. Premiera filmu jest przewidziana na jesień. Myślę, że dokument o KL Auschwitz na pewno trafi na jakieś festiwale, ale w tej chwili trudno mi powiedzieć, jakie są plany producentów – Telewizji Polskiej i Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Ubikacje przeznaczone dla więźniów w KL Auschwitz / Foto: PIOTR LITKA

Na zakończenie powiedz, jakie są twoje plany na najbliższe miesiące. Wspomniałeś o filmie poświęconym bł. ks. Jerzemu Popiełuszce, ale podejrzewam, że nie jest to jedyny projekt, którym się zajmujesz.
Prócz tego filmu będę od lipca realizował drugi sezon serialu dokumentalnego „Ekspertyza”, o którym też wcześniej wspominałem. Będzie on dotyczył sześciu opowieści związanych z najnowszymi śledztwami, które dotyczą takich wydarzeń, jak: śmierć Stanisława Pyjasa, masakra górników w kopalni Wujek, poszukiwanie szczątków Inki, identyfikacja szczątków przywiezionych z Katynia, nieznana szerzej historia dotycząca pierwszej egzekucji ludności cywilnej w 1939 roku w Częstochowie oraz sprawa związana z teczką TW Bolka. Sześć historii, różne ekspertyzy, różni specjaliści i jeden wspólny mianownik, którym jest najnowsza historia Polski, ale widziana z perspektywy badaczy, ekspertyz, badań naukowych i tego typu działań. Realizuje to TVP Historia i Instytut Pamięci Narodowej. Myślę, że te dokumenty pojawią się na antenie TVP Historia jesienią i już teraz wszystkich zapraszam do oglądania. Można także obejrzeć pierwszy sezon „Ekspertyzy”, mający pięć odcinków, zrealizowanych w ub.r. Są one dostępne na VOD.

Bardzo wymowne zdjęcie zrobione przez Piotra Litkę z okna jednego z obozowych budynków / Foto: PIOTR LITKA