To było piekło na ziemi

547
Helena Knapczyk prezentuje zdjęcie polskich kobiet przebywających w rosyjskich obozach na Syberii / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

"Będąc na Sybirze cały czas myśleliśmy, że już stamtąd nigdy nie wyjedziemy. Gdy stał się cud i okazało się, że ogłoszono amnestię (...) to opuszczając obóz byliśmy pewni, że jedziemy do Polski. W Krasnojarsku okazało się, że jednak nie możemy wrócić do ojczyzny. Dla nas to był szok, coś okropnego" – wspomina Helena Knapczyk, sybiraczka i polonijna działaczka, oraz naczelna prezeska (na Stany Zjednoczone i Kanadę) Korpusu Pomocniczego Pań, która niedawno została odznaczona przez prezydenta Polski Andrzeja Dudę Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

Reprezentuje pani polonijne środowisko sybiraków, czyli osób, które przeżyły gehennę rosyjskich łagrów, a także morderczy transport do tych obozów. Wszystko zaczęło się 10 lutego 1940 r. kiedy to rozpoczęto wywózkę Polaków z Kresów Wschodnich na Syberię. Była pani wówczas 12-letnią dziewczynką. Jak pani zapamiętała ten moment?
Już przez kilka wcześniejszych dni rodzice coś przewidywali. W nocy nie spali, tylko patrzyli w okno i mówili do siebie, że coś niedobrego się szykuje. Słyszałam jak kiedyś tatuś powiedział do mamusi: „Maryś tu coś się wydarzy, oni coś z nami zrobią”. Rodzice mieli różne podejrzenia, ale nic nam nie mówili, bo nie chcieli nas martwić. Obawiali się czegoś, ale nie wiedzieli dokładnie czego. Właśnie 10 lutego o godz. 4 nad ranem usłyszeliśmy silne stukane do drzwi. Mamusia się zerwała pierwsza i poszła otworzyć drzwi, a za nią wszyscy wstaliśmy z łóżek i stanęliśmy na nogach. Do domu weszło trzech żołnierzy rosyjskich z karabinami. Jeden z nich powiedział nam po rosyjsku, że dają nam pół godziny na opuszczenie domu. Inny zapytał mamusię, skąd przyjechała. Gdy mu odpowiedziała, że z okolic Krakowa to stwierdził, że oni są tak dobrzy, że ją wraz z nami tam zabiorą, ponieważ na pewno jej się tam podobało. Mamusia od razu wzięła prześcieradło i położyła na ziemi, oraz zaczęła do niego wkładać jedzenie. Jako że mieliśmy nieduży sklep z towarem codziennych potrzeb, to mieliśmy trochę tego jedzenia. Mama wzięła cukier, jajka i różne spożywcze produkty.

Co z wami zrobili po opuszczeniu domu?
Zaprowadzili nas do szkoły. Szliśmy piechotą jakieś półtora kilometra, a bagaż wieźliśmy na sankach. Idąc tam widzieliśmy zapalone światła we wszystkich domach. To pokazywało jak Rosjanie byli zorganizowani. Podobno pół roku zajęło im zaplanowanie wyludnienia Krasów Wschodnich. W szkole było pełno ludzi, dzieci wybudzone i wyciągnięte z ciepłych łóżek płakały, rodzice krzyczeli, nikt nie wiedział co będzie dalej, co oni z nami zrobią i co nas czeka. Około godz.10 rano przyjechały samochody ciężarowe, na które nas wsadzili i zawieźli do Lwowa na stację kolejową. Tam zobaczyliśmy pociągi, do których mieliśmy zostać wsadzeni. To było coś okropnego, te wagony były tak brudne i śmierdzące, bo służyły do przewożenia zwierząt. Nie były ani przygotowane do transportu ludzi, ani nawet wyczyszczone. Ja do dzisiaj nie potrafię zrozumieć, jak z osób pracowitych, wykształconych, inteligentnych i będących wielkimi patriotami, Rosjanie w ciągu jednej godziny potrafili zrobić zwierzęta. Te brudne i śmierdzące wagony wypchali ludźmi, których zamknęli jak bydło. Na tej stacji staliśmy dwa dni, w naszym wagonie było około 70 osób i od razu jedna pani dostała takiego ataku nerwowego, że przez dwa tygodnie leżała na podłodze jak trup. Podawano jej tylko wodę do picia. Z obu stron wagonu były prycze, na których podczas transportu zwierząt trzymano kury. Mój brat Franek stał pod jedną z takich prycz i musiał być zgięty, żeby się mógł tam zmieścić. Ludzie przez kilka tygodni byli w tych samych ubraniach, i nie mieli nawet możliwości umycia się, a za ubikację służyła nam dziura w podłodze.

Jak długo trwał ten transport i co się działo w jego trakcie?
Na miejsce postoju na Syberii dotarliśmy na Wielkanoc, więc w tym pociągu siedzieliśmy prawie pięć tygodni bez dwóch dni, kolejny tydzień szliśmy piechotą do celu. Było nam bardzo zimno, nie mieliśmy żadnych środków higienicznych. Małe dzieci miały wiele ran i odmrożeń, ponieważ matki nie miały żadnych kremów, pieluch, a nawet wody. Niektóre co jakiś czas odrywały kawałki swoich sukienek i przewijały w nie swoje dzieci. Spaliśmy w tych wagonach jak śledzie i nawet nie było możliwości. by się odwrócić. Jedzenie dostawaliśmy dwa razy na dzień. Były takie duże banie z wodą i bardzo tłustą zupą z manną. Podczas postoju na posiłek z wagonu wywoływano dwóch mężczyzn, których pilnowano. Każdy z nich otrzymywał dwa wiaderka i musiał iść do tych bań po zupę, i wodę. Później rozlewali je do metalowych kubków o pojemności ok. 10 uncji i rozdawali wśród osób w danym wagonie. To było całe nasze jedzenie.
Na początku, gdzieś do dwóch, może trzech tygodni, nie było tak źle, ponieważ każdy miał jakieś zapasy, które zabrał ze sobą z domu. Dzięki temu jakoś udało nam się przeżyć ten czas. Jednak później ludzie byli bardzo głodni i wykończeni. Niektórzy przez szparę próbowali łapać padający śnieg, żeby go później zjeść. Wtedy Rosjanie karabinami bili ich po rękach żeby tego nie robili. Poza tym na początku w wagonie było bardzo dużo płaczących dzieci, ponieważ wiele rodzin był bardzo licznych. Pod koniec naszego transportu okazało się, że niewiele z nich przeżyło. Niektóre zamarzły, inne zmarły z głodu i wszystkie były wyrzucane przez dziurę w podłodze. Nasza sąsiadka miała troje dzieci, dwutygodniowe, dwuletnie i czteroletnie, i jak dojechaliśmy na Sybir, to była już sama, żadne z nich nie przeżyło tego transportu, cała trójka zmarła. W ten sposób dojechaliśmy do Krasnojarska. Myślę, że te pięć tygodni można porównać do piekła bo nie ma chyba nic gorszego. Było nam bardzo wszystkich żal, również mężczyzn, którzy byli bardzo szlachetni, pomocni, nigdy nikomu nie zrobili żadnej krzywdy, a wcześniej walczyli o wolną Polskę, natomiast Rosjanie ich tak wyniszczyli. Podczas transportu moja mama namawiała brata, żeby uciekł bo może dzięki temu uda mu się uratować. On jednak jej odpowiedział: „Mamuś przecież oni od razu mnie zastrzelą. Wolę jechać z  tobą, bo co ty sama będzie z tyloma dziećmi robić”. I dobrze, że tak zrobił ponieważ bardzo nam pomógł. W Krasnojarsku podzielili nas na grupy około 30-50 osobowe. Każda z nich otrzymała sanie, konia i furmana. W tym czasie rzeka Jenisej była jeszcze zamarznięta i po tym lodzie szliśmy przez sześć dni. Musieliśmy tak iść prawie 300 km, do miejsca na Sybirze, gdzie znajdował się nasz obóz. Małe dzieci, tak jak moja najmłodsza siostra Honorata, która wtedy miała niecałe osiem lat, mogła trochę drogi jechać na saniach. Niestety kilka osób, w tym także mężczyzn z naszej Koloni Niedźwiedni z braku sił zostało na tym lodzie. Wśród nich był sąsiad, który przyjechał z Ameryki do wolnej Polski i później tego bardzo żałował. Położył się na tym lodzie i powiedział, żeby go zostawiono. W ten sposób pozostało i zmarło wiele osób, których ciała po roztopie zabrała woda. W ten sposób maszerowaliśmy cały dzień od rana do wieczora. Rosjanie mieli to tak zaplanowane i wyliczone, że za każdym razem zatrzymywaliśmy się w jakimś kołchozie, gdzie karmili nas tą tłustą zupą, ale dodatkowo dostawaliśmy kawałek chleba. Pod koniec wędrówki lód już powoli zaczynał się topić, więc nawet nie można było ani na chwilę usiąść bo od razu wszystko było mokre. Ludzie nawet zaczęli się obawiać czy czasem ten lód nie pęknie pod naszym ciężarem, bowiem było już coraz bliżej wiosny, i nieco się ocieplało. Bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym wypadała Wielkanoc. Było już po południu, słońce pięknie świeciło i wtedy zeszliśmy z tej zamarzniętej rzeki ma polną ścieżkę. Po jakimś czasie znów pojawiła się jakąś rwąca rzeka z roztopionymi kawałkami kry, nad którą stał chwiejący się most. Musieliśmy przez niego przejść, ale wszyscy się tak bardzo bali żeby nie wpaść do tej wody. Po jego przejściu szliśmy jeszcze kawałek dalej, po czym zauważyliśmy baraki znajdujące się pomiędzy dwoma olbrzymimi górami i dużym lasem. To była prawdziwa Syberia. Gdy doszliśmy do tych baraków to kierownik obozu powiedział nam, że każdy z nich przeznaczony jest na osiem rodzin.

Helena Knapczyk prezentuje zdjęcia Polaków, którzy przeżyli gehennę syberyjskich obozów / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Jak wyglądały te pomieszczenia?
Pośrodku był wąski korytarz, a po bokach znajdowały się małe kajutki, do których wchodziła jedna rodzina. My dostaliśmy pierwsze pomieszczenie. Panowała tam wielka wilgoć, i wszystko było bardzo stare. Myślę, że ten obóz był wybudowany dla zesłańców z powstania styczniowego, bo nawet były tak takie informacje. Belki, z których był zrobione te pomieszczenia były już zgniłe i zniszczone. Gdy weszliśmy do środka, to okazało się, że nam nawet trudno było usiąść na pryczach ponieważ wraz ze szwagrem było nas dziesięcioro. Pamiętam jak tatuś, który usiadł naprzeciwko mamusi powiedział do niej: „Maryś, ty wiesz, że dzisiaj jest Wielkanoc, a my ani okruszyny chleba nie mamy”. Ona przyłożyła ręce do swojej głowy i rozpłakała się. Powiedziała tylko: „Dzieci, jak mi was jest szkoda” i zaczęła rozpaczać. Było to około godz. 3 po południu, pamiętam, że wtedy jeszcze słońce świeciło. Tak przesiedzieliśmy do nocy, a gdy się położyliśmy spać, to zaczęło po nas chodzić różne robactwo, które wchodziło nam do włosów, uszu, oczu itd. Myśleliśmy, że nas te robaki zjedzą, nie wiedzieliśmy co robić, jak się bronić. Poza tym było bardzo zimo więc nakrywaliśmy się czym tylko się dało. Rano tatuś poszedł do kierownika obozu i dowiedział się, że będziemy dostawać codziennie po 800 gramów chleba, ale wodę mamy sobie zrobić ze śniegu lub brać z rzeki. Dali nam również trochę drewna, żebyśmy sobie zapalili w piecyku i trochę ogrzali nasze pomieszczenie. Do dyspozycji mieliśmy jeszcze tylko blaszany garnek o pojemności 3 litrów. To wszystko czym dysponowaliśmy. Na drugi dzień odwiedził nas kierownik obozu i powiedział co kto będzie robił. Mój brat Franek z dwiema siostrami Anną i Janiną, musieli iść do kopalni złota, która znajdowała się około 6 km. od nas. Tatuś został wysłany do wypalania węgla drzewnego, do miejsca oddalonego od naszego obozu o około 5 km. Był tam sam jak pustelnik. Ja z siostrą Marysią zostałam wysłana do cięcia drzewa. Wyposażyli nas w kufajki i walonki, i chodziliśmy do lasu by ścinać drzewa. Natomiast dwie najmłodsze siostry, 8-letnia Honorata i 10-letnia Michalina, miały zostać z mamą w naszym obozowym domu. Po dwóch tygodniach, nie wiem z jakiego powodu zlitowano się nade mną i kierownik obozu powiedział, że jestem za młoda (miałam tylko 12 lat), i nie muszę dłużej chodzić ścinać tych drzew. Siostra jednak z innymi osobami nadal tam pozostała, ale codziennie wracała do domu. Gdy zaczęło się robić cieplej, śnieg zaczął się już topić i nadchodziła wiosna, to zostałam taką łączniczką. Chodziłam i odwiedzałam tatusia, oraz brata i siostry w kopalni, żeby dowiedzieć się co u nich słychać i powiedzieć im co się dzieje w domu. Niestety nie mieliśmy ze sobą żadnego innego kontaktu. Nie było telefonów, nie mieliśmy nawet kawałka papieru żeby coś napisać. W kopalni, w której pracował brat z siostrami, panowały okropne i bardzo prymitywne warunki. Zginął tam nawet nasz kuzyn ze strony mamy, oraz syn mojej matki chrzestnej. W sumie życie straciło tam kilkanaście osób. Brat pokazał mi to miejsce dwukrotnie. Wszyscy siedzieli w błocie i każdy miał do wykopania określoną ilość ziemi. Jeżeli tego nie zrobili, to nie otrzymywali jedzenia lub wynagrodzenia. Ziemię tę łopatą wrzucali na płynącą wodę, która wypłukiwała z niej złoto. Byłam świadkiem, jak przyszedł ich nadzorca i je zabierał. Trudno sobie nawet wyobrazić ile tego złota Polacy wydobyli dla nich praktycznie za darmo. A pracowali przez siedem dni w tygodniu, nie mieli żadnych świąt, niedziel i wolnych dni. Zresztą straciliśmy całkowity kontakt ze światem, nie wiedzieliśmy nawet jaki jest w danym momencie dzień. Odwiedzając ich w tej kopalni czasem mogłam przynieść od nich do domu kawałek chleba, czy też mięsa z niedźwiedzia lub konia, którego zabili bo był chory. Dzięki temu mamusia mogła coś ugotować.

Nie bała się pani, jako mała dziewczynka, sama chodzić po tajdze i pokonywać tyle kilometrów?
Jak teraz sobie o tym pomyślę to zastanawiam się skąd miałam tyle odwagi. Bałam się niedźwiedzi, bo wszyscy mnie przed nimi ostrzegali i powiedzieli mi jakie wydaje odgłosy, oraz że jeżeli je usłyszę to od razu mam uciekać. I pewnego razu idąc do tej kopalni, zobaczyłam niedźwiedzia. Zaczęłam uciekać, a on za mną. Jak ja wtedy pędziłam, do tej pory nie wiem skąd miałam tle sił. Gdy dobiegłam zapłakana na miejsce, to Rosjanie, którzy pilnowali ludzi w kopalni powiedzieli mi, że miałam dużo szczęścia, oraz że dobrze, że to było z górki ponieważ wtedy niedźwiedź biegnie wolniej. W przeciwnym razie by mnie złapał i rozszarpał. Wiem, że w tej tajdze mogli mnie napaść także jacyś obcy ludzie, ale nie miałam wyjścia ponieważ musieliśmy mieć jakąś komunikację między sobą. Trudno opisać słowami to co przeszliśmy na Sybirze

Jak długo trwało to wasze syberyjskie życie i jak ono wyglądało?
Przyjechaliśmy tam na Wielkanoc w 1940 r., a wyjechaliśmy stamtąd w sierpniu 1941 r. Spędziliśmy na Syberii prawie półtora roku. Tamtejszej zimy nie można sobie wyobrazić. Były prawie 50-stopniowe mrozy. Jeżeli się wychodziło na zewnątrz, to powieki i twarz trzeba było mieć zakrytą bo wszystko co było na wierzchu od razu robiło się białe. Na szczęście mieliśmy kufajki, czapki i walonki. Zimą było około 5 metrów śniegu, tak więc baraki były całe zasypane. Śnieg był tak zamarznięty, że z tych pomieszczeń wydostawaliśmy się na jego powierzchnię i chodziliśmy po nim jak po ziemi. Jednak wtedy mało kto wychodził, trzeba jednak było odbierać chleb, który nam ciągle dawali. Czasami robiłam to ja, a czasami mamusia. Wodę mężczyźni przynosili w wiadrach z rzeki Jenisej bo zrobili do niej jakiś przekop. Łowili tam także ryby, którymi się dzieliliśmy, i które uratowały nam życie. Bez tych ryb nie przeżyłaby nawet połowa ludzi, którzy tam byli. Woda w Jeniseju była bardzo czysta więc ryby miały bardzo dobre warunki i były niesamowicie smaczne, zwłaszcza łosoś. Gdy mamusia ugotowała taką rybę to dawała nam na ręce i tak jedliśmy. Nie mieliśmy żadnych naczyń, tylko piecyk i blaszany garnek. Po takim posiłku byliśmy bardzo szczęśliwi i najedzeni. Smak tej ryby pamiętam do dzisiaj i często mówię dzieciom, że najlepszego łososia jadłam na Sybirze.

Kiedy się zakończyła ta wasza syberyjska gehenna i w jaki sposób?
Latem znów zostałam posłana do pracy i byłam w kołchozie. Pewnego dnia przybiegła tam moja najstarsza siostra Anna i powiedziała do mnie: „Helu, chodź prędko ze mną bo wyjeżdżamy”. Zapytałam ją: „Gdzie jedziemy?”. Odpowiedziała mi, że Franek, nasz najstarszy brat, ma już łódkę, na którą mamy wsiąść i będziemy nią wracać z powrotem do Polski. Tak więc szybko pobiegłyśmy nad rzekę, gdzie ta łódka na nas czekała. Niestety nie mogło na nią wejść więcej niż 6-7 osób i ciągnął ją koń. Nie wiem w jaki sposób brat załatwił tę łódkę, bo prawie pierwsi wyjechaliśmy z tego obozu. Gdy na nią wsiedliśmy to Franek dał mamusi nieduży worek suszonych skórek z chleba. Później moczyliśmy je w wodzie jedliśmy je przez trzy dni. W pewnym momencie musieliśmy się przesiąść na większą łódkę napędzaną parą. Mieściło się na niej około 50 osób. Niestety nie zmieścił się na nią nasz brat. Jako, że Franek był już dorosłym mężczyzną to postanowił zostać tak by wszystkie nasze siostry mogły popłynąć dalej, bo same na pewno by sobie nie poradziły. On stwierdził, że dopłynie do nas następną łódką. Tak też zrobiliśmy i w ten sposób dopłynęliśmy do Krasnojarska. Tam udaliśmy się na stację kolejową, a tatuś poszedł do kasy kupić bilety do Polski. Miał on trochę schowanych pieniędzy, które jeszcze zdobył sprzedając parę krów przed naszą wywózką z Kolonii Niedźwiednia, gdzie mieszkaliśmy przed wojną. Gdy do nas wrócił powiedział do mamy: „My do Polski nie możemy jechać ponieważ jest wojna pomiędzy Rosją a Niemcami”.

Jak zareagowaliście na tę wiadomość?
Będąc na Sybirze, cały czas myśleliśmy, że już stamtąd nigdy nie wyjedziemy. Gdy stał się cud i okazało się, że ogłoszono amnestię, to opuszczając obóz byliśmy pewni, że jedziemy do Polski. W Krasnojarsku okazało się, że jednak nie możemy wrócić do ojczyzny. Dla nas to był szok, coś okropnego. Tatuś wtedy nam powiedział, że w kasie dowiedział się, że musimy jechać na południe. Tak więc kupił bilety do Samarkandy w Uzbekistanie. Wtedy już musieliśmy sami zadbać o siebie. Nikt nam już nie dawał żadnej zupy, ani tego czarnego chleba. Najważniejsze jednak, że byliśmy wolni i traktowano nas jak normalnych ludzi, a nie więźniów. Sami decydowaliśmy gdzie chcemy jechać, na jakiej stacji wysiąść, i to było dla nas największą radością i szczęściem. Było nam jednak bardzo przykro, a w szczególności tatusiowi – który marzył o swoim sadzie w Kolonii Niedźwiednia – że nie możemy wrócić do Polski i do swojego domu.

Sybiraczka Helena Knapczyk od prawie 30 lat pełni funkcję naczelnej prezeski (na Stany Zjednoczone i Kanadę) Korpusu Pomocniczego Pań / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

*********

Wywiad jest fragmentem rozmowy przeprowadzonej w ramach polonijnego projektu „Świadkowie historii” realizowanego przy wsparciu Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku, Pulaski Association of Business and Professional Men oraz Dariusza Knapika i firmy Victoria Consulting & Development. Pełna, dźwiękowa wersja wywiadu znajduje się na YouTube na kanale „Świadkowie historii„.