Pysznie, bo po polsku

444
Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Polonijny festiwal w Rzeszowie to także festiwal polskich smaków. Wśród serwowanych dań były wyłącznie tradycyjne potrawy, przygotowywane w sporych ilościach. Tylko jednego dnia kucharze gotowali 500 litrów kompotu i prawie tyle samo litrów zupy. Zużywanych było ponad 2 tys. torebek herbaty, a na przykład ziemniaki zamawiano w tonach. Z festiwalowej kuchni korzystało codziennie prawie tysiąc osób. Zgodnie podkreślały, że wszystko było pyszne.

Stołówka, gdzie codziennie, przez dziewięć dni, stołowali się uczestnicy festiwalu, znajduje się w miasteczku Politechniki Rzeszowskiej. To największy tego typu obiekt w mieście, który jednorazowo może pomieścić 340 osób. „Aby wszyscy goście mogli zjeść, sala za każdym razem musiała być, jak ja to nazywam, trzy razy przebrana, czyli trzy razy goście musieli zasiąść, zjeść i wyjść” – mówi w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” Marcin Purgacz, kierownik festiwalowej kuchni.

Dania przygotowywało w sumie 35 osób – kucharze i kucharki oraz pomocnicy – a serwowało je 38 kelnerów.
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

W menu były wyłącznie tradycyjne polskie potrawy, takie, za którymi uczestnicy rzeszowskiego wydarzenia tęsknią najbardziej. Były oczywiście pierogi – przygotowane w liczbie 12 tysięcy – oprócz tego zupa pomidorowa czy ogórkowa, rosół oraz żurek z ziemniakami i kiełbasą. Jeśli chodzi o drugie danie, to nie mogło zabraknąć kotleta schabowego z kapustą zasmażaną, kotleta mielonego z buraczkami zasmażanymi, zrazów z kaszą, schabu w sosie pieczeniowym czy bigosu. Do tego ziemniaczki z koperkiem. Dania przygotowywało w sumie 35 osób – kucharze i kucharki oraz pomocnicy – a serwowało je 38 kelnerów. Pracę zaczynali o godzinie 5 rano, kończyli o 11 wieczorem. „Na przykład jednego dnia ugotowaliśmy 500 litrów kompotu wieloowocowego, naturalnego, bez żadnych ulepszaczy czy soków, do tego trzy kotły zupy jarzynowej zabielanej, czyli 450 litrów, i ubiliśmy 110 kilogramów schabu na kotlety. Do tego buraczki i kapustka” – wylicza Marcin Purgacz. Przyznaje, że razem z ekipą byli już zmęczeni, ale serwowanie dań dla polonijnych gości zawsze sprawia im wielką przyjemność. „Jedna z kelnerek ma krokomierz na ręce i okazało się, że tylko jednego dnia przeszła 14 tys. kroków, czyli jakieś 24 km, obsługując gości. Jest to wyczerpująca praca, ale równocześnie sprawia wiele radości. A największą nagrodą dla nas jest odbierany pusty talerz, bo jeśli wszystko zostało zjedzone do ostatniego kęsa, to znaczy, że smakowało. A o to przecież chodzi” – podkreśla szef festiwalowej kuchni. Specjalna dieta była tylko dla osób, które mają nietolerancję laktozy czy są uczulone na gluten bądź nie jedzą mięsa. Pozostali nie liczyli kalorii, bo nawet obszerniejsze porcje były spalane podczas codziennych prób i koncertów. Przynajmniej w przypadku tancerzy.

FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

„W stołówce jedzenie jest jak u mamy w domu. Obawiamy się, że przytyjemy, ale nic nie szkodzi. Wrócimy i zgubimy te kilogramy” – mówi Dorota Gołda z kanadyjskiego zespołu Cracovia. Za ocean wyemigrowała 28 lat temu, pochodzi z Brzegu nad Odrą. „Dzieciaki są zachwycone i za każdym razem z chęcią przychodzimy na stołówkę. Co najbardziej mi smakowało? Ogórki kiszone i buraczki, ja jestem surówkowa, więc to lubię najbardziej, no i mięso. Oprócz tego chleb. W Kanadzie go nie jem, bo pieczywo jest pompowane, ale tutejszy, polski jest pyszny” – wylicza Dorota. Podobnego zdania jest jej koleżanka z zespołu, Monika Korzec. Oprócz pieczywa bardzo smakują jej typowe polskie zupy. „Są wprost wyśmienite. Jadamy zupy w Kanadzie, jednak tu smakują inaczej. Zresztą wszystko jest przepyszne i zgadzam się z koleżanką, że na pewno przytyłyśmy, i na pewno będziemy miały co robić po powrocie do domu. Czeka nas siłownia, co do tego nie ma dwóch zdań, ale to jedzenie jest warte grzechu” – śmieje się Monika.

FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Polonusom bardzo smakował też między innymi bigos, który, zdaniem wielu, powinien być daniem narodowym numer jeden, no i oczywiście pierogi. Doskonale znane za granicą. Ale w Polsce, w opinii uczestników festiwalu, smakują najlepiej. „Typowe polskie jedzenie jest czymś, za czym bardzo tęsknimy. Mimo że sami gotujemy w swoich domach według przepisów mam czy babć, to i tak tu, w Polsce, dania te smakują inaczej, po prostu lepiej” – uważa Fuchsia Kosior z Wielkiej Brytanii. Od prawie 50 lat związana z zespołem Polonez-Manchester. „Urodziłam się w Anglii. Rodzice trzymali nas bardzo krótko, broń Boże, ani słowa po angielsku w domu. Bardzo dużo opowiadali też o historii Polski. Byli wygnańcami. Opuścili ojczyznę, gdy rozpoczęła się II wojna światowa – opowiada Fuchsia. – Mama pochodziła ze Lwowa, była hrabianką, a tata z Krakowa. Bardzo tęsknili za krajem, ale nie chcieli wracać, dopóki nie będzie wolny. W końcu się udało i tata odwiedził Polskę w latach 90., mama nie chciała, bo jak tłumaczyła, byłoby to dla niej zbyt bolesne przeżycie – wspomina rozmówczyni „Nowego Dziennika”. – Jestem bardzo szczęśliwa widząc tak wielu młodych ludzi na festiwalu, którzy nie tylko nie wstydzą się swojego pochodzenia, ale z dumą o nim opowiadają. W moim sercu także zawsze była i jest Polska. Zresztą ja jestem Polką. Nie szkodzi, że się tu nie urodziłam, w moich żyłach płynie polska krew” – podkreśla Fuchsia Kosior.