Swój dyplom zdobyłem na ulicy

Rozmowa z Adamem Makowiczem

375
Adam Makowicz jest jednym z najwybitniejszych polskich pianistów jazzowych o światowej sławie / Foto: ANDRZEJ CIERKOSZ/POL-AND.TV

"Najważniejsze jednak jest żebym osiągnął to do czego dążę, czyli abym doszedł jak najbliżej do doskonałości i koncentracji podczas grania, oraz zrozumienia istoty improwizacji muzyki, którą tworzę" - mówi Adam Makowicz, wybitny polski pianista jazzowy o światowej sławie. Artysta ten został wyróżniony Złotym Fryderykiem 2021 za całokształt swoje twórczości. Gala wręczenia tegorocznych nagród polskiego przemysłu muzycznego odbędzie się 5 sierpnia w hali Netto Arena w Szczecinie.

Panie Adamie, gratuluję Złotego Fryderyka 2021 przyznanego przez kapitułę tej nagrody już 18 marca. Niebawem, 5 sierpnia, podczas uroczystej gali złota statuetka trafi do pańskich rąk. Jak pan zareagował na wiadomość o tym wyróżnieniu?
Byłem mile zaskoczony. Moment, w którym się dowiedziałem, że otrzymałem tak piękną nagrodę był jedną z najprzyjemniejszych chwil w moim życiu. Dziękuję ludziom, którzy zadecydowali, żeby mnie wybrać do tego wyróżnienia. To jest niezmiernie miłe jeśli ktoś docenia twoją pracę i wiele lat poświęconych muzyce. Bardzo za to dziękuję.

Nagroda ta została panu przyznana za całokształt działalności artystycznej, więc myślę, że warto spojrzeć wstecz i nieco się jej przyjrzeć. W którym momencie pańskiego życia pojawiła się miłość do muzyki, a przede wszystkim do fortepianu? Jak wyglądały początki pańskiej kariery?
Ja bym to nazwał generalnie miłością do muzyki. Zacząłem grać w 1949 roku, a więc w trudnym, powojennym czasie, gdy Polska zaczęła się odbudowywać po ponad 5 latach wojny. Moja matka była bardzo ambitną kobietą, chciała skończyć studia muzyczne i zostać śpiewaczką. Niestety wojna przerwała jej plany, ale kontynuowała to później wychowując nas w tym kierunku. W Rybniku działała Państwowa Szkoła Muzyczna, w której panowała fantastyczna atmosfera stworzona przez profesorów Karola i Antoniego Szafranków. Byli oni najważniejszymi osobami, jeśli chodzi o muzyczne życie w Rybnickim Okręgu Przemysłowym. Atmosfera ta emanowała na wszystkie miasteczka w pobliżu, gdzie były huty, kopalnie itd. Górnicy zawsze mieli bardzo ciężkie i niebezpieczne życie, i być może to powodowało, że również każdy z nich grał na jakimś instrumencie, czy to na akordeonie, na trąbce, czy też na puzonie. Zresztą najlepsze orkiestry dęte, najlepsi trębacze i puzoniści pochodzą właśnie ze Śląska. Być może to zadecydowało o tym, że bracia Szafrankowie właśnie tam postanowili otworzyć swoją szkołę muzyczną. Zaczęli działać już przed wojną, a po jej zakończeniu pozwolono im dalej ją prowadzić. I ja tam trafiłem. Mimo że urodziłem się Czechach i tam zacząłem chodzić do szkoły — ponieważ moja matka pochodziła z Zaolzia — to jednak po 1947 roku kiedy czeski rząd stwierdził, że musimy zdecydować się na jedno obywatelstwo, rodzice postanowili, że wybierają polskie, ponieważ zawsze czuli się Polakami. W dodatku mój ojciec jako inżynier mechanik maszyn górniczych dostał pracę w Rybniku. Do szkoły muzycznej zapisała mnie mama, natomiast ja jako małe, 9-letnie dziecko nie bardzo się tym interesowałem, ponieważ wolałem grać z chłopakami w piłkę. Jednak matka nie pozwala mi wyjść z domu dopóki nie przećwiczę gamy i pilnowała, żebym co najmniej raz na dwa dni przez godzinę grał na fortepianie. W szkole muzycznej pod swoje skrzydła wziął mnie Karol Szafranek, który był absolwentem słynnej berlińskiej szkoły muzycznej (ukończył ją m.in. Artur Rubinstein) i uczył gry tylko najbardziej zdolnych uczniów. On był specjalistą od techniki fortepianowej, potrafił wyjaśnić jak sobie poradzić z różnymi „problemami palcowymi” i szybkością grania, by się nie męczyć. Do tej szkoły chodziłem chyba trzy lata i tam dostałem pierwsze lekcje gry, poznałem jej technikę, i to mi wystarczyło do końca życia. Później już żaden profesor, ani w Katowicach, gdzie się przyniosłem, ani w Krakowie, ani gdziekolwiek indziej nie nauczył mnie żadnych istotnych rzeczy; no może poza frazowaniem, tym bardziej, że długo siedziałem w muzyce klasycznej. Jazzem zainteresowałem się nieco później, dzięki Czesławowi Gawlikowi, który nazywany był ojcem jazzu w Rybniku. Wcześniej zostałem wyrzucony ze szkoły, z dziewiątej, tzw. maturalnej klasy, ponieważ był to już czas gdy ja chciałem grać, a nie uczyć się matematyki, chemii i przedmiotów, które uważałem, że nie będą mi w przyszłości potrzebne. Rodzicom przyniosłem przez to wielki wstyd, ponieważ w naszym małym wówczas miasteczku wszyscy o tym wiedzieli i litowali się nad nimi. Niestety ja wówczas byłem takim rebeliantem i wszystko robiłem na opak niż chcieli tego inni. Później mi było z tego powodu bardzo przykro, ponieważ nawet nie zdążyłem przeprosić za to mamy przed jej śmiercią. Gdy wróciłem z Katowic do Rybnika, to dzięki wspomnianemu Czesławowi Gawlikowi mogłem słuchać dużo jazzowej muzyki ponieważ on miał rodzinę w Kanadzie, która przysyłała mu takie płyty. Gdy później zobaczyłem w telewizji pierwszy raz na żywo Komedę m.in. z Milianem i Dylągiem, jak grają muzykę Bacha, to byłem pod wielkim wrażeniem. W dodatku wszyscy byli ubrani na czarno, i występowali w kłębach dymu, który tworzył taką tajemniczą atmosferę. To dla mnie – a miałem wtedy około 16 może 17 lat – było to coś fascynującego. I wsiąkłem w to. Wtedy z dnia na dzień porzuciłem muzykę klasyczną i zainteresowałem się jazzem. W latach 60. gdy zaczął się już pojawiać rock, który komunistyczne władze postrzegały jako angielsko amerykańską muzykę z grzmiącymi gitarami, to powoli zaczęto patrzeć na jazz bardziej pod kątem artystycznym. W dodatku przedstawiano go jako muzykę „czarnych”, wyrażającą ich ekspresję przeciwko temu, co się działo w Stanach Zjednoczonych, gdzie nie mieli oni głosu, byli źle traktowani, a nawet nie mogli głosować. I mimo że w telewizji dominowały zespoły grające muzykę tradycyjną i prostą rytmicznie, to jednak zaowocowało to tym, że później wszystkie festiwale jazzowe były sponsorowane przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Dzięki temu nasza sytuacja zaczęła się klarować. To była już połowa lat 60. i początki lat 70. Wtedy zaczęliśmy w miarę normalnie żyć. Byliśmy, że tak powiem, częścią społeczeństwa polskiego, a nie marginesem, jak nas wcześniej postrzegano. To z kolei było takim motorem naszego działania i utwierdziło nas w przekonaniu, że idziemy w dobrym kierunku. Dzięki temu mogliśmy kontynuować naszą pracę i starać się doskonalić i osiągać coraz lepsze wyniki w graniu, w improwizacji, itd. Co prawda w dalszym ciągu był problem z dotarciem do informacji i nowej muzyki, ale w tym bardzo pomógł nam Willis Conover, który codziennie w Voice of America prezentował istotne nagrania artystów ważnych dla dalszego rozwoju jazzu w Ameryce.

Adam Makowicz został wyróżniony Złotym Fryderykiem 2021 za całokształt swojej twórczości / Foto: FACEBOOK FRYDERYK FESTIWAL

Jak wtedy, gdy podrzucił pan muzykę klasyczną, zareagowali pańscy rodzice. Pytam o to ponieważ z jednej strony wyrzucono pana ze szkoły, z drugiej, to pan odrzucił muzykę, która chyba była im bliższa, a w dodatku dawała panu lepszą perspektywę na przyszłość.
Miałem przez to parę bardzo trudnych lat. Byłem nawet bezdomnym, bo rodzice w żadnym wypadku nie chcieli się zgodzić, żebym zajął się muzyką jazzową, którą wtedy propaganda przedstawiała bardzo negatywnie. Twierdzono, że wyzwala ona w człowieku złe instynkty, że jest powiązana z narkotykami, wódką, i papierosami, itd. W dodatku brat ojca miał z tym problemy i matka się bała, że ja chodząc na jam sessions do nocnych klubokawiarni wpadnę w takie nałogi. A wtedy do Rybnika przyjeżdżali już muzycy jazzowi. Można było zobaczyć Zbyszka Namysłowskiego, Jana „Ptaszyna”  Wróblewskiego, czy też Jerzego Miliana. Takie koncerty trwały do późnych godzin nocnych. W ich trakcie paliło się papierosy, piło mocne piwo typu porter, a do domu wracało się o 3 nad ranem. Tak więc moja mama nie mogła być z tego zadowolona ponieważ ja wtedy miałem około 17 lat. Trochę się to zmieniło gdy wyjechałem do Krakowa. Mimo że miałem już 19 lat to przyjęto mnie tam do liceum muzycznego połączonego z „ogólniakiem” żebym mógł zrobić maturę i zdobyć dyplom. Tamtejszym profesorom podobała się moja gra, chociaż wiedzieli, że nie zostanę już pianistą klasycznym. Zauważyli oni jednak, że jazz zaczyna mieć coraz większe znaczenie, zwłaszcza po tym jak festiwal Jazz Jamboree został przeniesiony z Sopotu do Warszawy, do Filharmonii Narodowej. Stwierdzili, że skoro filharmonie otwierają swoje wrota pięknej muzyki klasycznej dla muzyków jazzowych, to znaczy, że ta muzyka jest coś warta. Jednak uważali, że w tej szkole nie jestem w stanie się nic więcej nauczyć ponieważ oni na jazzie się nie znają. Po pewnym czasie zdecydowałem, że nie powinienem tracić czasu na tę szkołę i ją porzuciłem. W tym momencie nie mogłem już liczyć na pomoc ze strony rodziców ponieważ zbuntowałem się całkowicie. Postanowiłem żyć na własnym rozrachunku. To był dla mnie dosyć trudny okres, ale przez to zdobyłem doświadczenie życiowe. Na ulicach Krakowa, a wcześniej także Katowic, poznawałem różnych ludzi. Rozmawiałem z alkoholikami i osobami mającymi różne problemy, spędzałem z nimi wiele godzin w zimnie, czasami w restauracji dworcowej przy kaloryferze, gdzie było nieco cieplej, itd. I uważam, że to była moja najlepsza edukacja w życiu, doświadczenie, które mało kto może przejść. To był również niebezpieczny okres, ale ja wiedziałem, że nie dla mnie, bo moim głównym celem życia była muzyka, a nie szwędanie się po nocnych klubach i lokalach, czy zażywanie tzw. wspaniałych rzeczy jakimi dla takich ludzi są papierosy, wóda, narkotyki itd. Dzięki temu, że poznałem życie bezdomnych, uważam, że swój dyplom zdobyłem nie w szkole, ale właśnie na ulicy.

Na pewno dużą rolę, zwłaszcza w pańskim życiu zawodowym, miały klubowe koncerty grane na żywo z różnymi muzykami. To przyniosło panu nie tylko sławę w Polsce, ale również w całej Europie, a nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie pan później trafił.
To był taki łańcuch, w którym ogniwo zaczepia się o ogniwo. Tak krok po kroku występując z różnymi zespołami zdobywałem większą wiedzę muzyczną, umiejętność improwizacji, oraz to, co muzyka jazzowa ma najważniejszego, tzw. timing swing, takie kołyszące się frazowanie i dynamikę. Są to elementy, które zaczyna się rozumieć dopiero jak człowiek dojrzewa muzycznie. Jest to także bardzo ważna część twórczego elementu muzycznego. Tak więc cały czas na tym pracowałem i właściwie muszę stwierdzić, że dalej to doskonalę, ponieważ uważam, że nigdy nie osiągnie się całkowitego mistrzostwa w sztuce twórczej. Ja grałem z różnymi grupami i próbowałem na różne sposoby zdobywać to doświadczenie, ale to były, że tak powiem, małe epizody. Umiejętność improwizacji poczułem dopiero jak przyjechałam do Stanów Zjednoczonych i zacząłem grać z amerykańskimi muzykami. Ja zawsze powtarzam – jak się mnie pytają jakie bym dał porady dla młodych muzyków jazzowych, którzy uczą się improwizacji – że, żeby dojść do mistrzostwa, to należy grać z najlepszymi artystami, jeśli to oczywiście jest możliwe.

Adam Makowicz wystąpił 19 marca w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie / Foto: WOJTEK KUBIK

Pan miał taką okazję. Jak pan wspomina współpracę z wielkimi amerykańskimi sławami, oraz jak pan się czuł występując z tymi wiazdami na jednej scenie?
Na samym początku, kiedy zaczynałem grać z bardzo dobrymi amerykańskimi muzykami, czy to na festiwalach, czy nawet w klubach, to zastanawiałem się co ja robię wśród tych wielkich artystów. W pewnych momentach czułem swoją niemoc muzyczną. Nie mogłem się zadowolić swoją grą, często uważałem, że coś mi wyszło, w środku coś mi mówiło, że to nie było to frazowanie, nie ta dynamika, że grałem za głośno ponieważ chciałem w ten sposób „przekrzyczeć” innych lub uważałem, że tak jest lepiej, a nie było, itd. Często miałem takie problemy, a na drugi dzień po koncertach ze znanymi, wspaniałymi muzykami często byłem w depresji. Jednak to zawsze mnie mobilizowało. Wiedziałam, że muszę wziąć się do pracy, muszę grać i ćwiczyć te improwizacje by w końcu być zadowolonym. Później przychodził kolejny koncert ze znanymi muzykami i znów to samo. Tak było przez wiele lat, ale ciągle miałam możliwość grania z najlepszymi artystami. Oni mi – w pewnym sensie – dawali silną podporę, a ja o tym wiedziałem. Być może byłem wtedy zbyt spięty i chciałam zagrać lepiej niż potrafię. Wiedziałem jednak, że nikt z dnia na dzień nie zostaje geniuszem. Na szczęście miałem wiele takich koncertów. Występowałem m.in. z muzykami z orkiestry Duke’a Ellingtona, którzy mimo podeszłego wieku cały czas wspaniale grali na saksofonie, trąbce, czy klarnecie. W ten sposób przez wiele lat zdobywałem doświadczenie i robię to cały czas nawet teraz gdy gram z młodszymi od siebie muzykami.

Jest pan bardzo skromną osobą i bardzo wymagającą w stosunku do siebie. Jednak pański talent i umiejętności zostały dostrzeżone w Ameryce. Został pan uznany za jednego z najlepszych pianistów jazzowych w USA. Jest pan zaliczany do grupy 400 najważniejszych Polaków w Stanach Zjednoczonych, a przede wszystkim znalazł się pan w książce „88: The Giants of Jazz Piano” oraz w autobiografii Johna Hammonda – „John Hammond on record: An autobiography”. To o czymś świadczy. To jest wielki sukces, którego panu serdecznie gratuluję. Poza tym osiągnął pan w swojej dziedzinie, w muzyce jazzowej, ale również w muzyce klasycznej chyba wszystko, co można sobie wymarzyć. Różnymi wyróżnieniami i nagrodami, które pan zdobył mógłby pan obdarować wielu artystów. Podobnie wygląda sprawa z płytami, których pan wydał około 60. Mam tutaj na myśli zarówno płyty solowe jak i albumy innych artystów z pańskim udziałem. Czy jest jeszcze coś o czym pan marzy, coś co chciałby osiągnąć w swoim życiu lub przekazać w swojej muzyce?
Człowiek marzy o wielu rzeczach, o których wie, że już ich nie osiągnie. Najważniejsze jednak jest żebym osiągnął to do czego dążę, czyli abym doszedł jak najbliżej do doskonałości i koncentracji podczas grania, oraz zrozumienia istoty improwizacji muzyki, którą tworzę. Ciągle doskonalę też porozumienie ze słuchaczami, ponieważ moja muzyka jest żywa i polega na wymianie energii. Ja przez swoją grę wysyłam ją do publiczności, a słuchacze poprzez odpowiednią reakcję przesyłają mi swoją. Niestety obecnie podczas pandemii, gdy koncerty odbywają się, lub są nagrywane bez udziału publiczności to wszystko zostało zachwiane.

Kończąc zastanawiam się czego mógłbym panu życzyć. Wydaje mi się, że skoro w Polsce pańska aktywność artystyczna została przypieczętowana Złotym Fryderykiem za całokształt twórczości, to myślę, że kolejnym wyróżnieniem powinna być nagroda Grammy, czego panu serdecznie życzę.
Może mi pan życzyć po prostu doskonałości w tej pięknej sztuce improwizacji, doskonałości i jeszcze raz doskonałości. To mi zupełnie wystarczy. Ja już w życiu nie potrzebuję więcej. Ważne żebym sam był świadomy tego, że osiągnąłem to, co mogłem osiągnąć i chyba powinienem być z tego zadowolony. Może mi pan również życzyć zdrowia, bo bez niego będzie mi ciężko cokolwiek zrobić. Te dwie rzeczy są najważniejsze – doskonałość w muzyce i zdrowie.

Adam Makowicz wraz z autorem wywiadu red. Wojciechem Maślanką / Foto: ANDRZEJ CIERKOSZ/POL-AND.TV

*********

Powyższy wywiad stanowią fragmenty długiej rozmowy, którą w wersji wideo można obejrzeć na kanale „POL-AND.TV” znajdującym się w serwisie internetowym YouTube.