Tomek i ślady prawdy historycznej

483
Tomasz Grzywaczewski podczas pobytu w tureckim Kurdystanie / Foto: ARCH. T. GRZYWACZEWSKIEGO

"W pracy dziennikarsko-reporterskiej człowiek jest najważniejszy. Życzliwość i uczciwość oraz zainteresowanie drugą osobą bardzo często procentują. Niezwykle ważna jest umiejętność cierpliwego słuchania i traktowania naszych rozmówców z dużą pokorą, ponieważ to my jesteśmy dla nich, a nie oni dla nas" – mówi "Nowemu Dziennikowi" Tomasz Grzywaczewski, podróżnik, reporter, pisarz i członek prestiżowego The Explorers Club w Nowym Jorku.

Tomku, z wykształcenia jesteś prawnikiem, a z zamiłowania podróżnikiem, reporterem i pisarzem. Sposobem na życie stało się dla ciebie twoje hobby, a nie wyuczony zawód. Co było tego powodem?
Prawdą jest, że jestem z wykształcenia magistrem prawa, jednak nigdy nie zrobiłem aplikacji prawniczej ani radcy prawnego. Natomiast jeżeli chodzi o moje zainteresowania, to należy ich szukać już w latach nastoletnich, a nawet dziecięcych, kiedy to zaczytywałem się w książkach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego – „Tomek na Czarnym Lądzie”, „Tomek w krainie kangurów”, „Tomek wśród łowców głów” itd. Jako ciekawostkę mogę zdradzić, że moje imię mama wybrała po bohaterze tej serii książek. W ten sposób w pewnym stopniu naznaczyła i przepowiedziała moją przyszłość. Sama była zafascynowana awanturniczo-podróżniczymi historiami Tomka Wilmowskiego i decydując się na to imię chciała, aby moje życie też było ciekawe. Poza tym wychowałem się w domu, w którym było i czytało się mnóstwo książek, a więc także słowo pisane było mi bliskie od wczesnych lat życia. Natomiast w pewnym momencie studiów prawniczych, będąc już po trzecim, najtrudniejszym roku, zorientowałem się, że prawo mnie kompletnie nie interesuje, oraz że jest to jedna z najnudniejszych spraw, jakimi się w życiu zajmowałem. Mówię to oczywiście z całym szacunkiem do prawników, tym bardziej że oboje moi rodzice też są po studiach prawniczych, a mama jest praktykującym radcą prawnym. Wówczas zacząłem rozmyślać o tym, że być może dobrze i ciekawie byłoby podążyć drogą Tomka Wilmowskiego i wyruszyć w świat. Momentem przełomowym była chwila, w której usłyszałem o książce Sławomira Rawicza „Długi marsz” – opowiadającej o ucieczce z sowieckiego łagru w Jakucji do Kalkuty w Indiach. W tym miejscu muszę oddać honor mojemu tacie, który podsunął mi tę powieść. Jej czytanie całkowicie mnie pochłonęło. Zbiegło się to z powstawaniem hollywoodzkiego filmu „The Way Back” („Niepokonani”) w reżyserii Petera Weira, który był oparty na książce „Długi marsz”. Jednocześnie w tym samym czasie okazało się, że jej autor Sławomir Rawicz nie był prawdziwym bohaterem tej historii, tylko przywłaszczył sobie losy innego Polaka, którym najprawdopodobniej był Witold Gliński. Wtedy pod wpływem tych trzech czynników w mojej głowie narodził się pomysł, żeby przypomnieć tę historię i opowiedzieć ją na nowo, a także by wyruszyć szlakiem uciekinierów. I od tego zaczęły się moje podróże.

Wtedy też chyba zainteresowałeś się bliżej historią, która jest nierozerwalnie związana z twoimi podróżami i książkami.
Dla mnie zawsze bardzo istotna była historia i opowieści o przeszłości oraz to, w jaki sposób oddziałują na współczesność i jak nas kształtują. Ta pierwsza moja podróż była bardzo mocno osadzona w historii, a także w patriotyzmie, który ma dla mnie duże znaczenie. Książka „Długi marsz” opowiada nie tylko o cierpieniu Polaków zesłanych do łagrów na Syberię i o zbrodniach sowieckich, ale także o wielkim pragnieniu wolności, walce o tę wolność, o patriotyzmie i miłości do ojczyzny. Tak więc ta powieść doskonale łączyła moją pasję podróżniczo-awanturniczą z zamiłowaniem do historii i wartościami, które są dla mnie ważne. Później moje zainteresowania trochę ewoluowały w różne strony. Początkowo najistotniejsza była dla mnie podróż, a teraz traktuję ją jako narzędzie oraz środek do wyszukiwania i opowiadania ciekawych historii, a także do spotkań z drugim człowiekiem, który obecnie, podobnie jak jego losy, jest dla mnie najważniejszy.

Powróćmy jeszcze do Long Walk Plus Expedition, bo taką nazwę miała wyprawa szlakiem uciekinierów z sowieckiego łagru. Czy udało ci się przebyć całą tę trasę, czy też były to jakieś wybrane jej fragmenty?
W podróż tę wybrałem się wspólnie z Bartkiem Malinowskim i Filipem Drożdżem, filmowcem, który kręcił jej przebieg. Całą tę trasę, liczącą około 8 tys. km, pokonaliśmy jednym rzutem i o własnych siłach, przy czym pieszo przeszliśmy tysiąc km wzdłuż wschodnich brzegów jeziora Bajkał. Poza tym około 2 tys. km spłynęliśmy statkami łapanymi na stopa wzdłuż rzeki Lena w Jakucji, kilkaset km pokonaliśmy konno przez stepy północnej Mongolii, a także około 4,5 tys. km rowerami przez pustynię Gobi, płaskowyż tybetański, Himalaje, Nepal aż do Indii. Tak więc nasza wyprawa była podzielona na kilka etapów, ale każdy z nich następował bezpośrednio po zakończeniu wcześniejszego. Byliśmy w ciągłej podróży przez pół roku.

Na jej podstawie powstała twoja pierwsza książka „Przez dziki Wschód”, za którą od razu otrzymałeś bardzo ważną nagrodę.
Rzeczywiście ta historia i sama książka okazała się w pewnym stopniu sukcesem. Otrzymałem za nią Nagrodę Magellana, przyznawaną dla najlepszej książki podróżniczej na Warszawskich Targach Książki. Natomiast dla mnie najważniejszy był fakt, że była to pierwsza książka, którą napisałem. Początkowo kompletnie nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Być może teraz zrobiłbym to zupełnie inaczej. Wtedy usiadłem i pisałem to, co rodziło się w moim sercu, a w głowie nabierało jakiejś formy. W ten sposób powstała podróżniczo-awanturnicza książka, w której opisałem nasze doświadczenia z przebytej drogi, z tego co widzieliśmy oraz z jakimi trudnościami musieliśmy się zmierzyć. Bardzo ważne było także oddanie głosu Witoldowi Glińskiemu, który w mojej ocenie rzeczywiście z tego łagru uciekł. Przed wyruszeniem w podróż spotkaliśmy się z nim i zrobiliśmy długi wywiad, przez co w mojej książce cały czas przewija się jego opowieść. To on jest najważniejszy wraz z historią pozostałych uciekinierów. My staliśmy się nośnikiem tej opowieści i przeżyliśmy wspaniałą przygodę, a ci ludzie walczyli o życie, tak więc nie sposób porównywać naszych doświadczeń z ich drogą do wolności. Jednocześnie pisanie tej książki było dla mnie fascynujące i utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinienem dalej to robić.

Czy przemierzając tę trasę udało wam się może odnaleźć jakieś ślady związane z uciekinierami lub spotkać kogoś, kto cokolwiek słyszał na ten temat?
Jeśli chodzi o świadków, to dotarcie do takich osób było bez szans. Po pierwsze miało to miejsce bardzo dawno temu, był to początek lat 40. ub.w., a po drugie, ze względu na czas i sytuację polityczną w Rosji, Mongolii i Tybecie, uciekinierzy unikali ludzi. Wówczas dla nich każde spotkanie z człowiekiem było wyrokiem śmierci. Poza tym mongolskie pustynie i tybetańskie rejony były bardzo dzikie, więc trudno, by obecnie ktokolwiek mógł pamiętać nieznanych uciekinierów. My też nie wiemy dokładnie, z którego łagru była ta ucieczka. Natomiast udało nam się odnaleźć nieznany dotąd obóz w Jakucji, który nie znajdował się w oficjalnych opracowaniach systemu łagrów. Zaprowadził nas do niego lokalny mieszkaniec, nauczyciel historii w wiosce Takko. Jeżeli chodzi o trasę uciekinierów, to należy pamiętać, że oni nie posługiwali się żadną mapą, tylko kierowali się azymutem oraz unikali jakichkolwiek siedzib ludzkich.

Czy Witold Gliński, który był jednym z uciekinierów z sowieckiego łagru, miał okazję przeczytać twoją książkę?
Witold Gliński zmarł w 2013 r., a moja książka pojawiła się rok wcześniej. Wysłałem mu jej egzemplarz i mam nadzieję, że przeczytała mu tę książkę jego żona, ponieważ on był już wówczas niewidomy. Ona co prawda była Brytyjką, ale znała trochę język polski, więc jest szansa, że dzięki niej Witold Gliński się zapoznał z tą książką.

„Przez dziki Wschód” nie jest jedyną twoją książką, która dotyczy Sybiru i łagrów, ponieważ kolejna „Życie i śmierć na Drodze Umarłych” również porusza tę kwestię.
Tematyka łagrów faktycznie mocno utknęła w mojej świadomości. Ta książka opowiada o wyprawie badawczej na tzw. Drogę Umarłych, czyli Transpolarną Magistralę Kolejową, którą Stalin próbował wybudować za kołem podbiegunowym w Kraju Krasnojarskim, znajdującym się w środkowej Syberii. Ten projekt nigdy nie został ukończony, natomiast kosztował życie dziesiątków tysięcy więźniów. Kolejne setki tysięcy trafiło tam do piekła na ziemi. W tę podróż wybrałam się z Maciejem Cyprykiem, Łukaszem Orlickim, Markiem Kozakiewiczem oraz Anią Hyman, mieszkającą w Nowym Jorku i obecnie robiącą doktorat z historii na American University w Waszyngtonie. Ania wówczas kończyła studia na New York University, który nawet był naszym partnerem. My wyruszyliśmy na najdalszy odcinek tej drogi i naszym celem było odnalezienie kilku zaginionych łagrów, które zgodnie z mapami powinny się tam znajdować, a które według zdjęć satelitarnych powinny być zachowane w stanie niezmienionym od 1953 r. Prowadziliśmy tam badania, które śmiało można nazwać archeologią epoki stalinizmu. Inaczej mówiąc zajmowaliśmy się terenowymi badaniami materialnych świadectw zbrodni stalinowskich. I to w zasadzie nam się udało. Odnaleźliśmy kilka obozów i zrobiliśmy ich dokumentację oraz pomiary, zebraliśmy materiał fotograficzny i przeprowadziliśmy pracę badawczą, ale także reportażową. Naszym przewodnikiem był Dima z ludu Selkupów i dzięki niemu dowiedzieliśmy się bardzo dużo o życiu ludzi na Syberii oraz o tym, jak system komunistyczny zniszczył tradycyjne wspólnoty tzw. małych narodów Syberii. Z jednej strony była to wyprawa historyczno-naukowa, a z drugiej etnograficzna i dokumentująca tragiczny los ludów Syberii.

Obserwatorium astronomiczne „Biały Słoń” i dawny polski słup graniczny na górze Pop Iwan w masywie Czarnohory na Ukrainie / Foto: TOMASZ GRZYWACZEWSKI

Wspomniałeś o tzw. małych narodach, a ja przez to widzę powiązanie tej książki z kolejną, czyli z „Granicami marzeń. O państwach nieuznawanych”, która również otrzymała Nagrodę Magellana. Ona też dotyczy niewielkich krajów, a nawet grup społecznych, które tworzą swoją państwowość, lecz nieuznawaną przez światową dyplomację. Tak więc można stwierdzić, że twoja twórczość pisarsko-reporterska tworzy pewien ciąg logiczny oraz że jedna książka pociąga za sobą kolejną. Dotyczy to także tej, którą właśnie skończyłeś pisać, czyli „Wymazana granica. Śladami II Rzeczypospolitej”.
To jest bardzo celna obserwacja. Nigdy wcześniej o tym nie pomyślałem, ale rzeczywiście można wyciągnąć taki wniosek. Faktycznie istnieje pomiędzy tymi książkami taki związek przyczynowy. Gdy wyruszałem na Martwą Drogę, to dla mnie najważniejsza była historia łagrów i stalinizmu oraz działania badawcze. Jednak będąc już na Syberii rzeczywiście zainteresowałem się losem tych małych narodów, mniejszości etnicznych, a czasami nawet etnograficznych oraz ich problemem z tożsamością. Stąd też chyba pojawił się pomysł na kolejną książkę, czyli „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych”, czyli dziwnych tworach, które formalnie nie istnieją, nie ma ich na mapach, mimo że w rzeczywistości można do nich trafić, nie są także uznawane przez inne kraje oraz światową dyplomację. Są to Abchazja i Osetia Południowa w Gruzji, Górski Karabach w Azerbejdżanie oraz Naddniestrze w Mołdawii, a także Doniecka i Ługańska Republika Ludowa na Ukrainie. Kraje te w dużej mierze powstały w wyniku machinacji Rosji już po upadku Związku Sowieckiego. W dużej mierze są narzędziem realizowania imperialnej i agresywnej rosyjskiej polityki, ale nie tylko, ponieważ ich mieszkańcy spełniają swoje marzenia i pragnienia oracz częściowo poszukują swojej tożsamości pozostając poza oficjalną wspólnotą narodów. Pisząc tę książkę starałem się dotrzeć do tych miejsc oraz ludzi, by porozmawiać oraz żeby zrozumieć, co nimi kierowało i kieruje w tym pragnieniu posiadania własnego państwa, a także jak doszło do tego, że dzisiaj żyją w takich geopolitycznych czarnych dziurach, alternatywnych rzeczywistościach i takich trochę nibylandiach jak w powieści „Piotruś Pan”.

Jak reagowali mieszkańcy tych krajów na spotkania z reporterami i dziennikarzami chcącymi z nimi rozmawiać, a później przekazać światu wiadomości na ich temat? Nie mieli jakichś obaw opowiadając o sobie obcym ludziom, którzy przecież mogli te materiały wykorzystać w różnych celach?
Moje doświadczenia są z zasady bardzo pozytywne. W przytłaczającej większości przypadków w każdym z tych miejsc spotykałem się z ogromną życzliwością, dobrocią oraz chęcią pomocy człowiekowi, który jest w podróży, który jest gościem, oraz którego trzeba nakarmić, przenocować i pokazać mu drogę. Tak było na Syberii, w Mongolii, w Abchazji, a nawet w Afryce i wielu innych miejscach, które odwiedziłem. Wszędzie tam moi rozmówcy chcieli ze mną dyskutować oraz podzielić się swoimi opowieściami i losami. Być może dlatego, że oni są w dużej mierze zapomniani, a tematy ich dotyczące nie przebijają się na czołówki gazet, nie są relacjonowane przez największe światowe telewizje. Ludzie ci żyją w miejscach będących na uboczu, o którym świat zupełnie nie słyszał. Wielu z nich mieszka w bardzo surowych warunkach, wielu przeżyło wojnę i poniosło bolesne straty, utraciło bliskich i domy, a także nadal żyje w obliczu permanentnej wojny lub są uchodźcami. Dla tych osób – takie odniosłem wrażenie – moje pojawienie się było okazją, żeby o tych tragicznych historiach opowiedzieć światu, co dla nich jest bardzo ważne. Dlatego nigdy nie miałem problemów z moimi rozmówcami. Nigdy też nie nagrywałem nic po kryjomu, nie używałem ukrytej kamery ani mikrofonu. Zawsze chciałem być z nimi szczery i uczciwy, bo wychodziłem z założenia, że wówczas oni też tacy będą. I mam wrażenie, że to się sprawdzało, mimo że ci ludzie mogli mieć pewne obawy, czy nie wykorzystam tego materiału w innym celu, zwłaszcza ci mieszkający w państwach rządzonych w sposób autorytarny albo prawie mafijny. Naddniestrze czy Abchazja to nadal nie są demokratyczne państwa prawa w naszym rozumieniu tego słowa. Oczywiście zdarzały się przypadki, gdy rozmawiałem np. z dziennikarzami lub działaczami społecznymi, że osoby te miały jakieś obawy i prosiły mnie, abym nie podawał ich nazwisk lub używał pseudonimów. W książce „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych” jest nawet cały rozdział, w którym informacje – dla bezpieczeństwa moich rozmówców – opatrzone są zmienionymi nazwiskami. Przez to niemożliwa jest ich identyfikacja. Ja też zawsze ich uprzedzałem, że dany materiał będzie opublikowany, i pytałem, czy w jakiś sposób ich nie narażę. Byłoby to dla mnie coś strasznego, gdyby moja praca stała się dla kogoś przyczyną jakiegoś niebezpieczeństwa. Według mnie w pracy dziennikarsko-reporterskiej człowiek jest najważniejszy. Życzliwość i uczciwość oraz zainteresowanie drugą osobą bardzo często procentuje. Niezwykle ważna jest umiejętność cierpliwego słuchania i traktowania naszych rozmówców z dużą pokorą, ponieważ to my jesteśmy dla nich, a nie oni dla nas.

A czy ty jako reporter, który dociera w różne zapalne rejony, często też z toczącymi się konfliktami zbrojnymi lub etnicznymi, nie obawiałeś się jakiegoś niebezpieczeństwa?
W strefach objętych konfliktami wojennymi zawsze istnieje jakieś ryzyko i pojawia się pewien lęk, co wydaje mi się naturalne. Jednak wybierając się w taki rejon, nie chodzi o to, żeby się nie bać, tylko żeby umieć nad tym lękiem zapanować i nie tracić zimnej krwi. Mnie się to udawało, mimo że nie mogę powiedzieć, że jestem osobą odważną. Dla mnie odważni są ci, którzy tam żyją i są w stanie funkcjonować w takich warunkach. My, dziennikarze, pojawiamy się tam na chwilę i po zrealizowaniu zamierzonego celu wyjeżdżamy. Prawdziwą odwagą prócz mieszkańców tych groźnych miejsc wykazują się także ci, co niosą im pomoc, jak np. misjonarze oraz pracownicy organizacji humanitarnych, a szczególnie ci, którzy przez lata działają w miejscach konfliktów zbrojnych, klęsk naturalnych oraz gigantycznej biedy i ubóstwa systemowego. Dla dziennikarza ważne jest natomiast to, żeby potrafił się bać w sposób rozsądny.

A przeżyłeś jakąś sytuację, w której nie czułeś się zbyt bezpieczne lub miałeś poważny stres?
Oczywiście takie sytuacje się zdarzały. Pewne zagrożenie naturalne przeżyłem już podczas pierwszej wyprawy z Syberii do Indii. Wraz z kolegami przez prawie miesiąc przedzieraliśmy się przez dzikie i całkowicie odcięte od świata Góry Barguzińskie. Tam byliśmy zdani zupełnie na siebie i w pewnym momencie mieliśmy taki problem, że przez cztery dni nie mogliśmy przejść rwącej rzeki, a kończyły się nam zapasy żywności. Ostatecznie przekroczyliśmy ją w partyzancki sposób, asekurując się liną zrobioną ze sznurowadeł i odciągów od namiotów. Gdyby ta linka się urwała, to pewnie byśmy się potopili, a nie mieliśmy wyboru, ponieważ byliśmy odcięci od cywilizacji i możliwości skontaktowania się ze światem zewnętrznym. I to był taki moment pierwszego starcia z dziką przyrodą, która, jak widać, też może być bardzo niebezpieczna. Okazuje się, że w dzikich warunkach przejście rzeki o szerokości około 30 m może urosnąć do rangi gigantycznego wyzwania. Mieliśmy też groźną sytuację na froncie ukraińskim, gdzie blisko nas wybuchały pociski, a raz nawet zostaliśmy ostrzelani z automatycznego granatnika przeciwpiechotnego. Wraz ze mną była wówczas Monika Andruszewska oraz Dawid Wildstein. W tureckim Kurdystanie, gdy wraz z Dawidem i kurdyjskimi bojownikami przechodziliśmy nocą przez miasto, zostaliśmy ostrzelani, ponieważ pomylono nas z tureckim wojskiem. Tak więc takie niebezpieczne sytuacje się zdarzają i rzeczywiście są stresogenne.

Jak takie sytuacje i praca reportersko-podróżnicza wpłynęły na twoje życie? Czy w jakimś stopniu cię zmieniły?
To jest dla mnie bardzo trudne pytanie, ponieważ mimo wszystko jeszcze czuję się za młody i zbyt mało doświadczony, żeby dokonywać takich rozliczeń i podsumowań. Niewątpliwie ta pasja mnie wciągnęła. Odkrywanie i opowiadanie o świecie jest przemożne, i nie mogę sobie wyobrazić, żebym mógł zmienić ten sposób życia. Mam w sobie ogromną potrzebę, żeby być w drodze i poszukiwać ciekawych historii. Prawdą jest, że trudno było mi przez długi czas poukładać sobie życie osobiste. Permanentne wyjazdy, czasami w miejsca niebezpieczne, oraz kompletny brak stabilizacji zawodowej – bo przecież obecnie mało który dziennikarz pracuje na etacie, a większość osób wykonujących tego typu pracę to są freelancerzy, działający od projektu do projektu, co nie daje ciągłości finansowej – na pewno temu nie służą. Ten wysoki poziom nieprzewidywalności z jednej strony jest fascynujący i ciekawy, a z drugiej czasami jest męczący, bo każdy człowiek chciałby mieć choć trochę spokoju. Takie życie ma wiele zalet, ale na dłuższą metę dla osób samotnych potrafi być destrukcyjne. Na szczęście związałem się z bardzo wyrozumiałą dziewczyną, z którą niedługo planuję wziąć ślub. To, że pomimo tego trybu życia, Kaja postanowiła się ze mną związać, jest moim największym sukcesem.

Tomasz Grzywaczewski na Białorusi podczas wyprawy śladami zaginionej granicy II Rzeczypospolitej / Foto: KAJA ŁAPIŃSKA

Gratuluję sukcesu, ale muszę także stwierdzić, że mimo tego nie spocząłeś na laurach i cały czas pracujesz. Wiem, że ukończyłeś kolejną książkę, tym razem poświęconą Polsce, ale tej przedwojennej. Czego możemy się po niej spodziewać? O czym dokładnie będzie opowiadała „Wymazana granica. Śladami II Rzeczypospolitej”?
Z tych dalekich wypraw i krain postanowiłem powrócić na nasze polskie podwórko. Inspiracją tej książki była taka mapa II Rzeczypospolitej, która wpadła mi w ręce. Zwróciłem uwagę na pięknie prezentującą się granicę i stwierdziłem, że ona biegnie przez wiele niesamowitych miejsc, jak np. Kaszuby, Śląsk, Zaolzie, Bieszczady i ukraińskie Karpaty oraz bagna Polesia. Wtedy wykiełkowała mi myśl, żeby wyruszyć w podróż tą granicą, a jednocześnie pomyślałem sobie, że jest to fantastyczny temat pod kątem mojego ogromnego zainteresowania kwestią tożsamości, pamięci historycznej oraz tego, jak ona wpływa na współczesność. Przez pryzmat tej granicy postanowiłem opowiedzieć o współczesnej Polsce i naszych często niełatwych relacjach z sąsiadami, przede wszystkim z Ukraińcami, ale także z Białorusinami i Litwinami. Chciałem też spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy istnieje współczesna wspólna tożsamość tej naszej środkowej Europy, tego serca Międzymorza. Ten pomysł udało mi się zrealizować w zeszłym roku, kiedy to przebyłem te zaginione granice II Rzeczypospolitej. Na tej podstawie stworzyłem opowieść o ludziach, miejscach i wydarzeniach związanych z życiem na pograniczu. Tę książkę napisałem podczas kilkumiesięcznego pobytu w Nowym Jorku i właśnie oddałem ją do redakcji, do Wydawnictwa Czarnego. Czekam teraz nerwowo na opinię mojego redaktora, którym jest Tomasz Zając. Są w niej opowieści ze wszystkich tych granic, o których wcześniej wspominałem. Są historie Polaków mieszkających w Czechach, opowieści o Łemkach i Bojkach wypędzonych z Bieszczadów, jest Huculszczyzna oraz relacje Polaków ocalałych z ludobójstwa na Wołyniu itd. W książce tej, która jest napisana w konwencji historii mówionej, dominują wspomnienia i opowieści ludzi, którzy jeszcze pamiętają tę granicę, którzy wydobywają z pamięci to, jak wyglądało życie po obu jej stronach. Jedni opowiadają o II Rzeczypospolitej, a drudzy o wielkim głodzie na sowieckiej Ukrainie. Jest też wątek o tym, jak ta granica żyje współcześnie, np. opowieść o białoruskich, antysystemowych i antyłukaszenkowskich rockmanach, którzy dzisiaj w swojej muzyce przywracają pamięć o „Kochanku Wielkiej Niedźwiedzicy”, czyli słynnej powieści Sergiusza Piaseckiego o przemytnikach. Jest też opowieść o pielgrzymach podążających po dawnej polskiej granicy z Suwałk do Ostrej Bramy w Wilnie. Ta książka w dużej mierze traktuje o przeszłości, o dziedzictwie II Rzeczypospolitej i o tym, jak my je wspominamy. To także opowieść o współczesności i o nas samych, o Polakach, i o tym, kim się dzisiaj czujemy, ale też o tym, kim są nasi sąsiedzi, ich narody i jak się z nimi dogadujemy.

Czy przemierzając tereny, po których biegła granica II Rzeczypospolitej, udało ci się może natknąć na jakieś jej ślady?
W niektórych rejonach przetrwały nawet oryginalne fragmenty tej granicy. Tak jest np. w Ukraińskich Karpatach, gdzie można odnaleźć betonowe słupy graniczne z wyrytym polskim orłem i numerem. Są one postawione wzdłuż niektórych grzbietów i biegną przez dziesiątki kilometrów. Współcześni ukraińscy ratownicy górscy w masywie Czarnohory korzystają z tych słupów w celu orientacji w terenie. Jeżeli ktoś zgłasza jakiś wypadek, to pytają go, czy wie, przy którym polskim słupie granicznym się znajduje. Z kolei w Polsce, w miejscowości Dębki nad Morzem Bałtyckim, postawiono replikę pierwszego słupa granicznego oznaczonego nr 1, a obok w lesie znajdują się ukryte ruiny strażnicy Korpusu Ochrony Pogranicza. Na Białorusi, również w lesie, natrafiłem na opuszczony i cały zarośnięty garnizon KOP-u, który był kiedyś małym polskim miasteczkiem.

A czy ta granica II Rzeczypospolitej istnieje w świadomości i mentalności ludzi zamieszkujących regiony, przez które kiedyś przebiegała?
Jak najbardziej. Na Kaszubach żyją jeszcze ludzie, którzy wybierając się do sąsiedniej wioski mówią, że idą „za granicę”, ponieważ kiedyś była ona niemiecka, a nie polska, albo na odwrót. Wśród mieszkańców pogranicza zupełnie inna jest pamięć historyczna. Jest to szczególnie widoczne na Białorusi, gdzie dawna granica Polski dzisiaj oddziela Białoruś Zachodnią od Wschodniej. W tej pierwszej jest pamięć o tym, jak się żyło w Polsce, oraz że wówczas była pewna doza swobody i wolności, ponieważ miało się własne gospodarstwo. Z kolei na Białorusi sowieckiej jest pamięć o tym, że tam zawsze były kołchozy i że lepiej było nie mówić za dużo, i nie wychylać się, bo to z reguły źle się kończyło. Tam ta granica cały czas mentalnie istnieje.

Jakie są plany związane z tą książką? Kiedy można się spodziewać jej premiery?
Mam nadzieję, że zostanie dobrze zaopiniowana przez redakcję, a jak tak się stanie, to powinna się pojawić na jesieni.

Czyli jest szansa, że pod koniec roku, gdy sytuacja z pandemią zostanie już opanowana, pojawisz się w Nowym Jorku z jej promocją.
Mam taką nadzieję, że uda się to zrealizować. W tym momencie składam też wniosek o dofinansowanie do projektu wirtualnej wystawy fotograficznej związanej z granicą II Rzeczypospolitej. Mam też nadzieję, że później uda mi się ją pokazać w sposób fizyczny także w Nowym Jorku, bo takie były pierwotne plany.

Podczas ostatniej wizyty w Wielkim Jabłku oprócz spotkań autorskich promujących książkę „Granice marzeń. O państwach nieuznawanych” miałeś także wykład w prestiżowym The Explorers Club na Manhattanie, którego w dodatku jesteś członkiem. Jak udało ci się dostać do tego elitarnego klubu oraz jak wspominasz to spotkanie poświęcone tematowi stalinowskiej kolei widmo, czyli Martwej Drodze?
Żeby zostać członkiem The Explorers Club, należy być wcześniej do niego zaproszonym. Nie można się zgłosić samemu. Mnie to się udało dzięki moim kolegom z polskiego oddziału The Explorers Club, a szczególnie dzięki wsparciu Moniki Rogozińskiej, dziennikarki i podróżniczki, która wtedy była prezesem polskiego oddziału. Bardzo dobrze, że jest w tym klubie wielu Polaków i dzięki temu możemy pokazywać nasz dorobek na arenie międzynarodowej, a The Explorers Club jest takim miejscem, ponieważ należą do niego ludzie z całego świata. Cieszę się, że jego polski oddział tak prężnie działa. Jeżeli chodzi o moją prezentację w tym prestiżowym klubie na Manhattanie, to muszę podkreślić, że było to dla mnie wielkie wyróżnienie. Nie ukrywam też, że towarzyszył mi spory stres, ponieważ sama sala w stylu XIX-wiecznych klubów robi duże wrażenie. Powagi dodają wiszące na ścianach flagi The Explorers Club, które były we wszystkich zakątkach kuli ziemskiej, i nie tylko, ponieważ jest także flaga, która trafiła z załogą Apolla na Księżyc. Tak więc cały ten anturaż robił wrażenie i onieśmielał, co było dosyć stresujące. Mam jednak wrażenie, że chyba mój wykład spotkał się z pozytywnym oddźwiękiem. Byłem zaskoczony, że pojawiło się sporo ludzi, a ponadto kolejne liczne grono obserwowało bezpośrednią transmisję prelekcji w internecie. Usłyszałem także wiele miłych opinii po zakończeniu spotkania podczas prywatnych rozmów z członkami oraz z zarządem klubu. I myślę, że to nie było kurtuazyjne, tylko bardzo szczere. Dlatego też bardzo się cieszę, że tak to zostało odebrane, ponieważ reprezentowałem tam Polskę w segmencie związanym z odkrywaniem świata. To była dla mnie wielka przyjemność, ale i odpowiedzialność, a takie momenty mnie najbardziej stresują. Myślę, że mogę powiedzieć, że wystąpienie w The Explorers Club było dla mnie kolejną przygodą.

********

Więcej informacji na temat Tomasza Grzywaczewskiego oraz jego wypraw i podróży można znaleźć na stronie www.tomaszgrzywaczewski.pl.

Tomasz Grzywaczewski podczas spotkania autorskiego zorganizowanego w ramach Polonijnego Klubu Książki Ridgwoodteka / Foto: WERONIKA KWIATKOWSKA/WWW.STANYWEWNETRZNE.COM

1 KOMENTARZ