Sprawiedliwość to jeszcze nie socjalizm

73

Nic nie wprawia mnie w większą irytację niż nagłówki prasowe w stylu: „Amerykanie za socjalizmem” albo „Tylko 51 procent Amerykanów uważa, że socjalizm to zły pomysł”.

Żyjemy w czasach, gdy sukces – strach to powiedzieć, ale właściwie to chyba już prawie wszędzie! – zależy od skuteczności manipulacji naszymi emocjami. O to też chodzi w wyżej wymienionych sloganach. Socjalizm – najbardziej znienawidzone w Ameryce słowo. Używajmy go więc przy każdej okazji, gdy chcemy ściągnąć na siebie uwagę, gdy chcemy, by nasz artykuł, sondaż, wypowiedź, opinia wygenerowały specyficzny rodzaj emocji, najlepiej skonfundowania wymieszanego z niedowierzaniem i gniewem jednocześnie. To dobra mieszanka, bo to mieszanka, która odciska na odbiorcy silniejsze piętno na dłużej.

Odbiorca lepiej zapamięta więc nasz przekaz, odbiorca zapamięta nas. Odbiorca będzie w stanie wyróżnić nas na tle pozostałej masy, w której pływamy. Tylko wyszczególnienie coś jeszcze dzisiaj może znaczyć. Coś zdziałać. Socjalizm w Ameryce! – oto hasło, które skrajnie zdegustowanych i wymęczonych polityką Amerykanów jeszcze RUSZA. Nieważne, że to niedorzeczna propaganda, szyta jeszcze bardziej niedorzecznymi nićmi.
Przeczytałam ostatni raport Gallupa na temat wzrostu popularności „socjalizmu” w USA dokładnie, i to aż dwa razy, i rozczaruję wszystkich, których powyższe nagłówki być może wprawiły akurat w dobry humor. Badania zostały przeprowadzone właściwie, nie ma mowy o żadnym oszukaństwie, ale niestety oszukańcze jest używanie terminu „socjalizm” do opisu postaw reprezentowanych przez Amerykanów.

Problemy są dwa, ale bardzo znaczące. Po pierwsze: mamy do czynienia z niezrozumieniem samego terminu „socjalizm”. Obrazowo można to wyjaśnić tak, że opisując wizję świata, w jakim chcieliby żyć, i etykietując ten świat mianem „socjalistycznego” Amerykanie zachowują się jak szalony ogrodnik, który biegając po ogrodzie z kosiarką zapewnia wszystkich, że właśnie oddaje się czynności podlewania grządek. Przyczyn tej terminologicznej ignorancji jest wiele. Chodzi nie tylko o braki w edukacji historycznej młodego pokolenia, które we wspomnianym sondażu jest grupą najsilniej za socjalizmem optującą, ale i nieodpowiedzialne szafowanie tym terminem przez polityków, którzy przyklejają je do swoich programów dla podkreślenia, w jakiej wielkiej kontrze pozostają one do programów realizowanych pod parasolem tzw. kapitalizmu tradycyjnego – skompromitowanego i coraz mocniej oprotestowywanego przez statystycznego wyborcę.

To ze strony elit politycznych czyste lenistwo, a nawet gorzej, bo udupianie własnego wyborcy, uznając go typ zbyt tępy, by potrafił zrozumieć mniej „łopatologiczny” i dramatyczny w swej wymowie przekaz. Wprowadzenie systemu powszechnej opieki medycznej nie uczyni z Ameryki automatycznie państwa socjalistycznego. Nie stanie się tak nawet wtedy, gdyby jakimś cudem edukacja stała się w USA również powszechnie dostępna i nieodpłatna.

Problem drugi to oczywiście używanie terminu „socjalizm” jako straszaka, ale i wymówki dla braku reform, od których Ameryka zaczyna się już powoli dusić. Zwłaszcza społecznie USA zapędziło się w kozi róg, z którego, jeśli nie wydostanie się w najbliższym czasie, to zostanie wyciągnięte za pomocą nowej rewolucji, bo kontynuować po ścieżce, na jakiej się znajduje, nie sposób dużo dłużej. Pomijając opiekę zdrowotną i koszty zdobycia wykształcenia, mówimy przecież o całym wachlarzu bolączek, które definiują standard życia po tej stronie świata.

Na plan pierwszy wysuwa się sprawa najprostsza: dziesiątki milionów ludzi w wieku produkcyjnym nie posiada i nie ma większych perspektyw na to, że dorobi się adekwatnego zabezpieczenie na starość. Ostatni raport Government Accountability Office donosi, że prawie połowa (48 proc.) tzw. starszych gospodarstw domowych, czyli z osobami w wieku zbliżającym się do emerytalnego, nie ma żadnych – żadnych! – oszczędności na konto emerytury! Emerytura Social Security jeszcze jest wypłacana obecnym emerytom, ale jej wysokość już dzisiaj pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza w niektórych szczególnych przypadkach, choć to przypadki masowe. Choćby u kobiet, które przez jakiś czas były wyłączone z rynku pracy, bo zajmowały się „tylko” domem, więc składki odprowadzone do funduszu SS nie były w ich przypadku oszałamiające.

Podobnie u pracowników zatrudnionych przez całe swoje życie za relatywnie małe pieniądze, mimo iż w sektorach kluczowych dla społecznej funkcjonalności: a więc opiekuńczych, sanitarnych, porządkowych itp. Amerykański system programowo, jeśli wręcz nie ideologicznie „karze” ludzi za to, że są słabsi, mniej zdolni lub że wykonują zawody, które są słabiej opłacane. Oczywiście wiemy, skąd to się bierze. Ameryka wypromowała się na idei, że dlatego jest tak wielka i wspaniała, bo ten, kto ma pomysł i zdolności, dorobi się tutaj szybciej i więcej niż gdziekolwiek indziej. Fakt, że amerykańska potęga jedzie na plecach programowo niedocenianych i pogardzanych zwyczajnych „wyrobników” i „robociarzy”, realizujących przedsiębiorcze wizje owych zdolnych i pomysłowych, to wstydliwa tajemnica, którą się już nikt nie chwali.

Ostatnia recesja, choć niby dawno za nami, do dzisiaj trzyma całe połacie kraju w biedzie i w klimacie braku perspektyw, z której nie dały rady się podnieść. To nie przypadek, że właśnie tutaj mamy dzisiaj do czynienia z najszybciej na świecie rosnącym segmentem emerytów, którzy pracują, bo są bez wyjścia, inaczej umrą z głodu. To nie przypadek, że Ameryka jest domem dla największego odsetka biednych dzieci w cywilizowanym świecie. W biedzie żyje co piąty mały Amerykanin! To wynik jakiegoś gremialnego rozleniwienia amerykańskiego społeczeństwa? Braku woli do pracy? Braku wykształcenia? Niestety, to efekt braku reform, prowadzących społeczeństwo przez świat adekwatnie do zmieniających się w tym świecie warunków życia i pracy.

Kończąc zaś wątek emerytur dodajmy tylko jedno. Fundusz Social Security ma „wyschnąć” najdalej w roku 2035. Tymczasem sytuacja z oszczędnościami w młodszych pokoleniach ma się jeszcze gorzej i szybko się nie poprawi, bo młodsze pokolenia w USA już u progu swego dorosłego życia są dzisiaj zadłużone ponad wszelką miarę. Mają przecież do spłaty kolosalne pożyczki studenckie. Ogólny dług w tym sektorze to już 1,5 tryliona dolarów, zaś dłużnikiem jest co szósty amerykański obywatel.
Do innych „bolączek” należą niewątpliwie: słaby poziom edukacji publicznej, sypiąca się infrastruktura, zjadająca Amerykanom coraz więcej czasu w drogowych korkach, przy jednoczesnym braku wizji, że komunikacyjnie Ameryka kiedykolwiek dołączy do reszty cywilizowanego świata, wreszcie wolnoamerykanka na rynku pracy i zatrudnienia, gdzie nawet etaty profesjonalistów można wyprowadzić za granicę, by tylko nabić korporacyjną kieszeń. Z której potem można jednocześnie nie odprowadzać podatków do kiesy wspólnej lub odprowadzać tylko ich śmieszną frakcję, a wszystko zgodnie z prawem! (patrz historie Amazona i Apple’a z ostatnich lat). Cięgi po własnej kieszeni, po zdrowiu i po edukacji dostaje zwyczajny, szeregowy obywatel.

Czy jeśli czuje i zaczyna o tym mówić, że jest przez obowiązujący w jego kraju system i budujące go prawa oraz przepisy najzwyczajniej w świecie wykorzystywany, to czyni to z niego socjalistę? Czy fakt, że chciałby widzieć ze strony tego systemu więcej społecznej odpowiedzialności i więcej sprawiedliwości czyni z niego socjalistę? Czy jeżeli posiada w dobie informacji dostęp do przykładów, że gdzie indziej taka sprawiedliwość i odpowiedzialność są możliwe, oznacza, że jego pragnieniem jest zmienienie Ameryki w komunę? Nigdzie nie widzę też informacji, że Amerykanom marzy się, by pozbawiono ich prawa do prywatnej własności oraz przedsiębiorczości, że nie mogą się doczekać, żeby pracować w kolektywie rolnym oraz zrzec się swych demokratycznych praw wyborczych na rzecz partyjnych ustawek komitetu centralnego?

Świat bardzo się zmienił od czasów Jeffersona i nawet Lincolna. Pewne rozwiązania społeczne i systemowe w obrębie samego kapitalizmu nie są dzisiaj tak efektywne jak dawniej. Nie wystarczą, jeśli Ameryka – co wciąż uważa za swój cel – chce być państwem stwarzania szans i włączania, a nie zabierania tych szans i wykluczania. Społeczna sprawiedliwość nie jest terminem zarezerwowanym tylko dla ustroju socjalistycznego. Domagając się jej, Amerykanie nie zmieniają się w żadnych socjalistów i dobrze by było, by przestano im wmawiać, że się nimi stają. Oraz jak najszybciej poprawiono w przestrzeni publicznej błąd poznawczy, wiążący się po tej stronie świata ze słowem „socjalizm”.