Te obrazy zostały w mojej pamięci na zawsze

Rzeź wołyńska widziana oczami dziecka

1258
Halina Zalewska przeżyła rzeź wołyńską jako małe dziecko. Trauma po tej masakrze towarzyszy jej do dzisiaj / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

„Ukraińcy najpierw rozcinali brzuchy, obcinali języki, a na końcu wydłubywali oczy, żeby mordowani jak najdłużej wszystko widzieli. Jako pierwsze zabijane były dzieci, by rodzice to widzieli i słyszeli ich krzyk, a później to samo robili z nimi” – opowiada Halina Zalewska (z domu Niedziela), która jako ośmioletnie dziecko przeżyła rzeź wołyńską.

Pani Halino, proszę opowiedzieć nam o swojej rodzinie oraz o waszym życiu przed wybuchem wojny.
Byłam dzieckiem, miałam starszą siostrę Mieczysławę, która zmarła, i młodszego brata Tadeusza. Nasi dziadkowie, czyli rodzice mojego ojca, mieszkali na wsi Łukówka, niedaleko Kowla, a my w kolonii o tej samej nazwie. Dzieliły nas tylko tory kolejowe. Tak więc mieszkaliśmy bardzo blisko i często ich odwiedzałam. Wówczas nasze życie upływało spokojnie i wesoło. Po jakimś czasie rodzice zaczęli coraz częściej mówić o tym, że Ukraińcy napadają na różne wsie. Słuchałam tych opowieści, ale jako dziecko zbytnio się nimi nie przejmowałam. Byłam kiedyś z tatusiem w pewnej wiosce, której nazwy niestety nie pamiętam. Mieszkało tam około 300 rodzin. W pewnym momencie, gdzieś pomiędzy 3 i 4 po południu, pojawiła się kobieta, która krzyczała, że na wieś napadli Ukraińcy i mordują ludzi. Ojciec szybko zabrał mnie na wóz i zaczął uciekać. Gdy zauważył, że goni go część tej bandy, odciął postronki, chwycił mnie mocno i wskoczył na konia. W ten sposób udało nam się uciec. Tam wymordowano bardzo dużo ludzi, którzy nie mieli się gdzie schować ani uciec, ponieważ było jasno i wszystko było widać. Wówczas już poważnie zaczęliśmy się obawiać, a tatuś coraz częściej myślał o wyjeździe. Jednak trudno mu było się rozstać z całym dorobkiem, ponieważ miał duże gospodarstwo i zajmował się biciem (tłoczeniem) oleju. Gdy miałam już ok. 11-12 lat, zapytałam go, dlaczego wtedy nie zdecydował się na ucieczkę z Wołynia. Odpowiedział mi: „Dziecko, tak ci się wydaje, że można było zostawić to wszystko i wyjechać…”. No i tak zostawił… wszystko…

Skąd pochodziła pani rodzina?
Tatuś (Ludwik Niedziela) pochodził z Wielowsi koło Sandomierza, a mama (Zofia Herchel) z Brnia koło Mielca. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, że rodzice mojego ojca zdecydowali się na osiedlenie w Łukówce, ale dziadek (Leon Niedziela) po powrocie z Ameryki chciał mieć dużo ziemi i kupił ją na Wołyniu. Wyjechał tam, mimo że w Wielowsi mieli dwa domy, stary i nowy. Ten drugi sprzedał swojej kuzynce i osiedlił się w Łukówce. Również moja babcia ze stromy mamy, jako wdowa z siedmiorgiem dzieci, mając duży spadek po dziadku – który też wrócił z Ameryki – wyjechała na Wołyń i kupiła trochę ziemi. Wszyscy mieszkali blisko siebie i w ten sposób mój tatuś poznał moją mamę. Tam też wzięli ślub i zamieszkali. Moja rodzina miała dosyć skomplikowane pochodzenie. Mój pradziadek ze strony ojca ożenił się z Żydówką, która – jak opowiadał mój tatuś – była bardzo ładną kobietą. Z kolei prapradziadek był Rumunem. Natomiast moja mama była rodowitą Polką, mimo że miała niemieckie nazwisko Herchel.

Archiwalne zdjęcie Zofii Herchel, mamy Haliny Zalewskiej / ARCHIWYM HALNY ZALEWSKIEJ

Kiedy zaczęły się ukraińskie napady na polskie rodziny? Czy to było już po wybuchu II wojny światowej czy jeszcze przed?
Bandy ukraińskie zaczęły mordować Polaków dużo wcześniej. Rodzice opowiadali o tym, i jeszcze przed wojną zastanawiali się, co mają robić.

A jak pani zapamiętała moment wybuchu wojny?
Z tego okresu pamiętam tylko jak Niemcy do nas przyjechali i przywieźli ziarna rzepaku, żeby ojciec im wybił olej dla wojska. Zrobił to. Z kolei wujek Janek miał piekarnię, która piekła dla nich chleb. W związku z tym w naszym rejonie było dobrze i spokojnie, bo Ukraińcy zaczęli się trochę bać Niemców. Jednak po jakimś czasie mordowali dalej, i to coraz bliżej naszej miejscowości.

… w końcu napadli także na Łukówkę.
Nie pamiętam dokładnie, kiedy to było, ale na pewno już po wybuchu wojny. Dzień przed napadem odwiedził ojca Archip, taki bogaty Ukrainiec, który mieszkał obok nas, i wypytywał go o wiele spraw. Namawiał go także do picia wódki. Myślę, że on kierował tymi napadami, zresztą tatuś też tak uważał. Wcześniej jednak Archip ostrzegał nas przed atakami, a nawet udzielił nam schronienia. Było to wtedy, gdy pojawiły się pierwsze napady na Polaków w naszej okolicy. Wówczas powiedział do mojego ojca: „Ludwik, uciekaj, bo cię zabiją, ponieważ szykują się na was”. Tatuś odpowiedział mu: „A co ja im zrobiłem? Daję im robotę, daję im jedzenie, więc czego mogą ode mnie chcieć?”. I nie miał zamiaru wyjeżdżać z Łukówki. Pewnego dnia Archip przybiegł do nas i powiedział, żebyśmy się schronili u niego, ponieważ Ukraińcy atakują naszą kolonię. Tak więc pobiegliśmy przez pola ze zbożem, a on nas ukrył w bunkrze, który miał pod stodołą. Gdy pojawili się u niego ludzie z band ukraińskich, to zaczęli wbijać widły w słomę i siano w stodole. W ten sposób sprawdzali, czy kogoś nie ma pod spodem. Na szczęście my byliśmy w bunkrze. Chyba Pan Bóg nas wtedy ochronił i chciał, żebyśmy żyli. Po tej akcji Archip powiedział do ojca: „Teraz was przechowałem, ale więcej już nie będę mógł”. Dlatego później tatuś był przezorny i gdy zebrał zboże z pola, to zbudował ogromny stóg i w środku zrobił dziuplę, do której w nocy chodziliśmy spać. Wówczas było bardzo niebezpiecznie, ponieważ Ukraińcy mordowali już w naszej okolicy. To było mniej więcej rok po tym, jak schroniliśmy się u Archipa. Gdy wchodziliśmy do naszej dziupli, ojciec siadał przy snopku zasłaniającym wejście i nasłuchiwał. Pewnego razu około 12 lub 1 w nocy usłyszał krzyki i jęki u sąsiadów. Sąsiedzi mieli sześcioro dzieci. Wszyscy zostali zamordowani. Ojciec wychylił się na chwilę zza stogu, by zasłonić snopkiem wejście. Zauważył go wtedy jeden z Ukraińców, który krzyknął po rosyjsku: „Gdzie!” i pobiegł za nim. Mama to usłyszała i powiedziała do mnie, że mam uciekać. Wzięła mojego brata i również zaczęła uciekać. Znów usłyszeliśmy tylko: „Gdzie, do cholery” i Ukrainiec rozciął mamie głowę i twarz. Gdy upadła na ziemię, on myślał, że ją zabił. Mamusia przeczołgała się powoli między bruzdy, gdzie rosła fasola, i leżała twarzą do ziemi. Ja natomiast schowałam się pomiędzy dużymi balami i tam przesiedziałam do rana. Wsunęłam się tam tyłem, bo tatuś wcześniej nauczył mnie, jak to robić. Po tym wszystkim tatuś pobiegł po Niemców, i gdy tylko się pojawili, zaczęli strzelać i Ukraińcy uciekli. Później lekarz niemiecki opatrzył mamę i zszył jej ranę. Jak powiedział, przeżyła tylko dlatego, że trzymając głowę w tej bruździe zatamowała krew. Tatusiowi udało się uciec przed Ukraińcami, ponieważ biegnąc przez ogród tego Archipa – który mieszkał od nas ok. 100-200 metrów – porozwalał jego ule, a pszczoły zaatakowały goniących go bandytów. Dzięki temu uciekł przez pola do Hrywiatek, gdzie stacjonowali Niemcy.

Archiwalne zdjęcie Ludwika Niedzieli, ojca Haliny Zalewskiej / ARCHIWYM HALNY ZALEWSKIEJ

Widok po tej masakrze pewnie był straszny…
Widok był straszliwy. Sąsiadka miała obcięty język, wydłubane oczy, była naga i przecięta od góry do samego dołu. Jej dzieci – dziewczyna i chłopak, którzy mieli po ok. 17 i 18 lat – również mieli odcięte języki, wydłubane oczy i cali byli pocięci. Natomiast małe, dziesięciomiesięczne dziecko było nożem przybite do ściany i tak zmarło. Jego główka i rączki zwisały do dołu, a po ścianie leciała krew, była już taka zastygła. Do dzisiaj to pamiętam i nigdy nie zapomnę tego widoku. Kolejnych sąsiadów nie było w domu, ponieważ gdzieś wyjechali, ale pozostały ich dwie córki. Obie były zmasakrowane i całe porozcinane. Do trzeciego domu już nie poszłam, strasznie płakałam i krzyczałam, aż pewien Niemiec powiedział mojemu ojcu, żeby mi nie pozwolił dalej tego oglądać. Jednak to co zobaczyłam, było straszne. Na własne oczy widziałam pomordowanych i zmasakrowanych sąsiadów. Z rozmów ojca z Niemcami wiem, że Ukraińcy najpierw rozcinali brzuchy, obcinali języki, a na końcu wydłubywali oczy, żeby mordowani jak najdłużej wszystko widzieli. Jako pierwsze zabijane były dzieci, by rodzice to widzieli i słyszeli ich krzyk, a później to samo robili z nimi.

Ukraińcy napadali głównie w nocy, gdy ludzie spali.
Tak, w naszej okolicy mordowali nocą, ponieważ niedaleko był Powursk, gdzie znajdowała się stacja kolejowa, a także stacjonowali Niemcy, których Ukraińcy się bali. Dlatego nie atakowali nas w dzień. Na naszą kolonię napadli w nocy, i prawie całą wymordowali. Obrabowali domy, zagrody, pozabierali bydło i podpalili domy, spalili także stóg, w którym początkowo się schowaliśmy. Ludzie próbowali się ratować i uciekać, ale każdego, kogo złapali, od razu zabijali.

Pamiątkowe zdjęcie ze ślubu rodziców (stoją w środku) Haliny Zalewskiej, który wzięli na Wołyniu / ARCHIWYM HALNY ZALEWSKIEJ

Kim byli ci Ukraińcy? To byli mieszkańcy z najbliższych wiosek czy zupełnie nieznani ludzie?
To były zorganizowane bandy. Tak było wszędzie, gdzie tylko mieszkali Polacy, w kierunku Wilna, w Łucku, w Kowlu, itd. Było bardzo dużo tych ukraińskich bandziorów.

Co pani zdaniem było głównym powodem ukraińskich czystek?
Myślę, że oni się bali, że Polacy im zabiorą ziemię, ponieważ są bogaci, i wszystko wykupią, a oni, jako biedni ludzie, będą musieli u nich pracować.

Czy Polacy z waszej okolicy próbowali się jakoś bronić?
Trudno było się bronić, jeżeli Ukraińcy napadali skrycie z siekierami, widłami i nożami, i było ich tak dużo, a w dodatku praktycznie każdy wiedział, kogo ma mordować. Oni byli doskonale przygotowani do ataków, i wszystko wiedzieli o mieszkańcach poszczególnych domów, ile osób jest w danej rodzinie itd. Gdyby nie przezorność taty, to pewnie nikt z nas by nie przeżył. Polacy tam byli słabi, nie mieli policji ani wojska. Nikt nas nie bronił. Był tylko jeden mały oddział partyzancki, ale gdy on pojawił się w jednym miejscu, to Ukraińcy napadali i mordowali w innym.

Ile rodzin mieszkało w Łukówce?
W naszej kolonii było ok. 18-20 rodzin. Byli wśród nich także Ukraińcy. Obok nas mieszkały dwie takie rodziny.

A jakie były relacje pomiędzy wami?
Ogólne byli to biedni ludzie. Wyjątkiem był Archip, który był bardzo bogaty. Ci biedniejsi pracowali u polskich rodzin, tak też było u nas. Ukraińcy mieszkający w naszej kolonii mieli z Polakami dobre relacje. To nie oni napadali, te bandy były z dalszych wiosek, ale było ich strasznie dużo.

Z pani opowieści wynika, że w tym czasie Niemcy byli wam przychylni.
Wtedy jeszcze tak. Oni zajęli te tereny i tu stacjonowali. Później poszli na front walczyć z Rosjanami, którzy ich pokonali i zmusili do powrotu. Myślmy wtedy uciekli do Hrywiatek, gdzie Niemcy nas chronili, później do Kowla, gdzie pobyliśmy nieco dłużej. Nie mogliśmy wrócić do domu, bo tam Ukraińcy ciągle czatowali i czekali na tych, co uciekli, a później chcieli wrócić do swoich domów. Tak było z synem naszych sąsiadów. Ojciec spotkał go w Hrywiatkach, gdy on skądś wracał, i powiedział mu, co się stało. On zaczął płakać i stwierdził, że pójdzie ich zobaczyć i pochować. Poszedł, i tam go zabili.

Pamiątkowe zdjęcie ze ślubu rodziców (stoją w środku) Haliny Zalewskiej, który wzięli na Wołyniu / ARCHIWYM HALNY ZALEWSKIEJ

Czy całej waszej rodzinie udało się uciec?
Tak, uciekliśmy wszyscy. Dziadek zmarł wcześniej, ale z nami uciekły obie babcie, siostra mamy (Maria) i brat taty (Piotr), który pracował na kolei. W Kowlu, gdzie zatrzymaliśmy się nieco dłużej, tata ze swoim bratem załatwili mieszkanie u jakiegoś kolejarza. Później pomału przemieszczaliśmy się po różnych wioskach uciekając do Polski. Zatrzymywaliśmy się m.in. w Krasnymstawie, Stężycy i wielu małych miejscowościach, aż dotarliśmy do Wielowsi.

Jak wyglądało wówczas wasze życie?
Uciekaliśmy głównie polami, ale jak opuszczaliśmy Stężycę, to tata załatwił nam transport pociągiem. Byli tam polscy kolejarze, którzy wysadzili nas później nad takim dużym rowem, do którego powoli zeszliśmy. Idąc polami czasem udało nam się znaleźć jakieś ziemniaki i je ugotować na ogniu, wodę mieliśmy z leśnych strumyków, i w ten sposób udało nam się przeżyć okres wojenny. W Stężycy ojciec przez jakiś czas pracował w cukrowni, w której było bardzo dużo Rosjan. Pewnego dnia bardzo go pobili i wrzucili do lochu, mimo że mama prosiła ich, żeby go puścili. Wówczas poszła ze skargą do rosyjskich żołnierzy z NKWD, którzy rozkazali wyciągnąć go stamtąd i zawieźć do domu. Natomiast tych, co znęcali się nad tatusiem, chcieli rozstrzelać, ale mama poprosiła ich, żeby tego nie robili, ponieważ oni byli pijani. Rosjanie ci byli jej za to bardzo wdzięczni. Jak widać, wśród tych żołnierzy byli różni ludzie. Tak też było z Niemcami, którzy przyjeżdżali do ojca bić olej. Zawsze przywozili mu za to konserwy, a dla nas mieli cukierki. Wśród nich też niektórzy byli uczciwymi ludźmi. Nawet proponowali tatusiowi, że załatwią mu specjalny papier, żeby nie zabrano nas do łagrów, oraz żebyśmy mogli spokojnie uciec do Polski, by uniknąć ukraińskich napadów. On się jednak wtedy nie dał przekonać. Gdy mama zachorowała na tyfus, a było to już w Wielowsi, gdzie mieszkaliśmy w domu cioci, to początkowo leczył ją niemiecki, a później rosyjski lekarz. Mama była w starym domu, a my w nowym, i mogliśmy na nią popatrzeć tylko przez okno. Nie miała ani jednego włosa na głowie, a tata musiał ją na nowo uczyć chodzić, jak małe dziecko.

A jak to wyglądało po wyzwoleniu?
Po wojnie ciotka z Wielowsi chciała oddać nam stary dom do dyspozycji i namawiała nas, żebyśmy tam zostali, ale ojciec nie chciał, i postanowił wyjechać z nami na Pomorze, gdzie dostał zastępcze gospodarstwo dla uciekinierów i przesiedleńców z Ukrainy. Tam w miejscowości o nazwie Wymokłe mieszkaliśmy kilka lat. Natomiast w Małkach skończyłam podstawówkę. Od razu poszłam do trzeciej klasy, ponieważ rodzice sami nauczyli mnie czytać i pisać, gdy mieszkaliśmy jeszcze na Ukrainie, bo chcieli, żebym wiedziała, jak się nazywam, gdyby nas rozłączono. Po skończeniu siedmiu klas poszłam do liceum rolniczego w Brodnicy. Z kolei wujek Janek, który był piekarzem, pojechał do pracy do piekarni w Olsztynie. W końcu namówił także moich rodziców, by tam wyjechać. W ten sposób znaleźliśmy się w tym mieście. Takie mieliśmy tułacze życie. Później wyszłam za mąż, urodziłam troje dzieci (Eulalię, Elżbietę i Dariusza), które wychowałam i wykształciłam. W 1979 r. czyli 29 lat później – gdy moje córki były już mężatkami – wyjechałam do Stanów Zjednoczonych i mieszkam tutaj już ponad 40 lat. Nawet nie wiem, kiedy to zleciało. Tatuś zmarł w wieku 63 lat. Po tym jak wielokrotnie był pobity podczas wojny, wewnątrz miał wszystko poodbijane. Był schorowany, a nie mieliśmy pieniędzy na lekarzy. Z kolei mama zachorowała na zapalenie płuc i została zabrana do szpitala. Okazało się, że trzy dni przed planowanym powrotem do domu dostała zatoru tętniczego i zmarła. Również miała wówczas 63 lata.

Akt urodzenia Haliny Zalewskiej, która na świat przyszła w kolonii Łukówka na Wołyniu / ARCHIWYM HALNY ZALEWSKIEJ

Czy kiedykolwiek po wojnie pani lub pani rodzice mieli okazję powrócić na Wołyń, by zobaczyć, co zostało po waszym gospodarstwie?
Rodzice chcieli tam pojechać, ale się bali. Moja starsza córka Eulalia osiem lat temu również chciała pojechać do Łukówki i Powórska, i miała nawet załatwionego policjanta z Kowla do ochrony, ale ja ją błagałam, żeby tego nie robiła. Tak się bałam.

Te traumatyczne przeżycia ciągle do pani wracają…
Cały czas wracają. Przypominam sobie ogród, każdy kwiatek, i te pomordowane dzieci. Do dzisiaj słyszę swój krzyk. To są obrazy, które zostały w mojej pamięci na zawsze. Ciągle widzę, jak leżą pomordowani sąsiedzi i ich dzieci. Tego, co widziałam swoimi oczami, nigdy nie zapomnę. Nigdy (tu pada niecenzuralne słowo) im tego nie wybaczę. Dla mnie oni są bydłem. Nie ufam nawet młodym Ukraińcom. Wszystkich widzę z jakimiś narzędziami. Boli mnie to, bo dużo przeszłam.

A czy po wojnie ktoś starał się zadośćuczynić wam za doznane na Wołyniu krzywdy i cierpienia?
Ojciec czynił starania ku temu, ale Rosjanie mu powiedzieli – a było to podczas komunizmu – że wszystko należy do nich. Później, gdy tatuś już zmarł, ja starałam się o to od rządu ukraińskiego, ale usłyszałam, że oni są za biedni, żeby mi wypłacić odszkodowanie. Powiedzieli, że mogą mi dać za to kawałek ziemi.

Do tej pory zbrodnia wołyńska nie jest ani dobrze nagłośniona, ani też upamiętniona. Czy nie uważa pani, że to mogłoby w przyszłości zapobiec tego typu czystkom etnicznym?
Myślę, że na pewno. Ale prawda jest taka, że stare pokolenie Polaków już prawie wymarło, a młodzi o to nie dbają.

A co może załagodzić pani ból i cierpienie?
Nikt i nic tego nie załagodzi. To już pozostanie na zawsze. Nawet gdyby ktoś z Ukraińców ze mną rozmawiał i prosił o przebaczenie, odpowiedziałabym, że nie przebaczę. Myślę, że każdy z nich wiedział, co robi.

********

Powyższy wywiad jest zapisem dźwiękowego materiału przygotowanego w ramach projektu „Świadkowie historii”, realizowanego przez Wojciecha Maślankę przy wsparciu Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku, Pulaski Association of Business and Professional Men oraz Dariusza Knapika i firmy Victoria Consulting & Development. Rozmowy można wysłuchać na kanale YouTube „Świadkowie historii„.