Tańczą po polsku

202
Słuchacze Polonijnego Studium Choreografii nie tylko przyznają się do tego, że są Polakami – oni to z dumą podkreślają. Do Rzeszowa przyjechali z całego świata. Także ze Stanów Zjednoczonych. Na przykład Emilia i Oliwia z Chicago, Robert z Nowego Jorku czy Agata z Indiany. Kochają taniec, ale i polską tradycję, o której chętnie opowiadają swoim amerykańskim przyjaciołom.

Działające od 21 lat Polonijne Studium Choreografii, którego partnerem jest Uniwersytet Rzeszowski, to jedyna na świecie szkoła kształcąca przyszłych kierowników i choreografów polonijnych zespołów folklorystycznych w dziedzinie polskiego tańca ludowego. Zajęcia prowadzone są w lipcu przez trzy tygodnie, a cały proces szkolenia trwa cztery semestry – w sumie prawie 700 godzin, czyli tyle, ile wynosi czas kształcenia na studiach licencjackich.

W programie są między innymi tańce narodowe i regionalne, ale też przedmioty muzyczne i wykłady dotyczące obrzędów, zwyczajów czy charakterystyki konkretnych strojów ludowych. „Wykładowcami są najlepsi specjaliści w swojej branży – podkreśla w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” dyrektor studium Romuald Kalinowski, choreograf i wykładowca tańców narodowych. – Szacujemy, że ponad 80 proc. choreografów, którzy czynnie pracują na całym świecie, to wychowankowie naszego studium” – dodaje.

Efekty osiąga się dzięki wielu godzinom, ciężkiej pracy. Próby trwają od rana do późnego wieczora. A potem są zaliczenia i egzaminy. Warunkiem otrzymania dyplomu jest napisanie pracy dotyczącej m.in. charakterystyki tańców wybranego regionu, ale i ułożenie choreografii. Wielu dedykuje ją, pochodzącym z Polski, swoim dziadkom czy pradziadkom.


FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Studentkami II roku studium są 18-letnia Emilia (pierwsza z prawej) i o rok starsza Oliwia. Razem tańczą w Harcerskim Zespole Tańca Ludowego „Lechici”, najstarszym ludowym zespole w Chicago. Powstał ponad 50 lat temu. Choreografem zespołu jest tata Emilii, absolwent rzeszowskiego studium. „Tata urodził się w Chicago, tak samo jak jego mama, czyli moja babcia, ale od zawsze czują się bardziej Polakami niż Amerykanami. To dzięki pradziadkom, którzy wyemigrowali do USA po I wojnie światowej i nigdy nie zapomnieli o swojej ojczyźnie. W ich domu zawsze mówiło się wyłącznie po polsku, pielęgnowano tradycje, szczególnie przy okazji świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Ja też, mimo że urodziłam się w Chicago, czuję się bardziej Polką” – podkreśla Emilia Więcek. W zespole ludowym tańczy od 4. roku życia. Żartuje, że nie miała innego wyjścia, skoro jej tata jest choreografem. „Fajne jest też to, że moi rodzice poznali się na zajęciach tanecznych, zaiskrzyło podczas jednego z koncertów zespołów ludowych. Mama urodziła się w Polsce, w Mielcu. Wyemigrowała do USA, gdy miała 20 lat” – opowiada nasza rozmówczyni. Jej ulubione tańce regionalne związane są z Rzeszowem, bo właśnie stąd pochodzili jej pradziadkowie. „Bardzo bym chciała w przyszłości zostać choreografką, zresztą tata już mi to przepowiada, i dlatego tak mocno kibicuje mi podczas nauki w rzeszowskim studium” – dodaje Emilia.

Oliwia Łakomy, studentka I roku biochemii na uniwersytecie w Chicago, zaczęła tańczyć w „Lechitach” dzięki Emilii. Poznały się w polskiej sobotniej szkole w Chicago, razem też należały do harcerstwa. „Urodziłam się w Nowej Dębie. Jak miałam 3 lata, rodzice podjęli decyzję o emigracji. Mimo że mieszkam w USA od 16 lat, to właśnie w Polsce czuje się jak w domu” – przyznaje. Uwielbia polską kulturę i polskie tradycje. „Amerykanie kojarzą Polskę przede wszystkim z kiełbasą i pierogami, tymczasem jest mnóstwo rzeczy, które można opowiadać o naszej ojczyźnie. Także za pomocą tańca” – uważa Oliwia. Zapisała się na zajęcia w studium choreografii, bo chce jeszcze lepiej poznać kulturę ludową. Bardzo lubi tańce kaszubskie. Oprócz kroków podobają się jej też, tradycyjne dla tego regionu, stroje. Mężatki noszą na głowie złotnicę, czyli aksamitny, wyszywany czepek, ozdobiony wstążkami. Panny stroją głowy wiankiem lub opaską w kolorze spódnicy. Jest też biała koszula i aksamitny gorset, no i oczywiście spódnica, a na nogach wiksówki, czyli czarne zapinane na pasek półbuciki. Uzupełnieniem jest naszyjnik z bursztynów. „Zamiłowanie do tańca odziedziczyłam po dziadziu, który, gdy jeszcze miał siłę, uwielbiał grać na akordeonie, kochał też tańczyć. Tradycje ludowe zbliżyły mnie do niego, bo to dzięki niemu pokochałam taniec. Mieszka w Polsce więc nie widujemy się na co dzień, ale mamy wspólną pasję, i to jest super” – mówi Oliwia. Mimo że zajęcia w studium choreografii są bardzo wymagające, trwają po kilkanaście godzin dziennie, od poniedziałku do soboty, to nie narzeka. „To jest fantastyczna przygoda i bardzo się cieszę, że mogę w niej uczestniczyć” – podkreśla.

FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Tak samo uważa Robert Bronchard z Nowego Jorku. „Tutaj śpi się szybko, ale z pewnością warto uczestniczyć w tych zajęciach, bo wiedzy tej nie znajdziemy w książkach” – mówi 25-latek, obecnie student uniwersytetu w Miami. Kształci się na kierunku fortepian i pedagogika, kilka tygodni temu ukończył pierwszy rok doktoratu. Grywał w różnych salach koncertowych Nowego Jorku, kilka razy w Carnegie Hall. W 2017 roku został laureatem w konkursie „Wybitny Polak”. Od 10 lat związany jest z Polish American Folk Dance Company, ale tańczyć zaczął już w polskiej sobotniej szkole na Greenpoincie. Ojczysty język rodziców od zawsze był jedynym w domu. „Rodzice pochodzą z okolic Grudziądza. Przywieźli ze sobą polską kulturę i tradycję, i w ten sposób byliśmy z siostrą wychowywani. Były polskie obiady, książki, dobranocki. Jak poszedłem do szkoły podstawowej, to nie znałem nawet języka angielskiego, ale nie było to problemem, bo większość dzieciaków też pochodziła z polskich rodzin, więc się dogadywaliśmy. Mieszkałem wtedy na Greenpoincie, a więc w dzielnicy, gdzie mówiło się przede wszystkim po polsku – opowiada Robert. – Często podczas różnych występów czy parad jesteśmy zaczepiani przez Amerykanów i pytani na przykład o stroje. Jeśli mamy na sobie krakowskie, to tłumaczymy, że korale na szyi dziewczyny oznaczały zamożność, im więcej miała ich na sobie, tym ojciec miał więcej krów. Albo że rogatywki mają pawie pióra, żeby krakowiacy wyglądali na wyższych niż górale z Podhala, bo zawsze między nimi były utarczki. W ten sposób można opowiedzieć masę ciekawych rzeczy związanych z naszą kulturą i zwyczajami – uważa Robert. – Gdy ktoś mnie pyta, skąd pochodzę, zawsze odpowiadam, że urodziłem się w Stanach, ale uważam się za Polaka mieszkającego w Ameryce” – podkreśla.

W wieku 19 lat przeprowadziła się do USA z Olecka Agata Wilgocki. W Chicago mieszkali już jej rodzice. Tu poznała swojego męża, Polaka. Tu też urodziły się jej dzieci. Teraz mieszka w Indianie, w Chesterton, godzinę jazdy samochodem z Chicago. „Miasteczko liczy ok. 18 tysięcy osób, w tym kilkunastu Polaków, ale to nie przeszkadza, by żyć po polsku” – uważa Agata. Chodzi o tradycje i zwyczaje, czyli na przykład święcenie pokarmów w Wielką Sobotę czy wywieszanie biało-czerwonej flagi przy okazji świąt narodowych. Rozmówczyni „Nowego Dziennika” w soboty uczy w Polskiej Szkole im. św. Rafała Kalinowskiego w Munster. Obecnie uczęszcza do niej nieco ponad 100 uczniów. To właśnie z myślą o nich, ale i przyszłych uczniach, Agata zapisała się do Polonijnego Studium Choreografii. To jej ostatni semestr. „Prowadzę zajęcia w zespole Mała Polska. Najmłodsi tancerze mają 7 lat, najstarsi 14. Bardzo są zainteresowani tradycją ludową i ogromną frajdę sprawiają im kolejne występy, gdy mogą ubrać się w barwne stroje. To także cieszy i wzrusza ich rodziców. To taka namiastka ich i mojej przecież ojczyzny, za którą zawsze, będąc na emigracji, się tęskni. To tak naprawdę od nas, dorosłych, zależy, czy nasze pociechy będą cokolwiek wiedziały o Polsce, a co ważniejsze, w jaki sposób będziemy o niej opowiadali” – podkreśla.


FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Słuchaczami Polonijnego Studium Choreografii są osoby w różnym wieku. Koszt uczestnictwa dla gości ze Stanów Zjednoczonych to ok. 500 dol. (plus koszt biletu lotniczego). Studium dofinansowywane jest między innymi ze środków Senatu RP. Tancerze i przyszli choreografowie zakwaterowani są w miasteczku studenckim Politechniki Rzeszowskiej, tutaj także odbywają się zajęcia. To dzięki studium, polonijne zespoły folklorystyczne mają coraz wyższy poziom artystyczny, co za każdym razem widać na festiwalach, także tym największym w Polsce, czyli Światowym Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych. Zorganizowanym po raz pierwszy 50 lat temu. W tym roku weźmie w nim udział ponad 30 zespołów. Wśród uczestników przeważają słuchacze Polonijnego Studium Choreografii. Start festiwalu – 17 lipca. Koncert galowy pt. „Póki my żyjemy” odbędzie się w środę, 24 lipca, w hali „Podpromie”.