Strajki zmusiły komunistów do kompromisu

202
Zygmunt Staszewski podczas ubiegłorocznego pobytu w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku / Foto: ARCHIWUM ZYGMUNTA STASZEWSKIEGO

"Warto było walczyć i warto było ryzykować w sierpniu 1980 r., a później także prowadzić legalną działalność związkową przez półtora roku, mimo że już wtedy wiedzieliśmy, że w pewnym momencie komuniści zdecydują się na rozbicie Solidarności. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę i liczyliśmy się z tym, że wszyscy za to odpowiemy i trafimy do więzienia" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Zygmunt Staszewski, działacz polonijny oraz organizator strajków sierpniowych w 1980 r. we Wrocławiu, a także założyciel i przewodniczący Sekcji Energetyków Solidarności na Dolnym Śląsku, sekretarz Krajowej Sekcji Energetyków Solidarności, delegat na pierwszy Krajowy Zjazd Solidarności oraz członek Prezydium Zjazdu, który od 13 grudnia 1981 r. do czerwca 1982 r. był internowany, a później zmuszony do emigracji.

Niebawem minie 40 lat od chwili podpisania porozumień sierpniowych. Czy w jakiś sposób uda się panu uczcić tę rocznicę?
Zazwyczaj w dużych miastach, w których odbywały się strajki sierpniowe, każdego roku z okazji kolejnej rocznicy organizowano różne uroczystości. Przykładowo we Wrocławiu – skąd pochodzę – corocznie miał miejsce koncert muzyczny na terenie zajezdni autobusowej przy ul. Grabiszyńskiej, gdzie w 1980 r. działał Regionalny Komitet Strajkowy. Wiele lat temu wmurowano tam nawet tablicę upamiętniającą to wydarzenie i miejsce, w którym rodziła się wrocławska Solidarność. Od tego czasu tradycyjnie składa się tam kwiaty i wieńce. W tym roku ze względu na pandemię wszystkie uroczystości na pewno będą bardzo ograniczone, a szkoda, bo to w końcu 40. rocznica największej rewolucji, jaka się zdarzyła we wschodnim bloku od czasów drugiej wojny światowej. Miałem nawet nadzieję, że uda mi się dotrzeć do Polski na obchody tej okrągłej rocznicy podpisania porozumień sierpniowych, ale w związku z wymaganą kwarantanną okazało się to nierealne.

Pamięta pan moment podpisania porozumień sierpniowych? Jaka była reakcja osób biorących udział w strajkach?
Mimo że od tego czasu minęło już 40 lat, to bardzo dobrze pamiętam tę chwilę. To był przede wszystkim moment wielkiego napięcia i oczekiwania. Jako organizator strajku w zakładzie, w którym pracowałem – Centrum Naukowo-Produkcyjne Automatyki Energetycznej we Wrocławiu – zostałem jego delegatem do Regionalnego Komitetu Strajkowego. Wraz z nim, we wspomnianej wcześniej zajezdni autobusowej przy ul. Grabiszyńskiej, spędziłem kilka dni i nocy w oczekiwaniu na zakończenie negocjacji w Stoczni Gdańskiej i wiadomość, czy to porozumienie zostanie podpisane. Nasz Regionalny Komitet Strajkowy wysłał swoich przedstawicieli do Gdańska, żeby brali udział w tych negocjacjach oraz żeby później mogli przywieźć tekst podpisanych porozumień, oczywiście jeżeli do tego dojdzie. Atmosfera była wówczas napięta, ponieważ cała zajezdnia była otoczona kordonem milicji i ZOMO. W dodatku wszyscy byli wyposażeni w ostrą broń, kałasznikowy itd. Cały czas obawialiśmy się, że w pewnym momencie dostaną rozkaz, by nas spacyfikować. W związku z tym elektrycy z tej zajezdni pocięli nam grube kable na metrowe kawałki, żebyśmy mogli ich użyć jako pałki do ewentualnej obrony przed atakiem zomowców i milicji. To wszystko było spotęgowane tym, że mieliśmy utrudnioną możliwość komunikowania się z innymi komitetami strajkowymi, ponieważ komuniści zerwali międzymiastowe połączenia telefoniczne. Co prawda mieliśmy informacje, że negocjacje trwają, natomiast nie było potwierdzonych wiadomości, że porozumienie zostało podpisane. Dlatego też czekaliśmy na naszych wysłanników, którzy przyjadą z powrotem z Gdańska do Wrocławia z uwierzytelnionym tekstem. 31 sierpnia w zajezdni pojawił się wojewoda wrocławski, który powiedział nam, że on już wie, że porozumienie zostało podpisane. My jednak nie mieliśmy na to żadnych dowodów, w związku z czym czekaliśmy na naszych delegatów przez całą noc. Oni dotarli do Wrocławia nocnym pociągiem około godz. 5 nad ranem 1 września i przywieźli kopię podpisanych porozumień, uwierzytelnioną przez Annę Walentynowicz. Gdy tylko się pojawili, to od razu o godz. 5:30 rano zrobiliśmy zebranie, zakończyliśmy strajk, dostaliśmy gwarancję bezpieczeństwa i praktycznie już tego samego dnia zaczęliśmy organizować Niezależny Samorządny Związek Zawodowy, który potem nazwano NSZZ Solidarność. Wtedy dopiero zaczęła się dla nas ciężka praca.

Skoro uzbrojone oddziały ZOMO stały wokół hali ze strajkującymi, to nie ma się co dziwić, że mieliście obawy, bo przecież mogło się to zakończyć jak protesty w roku 1956, 1970 czy też 1976. Czy mimo tego tliła się w was jakaś iskra nadziei, że tym razem musi się udać?
Oczywiście mieliśmy obawy, że strajki zostaną spacyfikowane i bardzo się z tym liczyliśmy. Jednocześnie byliśmy optymistycznie nastawieni, bo wiedzieliśmy, że te strajki miały charakter ogólnopolski. Praktycznie w każdym dużym mieście ludzie protestowali i strajkowali. W naszym dolnośląskim regionie zakłady pracy stały nawet w mniejszych miejscowościach. Tak więc, gdyby to był tylko jeden zakład w jakimś rejonie czy też tylko kilka miejsc w całej Polsce, to strajki byłyby łatwe do spacyfikowania. W momencie, kiedy w całym kraju stało kilkaset zakładów pracy – a tylko we Wrocławiu było ich około 140 – to rozbicie zarówno Regionalnego Komitetu Strajkowego, jak i tych wszystkich protestujących zakładów było bardzo utrudnione. Tak więc liczyliśmy na to, że siła tysięcy strajkujących osób przełoży się na wolę władzy, żeby to porozumienie w Gdańsku podpisać. Oczywiście były także inne porozumienia zawarte m.in. w Szczecinie i Jastrzębiu. Porozumienie szczecińskie zostało podpisane nieco wcześniej, natomiast myśmy wszyscy czekali na porozumienie gdańskie, ponieważ ono szło najdalej i zakładało możliwość utworzenia niezależnych od partii związków zawodowych, na czym nam bardzo zależało.

Grupa delegatów z Dolnego Śląska na pierwszy Krajowy Zjazd Solidarności. Zygmunt Staszewski stoi w drugim szeregu odwrócony profilem (w swetrze we wzorki) / Foto: ARCHIWUM ZYGMUNTA STASZEWSKIEGO

Czyli te porozumienia – szczecińskie, gdańskie, jastrzębskie i katowickie – nie były jednolite i różniły się treścią.
Tak, to były różne teksty i wszystkie pozostałe były mocno ograniczone w stosunku do porozumienia gdańskiego, które przede wszystkim uwzględniało stworzenie wspomnianych związków zawodowych, zresztą był to jego pierwszy punkt. Warto przypomnieć, że wtedy w Polsce były tzw. branżowe związki zawodowe, którymi całkowicie sterowali komuniści.
Były one nadzorowane przez nich do tego stopnia, że np. w firmie, w której pracowałem (Centrum Naukowo-Produkcyjne Automatyki Energetycznej we Wrocławiu), ich szefem był dyrektor Działu Kadr, będący jednocześnie pracownikiem SB. Tak więc nadzór nad tymi związkami był bardzo ścisły. Jednak w naszym zakładzie – co było wręcz unikalne – mnie i mojej grupie udało się w końcu przejąć władzę w tych branżowych związkach zawodowych, i to już rok przed powstaniem Solidarności, oraz wprowadzić swoich ludzi do ich władz. Gdy wybuchły strajki sierpniowe we Wrocławiu, ja, jako jeden z tzw. prowodyrów, byłem już bardzo dobrze znany w zakładzie pracy, dlatego też zostałem wydelegowany do Regionalnego Komitetu Strajkowego. Ludzie mi wierzyli i mnie słuchali, mimo że miałem dopiero 26 lat. Później, w trakcie organizowania struktur Solidarności, powierzono mi zadanie stworzenia Sekcji Energetyków na Dolnym Śląsku, której byłem przewodniczącym praktycznie do stanu wojennego. To była ogromna odpowiedzialność, ponieważ miałem wtedy pod sobą 10 tys. ludzi. Tak więc Solidarność oprócz struktury regionalnej tworzyła struktury branżowe, wypierając wspomniane komunistyczne związki zawodowe.

Wspomniał pan o tym, że strajki sierpniowe objęły całą Polskę. Co było główną przyczyną ich wybuchu?
Były one związane ze strajkiem w Stoczni Gdańskiej, gdzie na początku nie było tych 21 postulatów, tylko kilka żądań dotyczących przywrócenia do pracy m.in. Anny Walentynowicz, a także podwyżek płac, poprawy w zaopatrzeniu sklepów itd. To były bardzo ograniczone postulaty i komuniści się na nie zgodzili. Wówczas przewodzący strajkowi Lech Wałęsa, który do tej pory nie wiadomo na jakiej zasadzie dostał się do tej stoczni – bo są różne wersje na ten temat – wydał decyzję o zakończeniu tego strajku. Wtedy Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska i kilka innych kobiet zatrzymały go mówiąc mu: „Lechu, co ty robisz? Przecież wiele innych zakładów pracy w Gdańsku stoi popierając nasz strajk. Wydając taką decyzję wystawiasz ich na odstrzał dla komunistów. Musimy dalej kontynuować nasz strajk i popierać inne stojące zakłady”. W tym momencie Wałęsa był zmuszony do tego, żeby wycofać się ze swojej decyzji i tak zaczął się drugi strajk. Wtedy do Gdańska dotarła grupa tzw. ekspertów, która pomogła sformułować te 21 postulatów. W tym momencie zaczęły się ogólnopolskie strajki, które zmusiły komunistów do kompromisu i podpisania słynnych porozumień sierpniowych.

Wśród tych 21 postulatów są zarówno punkty dotyczące spraw społeczno-gospodarczych, jak i politycznych. Które z nich, pańskim zdaniem, były najważniejsze?
Moim zdaniem najważniejszy był punkt pierwszy, dotyczący stworzenia niezależnych samorządnych związków zawodowych, bo to gwarantowało kontynuację legalnych działań przez jakiś czas. Myśmy liczyli na to, że to potrwa długo, i że związki zawodowe rzeczywiście będą w stanie, z jednej strony, naprawić polską gospodarkę, która wtedy strasznie podupadła, a z drugiej – stać się taką strukturą, która pomoże w stopniowym przejściu z systemu komunistycznego do systemu wolnościowego. Wtedy Solidarność pełniła nie tylko funkcję związku zawodowego, ale również organizacji politycznej. Oczywiście były koncepcje, że Solidarność kiedyś się podzieli lub wystąpi z jakąś strukturą niezależnej partii politycznej. To były jednak plany przyszłościowe. Wówczas najważniejsze było stworzenie struktur związkowych, na podstawie których można było próbować reformować Polskę. Muszę przy tej okazji podkreślić, że wtedy w ciągu półtora miesiąca do Solidarności zapisało się ponad 10 mln osób. Do tego należy jeszcze doliczyć ludzi zrzeszonych w osobnych organizacjach, jaką była Solidarność Rolników Indywidualnych oraz Niezależne Zrzeszenie Studentów. W sumie było to kilkanaście milionów członków, stanowiących praktycznie około 80 procent dorosłych osób w wieku produkcyjnym, co dawało nam ogromną siłę i możliwość osiągnięcia pewnych celów. Niestety, to wszystko skończyło się 13 grudnia 1981 r., kiedy Wojciech Jaruzelski ogłosił stan wojenny i zlikwidował Solidarność.

Zygmunt Staszewski (pierwszy z lewej) podczas jednej z comiesięcznych demonstracji pod Konsulatem PRL na Manhattanie, żądających uwolnienia więźniów politycznych / Foto: ZYGMUNT MALINOWSKI

Tak więc dzięki porozumieniom sierpniowym udało wam się swobodnie działać przez niespełna półtora roku.
Tak, ale to był bardzo istotny czas, m.in. z tego względu, że Solidarność była w stanie zorganizować pierwszy ogólnokrajowy zjazd swoich delegatów, który później nazywano pierwszym polskim niezależnym sejmem, ponieważ wzięli w nim udział ludzie wybierani oddolnie przez struktury na zjazd Solidarności według klucza – 1 osoba na około 11 tys. członków. Ja miałem szczęście być delegatem na ten pierwszy Krajowy Zjazd Solidarności, który trwał kilkanaście dni i złożony był z dwóch tur. Rzeczywiście ten zjazd podjął bardzo dużo uchwał, które mogły pomóc reformować Polskę i nasze stosunki z innymi krajami bloku wschodniego. To rzeczywiście była rewolucja. Dlatego po tym zjeździe komuniści – pod presją Moskwy – podjęli decyzję, żeby rozbić Solidarność i wprowadzić stan wojenny. Niestety, to cofnęło Polskę w rozwoju o jakiś 8-9 lat, ponieważ komuniści już wtedy, jesienią 1981 r., mogli zasiąść z Solidarnością do stołu, i w jakiś sposób podzielić się władzą. Jednak wówczas Rosja jeszcze nie była na etapie pieriestrojki, dlatego wtedy to było jeszcze nierealne, a Solidarność została spacyfikowana.

Mimo że po tych kilkunastu miesiącach rządzący wzięli jak gdyby odwet na Solidarności, to jednak te porozumienia sierpniowe dały początek wielkiej rewolucji, która później nastąpiła, i wiązała się nie tylko z obaleniem komunizmu w Polsce, ale także przyczyniła się do upadku muru berlińskiego, i ostatecznie do rozbicia Związku Radzieckiego.
Te zmiany następowały w zakładach pracy od najniższych poziomów. Przy okazji przytoczę przykład, o którym mało się mówi. W wielu zakładach byli kompletnie niekompetentni dyrektorzy wystawieni z klucza partyjnego PZPR. Dlatego też te zakłady niezbyt dobrze funkcjonowały. Solidarność wymogła na władzach ich wymianę na osoby, które były kompetentne zawodowo. W tym momencie polska gospodarka miała szansę odbić się od dna, mając w zakładach pracy lepiej wykształconych i doświadczonych dyrektorów, kierowników itd. Jeżeli chodzi o walkę, to Solidarność była dużą siłą do marca 1981 r. Wtedy miały miejsce tzw. wydarzenia bydgoskie, podczas których milicja pobiła grupę działaczy Solidarności, w tym m.in. Janka Rulewskiego. Wówczas wszyscy szykowali się do strajku generalnego i mocnego nacisku na komunistów. Niestety, Lech Wałęsa zmusił Komisję Krajową do odwołania tego strajku. To osłabiło siłę walki w Solidarności, szczególnie na poziomie zakładów pracy. Dlatego też komuniści w grudniu 1981 r. byli w stanie wprowadzić stan wojenny. Mieli też ogromną możliwość propagandy, a należy podkreślić, że w ich rękach były wszystkie stacje radiowe i telewizyjne oraz gazety, oprócz tych niezależnych wydawanych przez Solidarność. Niemniej jednak, mimo aresztowania pierwszej nocy stanu wojennego kilku tysięcy kluczowych działaczy Solidarności, organizacja ta dalej istniała i funkcjonowała w podziemiu na szczeblu zakładowym. Również prawie w każdym regionie działał Regionalny Komitet Strajkowy, składający się z ukrywających się działaczy. Oprócz tego we Wrocławiu – co było bardzo znamienne i do tej pory jest niedoceniane – mój bardzo dobry przyjaciel, nieżyjący już Kornel Morawiecki, stworzył latem 1982 r. Solidarność Walczącą, która była bardziej patriotyczną i radykalną grupą od podziemnej Solidarności. Właśnie Solidarność Walcząca w stanie wojennym zorganizowała więcej dużych demonstracji we Wrocławiu i wielu innych miejscach niż podziemne struktury Solidarności. Tak więc Kornel Morawiecki ze swoją organizacją miał ogromny wpływ na to, co się wówczas działo w Polsce. Poza tym Solidarność Walcząca miała też swoje nadajniki radiowe oraz poligrafię drukującą codziennie dziesiątki tysięcy materiałów w całym kraju. Solidarność Walcząca miała ogromne poparcie społeczeństwa, które przeciwstawiało się stanowi wojennemu i nie zgadzało się z jego realiami, takimi jak czołgi na ulicach, godzina policyjna czy też delegalizacja Solidarności. Trwało to kilka lat i dopiero w 1989 r. doszło do niefortunnych obrad Okrągłego Stołu. Wówczas praktyczne komunizm już się w Polsce rozpadał i zarówno moim, jak i Kornela Morawieckiego zdaniem wystarczyło jeszcze trochę poczekać i doprowadzić do dużo lepszych porozumień dotyczących przejęcia władzy w Polsce, bardziej korzystnych dla społeczeństwa, a mniej korzystnych dla komunistów. Tutaj niestety bardzo zawinił Lech Wałęsa, który zamiast zwołać z powrotem pełny skład Komisji Krajowej, którą wybraliśmy na pierwszym zjeździe w 1981 r., to wziął z niej tylko kilka wybranych przez siebie i zaakceptowanych przez komunistów osób, oraz do nich dobrał sobie tzw. doradców, którzy nawet nigdy nie byli członkami Solidarności, i wraz z nimi siadł do rozmów ze stroną rządową. Doprowadził przez to do takich porozumień, które zaowocowały tym, że Wojciech Jaruzelski został prezydentem Polski. Niestety, było to dla mnie absolutnie niedopuszczalne, ponieważ nie był to dobry dla Polski kompromis. Niemniej jednak, gdy w 1989 r. odbyły się półwolne wybory, w których część miejsc w parlamencie była z góry przydzielona komunistom, to Polska była postrzegana przez państwa ościenne jako kraj, który wyrywa się z bloku komunistycznego. Doprowadziło do tego, że Niemcy zaczęli się burzyć i obalili mur berliński, natomiast inne kraje powoli dołączyły się do tego procesu. Oczywiście było to za zgodą Związku Sowieckiego i zachodzącej tam pieriestrojki, która niespodziewanie wyrwała im się z rąk i poszła za daleko. Oczywiście Michaił Gorbaczow nie chciał rozpadu Związku Radzieckiego, ale historia potoczyła się inaczej. Mur berliński również został obalony przez przypadek, ponieważ jakiś tam niemiecki działacz ogłosił, że można już przechodzić z Berlina Wschodniego do Zachodniego, a ludzie to wykorzystali i zaczęli burzyć mur dzielący to miasto. Przykre jest jednak to, że to właśnie mur berliński stał się symbolem rozpadu bloku wschodniego, a nie Solidarność, która praktycznie to wywalczyła.

Myślę, że to jest efekt ówczesnej propagandy światowej i większego medialnego nagłośnienia sprawy upadku muru berlińskiego niż symbolicznego przeskoczenia bramy Stoczni Gdańskiej przez Lecha Wałęsę.
Pewnie tak, jednak z tego faktu związanego z przeskoczeniem bramy przez Lecha Wałęsę do tej pory pół Gdańska się śmieje. Pamiętam jak podczas pierwszego Krajowego Zjazdu Solidarności rozmawiałem z Anną Walentynowicz, która już wtedy powiedziała mi, że byli świadkowie tego, jak Lech Wałęsa został przywieziony do stoczni motorówką Marynarki Wojennej, i że nie przeskoczył przez żaden płot. Do tej pory nie wiadomo, jak rzeczywiście Wałęsa dostał się do Stoczni Gdańskiej i jaka była jego rola, natomiast nie ma już obecnie żadnych wątpliwości, że od 1970 r. do 1976 r. współpracował z bezpieką. Pytanie tylko, co stało się z chwilą wypisania go z akt SB w 1976 r. i czy nie został wtedy wpisany do jakiś innych akt, bo jak wiadomo poszczególne jednostki wywiadu przekazywały sobie ludzi z jednej grupy do drugiej. Tak więc nie wiadomo, komu Wałęsa służył od 1976 r., ale mam nadzieję, że te dokumenty kiedyś zostaną ujawnione. Niemniej jednak jest dużo przesłanek, że Lech Wałęsa zarówno w trakcie strajków sierpniowych, jak i później, był sterowany albo przez SB, albo wywiad wojskowy, albo też przez agencję wywiadowczą innego kraju.

Abstrahując od tego – bo to temat-rzeka na osobną rozmowę – to mimo wszystko porozumienie sierpniowe spisane w postaci 21 postulatów zostało uznane przez UNESCO za jeden z najważniejszych dokumentów XX wieku, mających światowe znaczenie. I to chyba jest jeden z największych sukcesów wydarzeń z sierpnia 1980 r.
Na pewno tak, ale dla nas najważniejsze było stworzenie tej 10-milionowej struktury, o której wcześniej wspominałem. To był największy sukces, który spowodował, że wówczas wielu ludzi zaczęło się „budzić”, ponieważ trzeba było się opowiedzieć, po której stronie się stoi. Nawet wiele osób będących członkami PZPR wypisało się wtedy z partii i wstąpiło do Solidarności, ponieważ wiedzieli, że to jest właściwa droga. Poza tym Solidarność w swoich strukturach prowadziła bardzo dużo wykładów historycznych przekazując treści, o których za czasów komunistycznych nie wolno było mówić, m.in. dotyczące Katynia, żołnierzy wyklętych, terroru panującego w Polsce po 1944 r. itd. W 1980 r. większość polskiego społeczeństwa w ogóle nie wiedziała o mordzie katyńskim i innych komunistycznych zbrodniach, ponieważ w szkołach o tym nie uczono. Natomiast za czasów Solidarności można było już prowadzić takie wykłady historyczne oraz pisać o tym publicznie w wydawanych przez nią na ogromną skalę gazetkach. Dzięki temu rozwój wiedzy historycznej Polaków w okresie tzw. karnawału Solidarności zaowocował tym, że Polacy zaczęli myśleć o niepodległości.

Zygmunt Staszewski ze swoją żoną Natalią / Foto: SASHA STASZEWSKI

Jak z perspektywy mijających czterech dekad patrzy pan na okres strajków sierpniowych, zakończonych zawartym porozumieniem z ówczesną władzą? Warto było ryzykować zdrowie i życie, mając świadomość, że może się to zakończyć tragicznie, gdyż uzbrojeni zomowcy stali u bram zakładów pracy, w których strajkowaliście?
Oczywiście warto było walczyć i warto było ryzykować w sierpniu 1980 r., a później także prowadzić legalną działalność związkową przez półtora roku, mimo że już wtedy wiedzieliśmy, że w pewnym momencie komuniści zdecydują się na rozbicie Solidarności. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę i liczyliśmy się z tym, że wszyscy za to odpowiemy i trafimy do więzienia. W moim przypadku, 13 grudnia, już kwadrans po północy zastukano do drzwi, za którymi stało dwóch zomowców z kałasznikowami i jeden ubek z pistoletem, który mi natychmiast przyłożył do głowy. W ten sposób zostałem zatrzymany i spędziłem pół roku w więzieniu, i w obozie internowania tylko za to, że byłem legalnym działaczem związkowym Solidarności. Przeciwko nam nie było żadnych zarzutów karnych. Byłem wraz z innymi działaczami dolnośląskiej Solidarności i NZS internowany po to, by odizolować nas od społeczeństwa. Trafiliśmy do poniemieckich więzień we Wrocławiu, a potem w Grodkowie, i w ten sposób zapłaciliśmy za swoją działalność. Później część z nas została różnymi naciskami zmuszona do emigracji z paszportem w jedną stronę, bez prawa powrotu do Polski. Ja trafiłem do Stanów Zjednoczonych. Ci, którzy zostali w kraju, stracili pracę i w większości przypadków nie byli w stanie wrócić do swoich wyuczonych zawodów. Natomiast ci, którzy wyjechali, opuścili Polskę z dwiema walizkami i dosłownie 10 dol. w kieszeni, ponieważ nie pozwolono nam zabrać ze sobą żadnego mienia. Przyjeżdżając do państw zachodnich, Kanady, Stanów Zjednoczonych czy też innych krajów, musieliśmy zaczynać swoje życie od nowa, od zera, co nie było łatwe. Jednocześnie wielu z nas cały czas wspomagało podziemną Solidarność i Solidarność Walczącą. Grupa działaczy solidarnościowych, która dotarła do Nowego Jorku, natychmiast zorganizowała tzw. Komitet Członków Solidarności – Byłych Więźniów Politycznych, w którym przewodniczącym był Andrzej Burghardt, obecny szef Kongresu Polonii Amerykańskiej w New Jersey. Ja byłem wiceprzewodniczącym, a moja ówczesna żona – również internowana w stanie wojennym – Iwona Bęczkowska była sekretarzem. Wtedy, co miesiąc, praktycznie do 1989 r.  organizowaliśmy tzw. miesięcznice stanu wojennego pod Konsulatem PRL na Manhattanie i różne inne demonstracje, a także zbieraliśmy pieniądze na podziemną Solidarność, wysyłaliśmy sprzęt poligraficzny, elektroniczny itd. Działaliśmy tak jak tylko mogliśmy na polecenie władz podziemnej Solidarności. Jednocześnie mieliśmy ogromny stres związany z tym, że w Polsce naszych kolegów i koleżanki dalej represjonowano. Walczyliśmy o ich uwolnienie poprzez różne amerykańskie organizacje, m.in. przez Amnesty International. Oczywiście ci, którzy dalej działali w Polsce, byli wystawieni na dużo większe ryzyko, ponieważ mogli być aresztowani, pobici, a nawet zamordowani. Wiemy doskonale, w jaki sposób za popieranie Solidarności zapłacił m.in. śp. ks. Jerzy Popiełuszko, który był torturowany i potem zamordowany. Również wiele innych ludzi zginęło w stanie wojennym; w sumie było to kilkuset działaczy, z czego oficjalnie podawanych jest nieco ponad sto osób. Tak naprawdę było ich dużo więcej, i wielu z nich zginęło w niewyjaśnionych okolicznościach, przez co nie byli zaliczeni do ofiar stanu wojennego, mimo że wszystko wskazuje na to, że sprawcami tych mordów byli komuniści, a nie przypadkowi bandyci. Byli też działacze, którzy ukrywali się przez wiele lat, jak np. Kornel Morawiecki. Zszedł on do podziemia z dniu ogłoszenia stanu wojennego i prowadził Solidarność Walczącą aż do 1988 r., kiedy to przez przypadek został aresztowany i wydalony z Polski, aby po kilku miesiącach nielegalnie przekroczyć granicę i znów zejść do podziemia. To wymagało ogromnego poświęcenia ludzi, którzy praktycznie przez wiele lat nie byli w stanie widzieć się nawet ze swoją rodziną.

Na zakończenie proszę powiedzieć, czy i na ile żądania zawarte w porozumieniach sierpniowych są nadal aktualne? Pytam o to, ponieważ na pewno są takie punkty, które nie straciły nic na swojej aktualności, jak np. sprawa poprawy warunków pracy służby zdrowia i opieki medycznej.
Myślę, że taka analiza dotycząca obecnego statusu postulatów sierpniowych oraz tego, ile z ich zostało spełnionych do tej pory, a ile nie, byłaby bardzo ciekawa. Jeżeli chodzi o służbę zdrowia, to wszyscy doskonale wiemy, jak ona wygląda w Polsce. Niestety, to jest bardzo przykre. Moja siostra i brat cioteczny są w Polsce lekarzami, więc mam obraz tego, jak to wszystko wygląda. Służba zdrowia wymaga dużych zmian i mam nadzieję, że nominowany kilka dni temu minister zdrowia będzie w stanie podjąć się tego zadania i skutecznie zreformować fatalny system zdrowotny. Myślę tu o niedofinansowaniu służby zdrowia oraz braku lekarzy i pielęgniarek. Moim zdaniem, jedną z głównych przyczyn tego problemu była zgoda na emigrację dziesiątków tysięcy wykształconych za darmo medyków. Nawet za komuny osoby za darmo wykształcone miały obowiązek odpracowania 5 lat w Polsce albo spłacenia kosztów studiów.

Z okazji 25. rocznicy powstania Solidarności Zygmunt Staszewski wygłosił przemówienie w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku / Foto: ARCHIWUM ZYGMUNTA STASZEWSKIEGO