Trawa już jest zielona

96

Wiadomo, trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie. Na cudzym trawniku. Tam, gdzie akurat nie dotarliśmy. Tam, gdzie dotrzeć nie możemy.
Nie jestem wyjątkiem, choć bardzo często chciałabym nim być. Umieć w pełni docenić piękną chwilę, gdy mi się taka trafi, i pogratulować sobie dobrze wykonanej pracy tak, jak gratulowałabym komuś innemu, gdyby to on tę pracę wykonał.

Czasami wręcz poprzestać na tym, co już jest, i nie przeć o więcej, zwłaszcza, jeśli jest to dokładnie stan, rzecz, wynik, o jaki mi pierwotnie chodziło. Gdybyśmy mieli dla siebie tyle wyrozumiałości i cierpliwości, co mamy dla innych, świat byłby o wiele spokojniejszym i szczęśliwszym miejscem do życia, mówią mędrcy.

Pracowałam kiedyś z pewną dziennikarką. Ja tutaj, ona w Warszawie, razem w dziale zagranicznym codziennej gazety. Różnica czasu jest największą zmorą amerykańskich korespondentów codziennych gazet w Europie, bo gdy zabieramy się do pracy, nawet jeśli robimy sobie wczesną pobudkę, w naszych redakcjach trwa w najlepsze codzienny armagedon związany z dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik, gazeta jest bowiem tylko o dwie-trzy godziny od wyjazdu do drukarni.

W Przytulisku Literackim w Wallington, NJ, odbędzie się 24 kwietnia (środa) o godz. 7:00 wiecz. spotkanie z Elizą Sarnacką-Mahoney.

Nie mamy, jak nasi koledzy i koleżanki po drugiej stronie, sześciu czy ośmiu godzin na działanie, mamy dwie godziny i nie mamy w związku z tym ani minuty do stracenia, nie mówiąc o luksusie przepisywania tekstu, gdyby zdarzyło się, że jest nie taki, jak ma być. Ponieważ włączamy się w proces kreatywny na tak późnym etapie, wyzwaniem staje się sam element komunikacji między obiema stronami.

Przyznam to otwarcie – gdyby nie znajoma dziennikarka, ostoja cierpliwości i odporności na sytuacje największego kryzysu, oraz człowiek, który z nożem na szyi potrafił przywitać drugą osobę uśmiechem i dobrym słowem – nie wiem, ile razy po prostu poległabym ze stresu i frustracji, a także i konfliktu na linii praca-rodzina, bo dla codziennego dziennikarza nie ma przerwy nawet w weekend.

Znajoma dziennikarka była dla mnie wzorem: zawodowego profesjonalizmu i także pracującej matki – jak ja wychowywała wtedy małe dzieci. W okolicznościach chronicznego braku czasu na jakiekolwiek rozmowy nie dotyczące pracy, potrafiła wyczarować chwilę, byśmy od czasu do czasu ponarzekały (i wsparły się nawzajem) na los matki-dziennikarki. Odnosiłam wrażenie, że w swoim życiu prywatnym też posiadała cechy, za jakimi ja z wywieszonym językiem wciąż jedynie goniłam – była niezniszczalną optymistką i była świetnie zorganizowana.

Gdy nasze zawodowe ścieżki się rozeszły, rozpoczęła pracę w jednym z największych opiniotwórczych tygodników w Polsce, tam awansowała na kierownika działu, zaczęła prowadzić własny program w telewizji, zaczęła się też coraz więcej udzielać społecznie i publicznie, firmując swoim nazwiskiem mądre i potrzebne kampanie i inicjatywy. I wszystko to bez śladu zmęczenia na zawsze uśmiechniętej, życzliwej twarzy. Gdy kilkanaście miesięcy temu zaczęła biegać – dokumentowała swoje postępy w mediach społecznościowych – powiem szczerze, odczułam irytację.

Nie tyle jednak na nią, co na siebie. Ja też zaczęłam biegać, a raczej czyniłam podchody, by po latach dość okrojonego programu aktywności fizycznej odzyskać formę. Po kilkunastu miesiącach pokonywałam jednak dopiero dystanse 5-10 K, podczas gdy moja znajoma łupała półmaratony, a na początku tego roku dowiedzieliśmy się, że sięga jeszcze wyżej. Zakwalifikowała się i rozpoczęła przygotowania do maratonu w Tokio. Przyszło mi na myśl, że trawa po jej stronie świata właśnie zzieleniała tak mocno, że spowoduje u mnie już chyba tylko wymioty.

A potem nagle się dowiedziałam. Odkryłam właściwie przypadkiem, bo artykuł zakopany był między innymi, nie rozpychał się łokciami, by znaleźć się na wierzchu, nie krzyczał żadnym sensacyjnym nagłówkiem. Moja znajoma opowiedziała w nim o depresji, skomplikowanym życiu prywatnym, niedobrym związku, w którym trwała zbyt długo i któremu dała się boleśnie połamać, wreszcie o emocjonalnej cenie, jaką płaci, bo nie potrafi nie angażować się osobiście, w tematy, którymi zajmuje się w pracy. Bieganie, jak powiedziała, było jak deska, może ostatnia, ratunku, gdy znalazła się tak blisko dna, że już je widziała.

Czytałam jej zwierzenia, za oknem na moim trawniku rysowały się pierwsze, bardzo nieśmiałe krążki zieleni. To były pierwsze, prawdziwie ciepłe i hojnie słoneczne dni tego roku. Zima wciąż przełamywała się z wiosną, mocowały się ze sobą na moich oczach. Wieczorem temperatura wciąż spadała do poniżej zera. Ptaki wyśpiewujące w niebo swoje pierwsze piosenki milkły co chwila, bo nieoczekiwany chuch lodowatego wichru zdzielał je po główkach i musiały koncentrować siły, by utrzymać się na gałęzi.

Gdy piszę ten tekst, mój ogród i osiedle przykrywa gruba warstwa śniegu. Zielone są tylko korony iglaków, a też nie całe, bo i one gną się pod ciężarem białych, puchowych czap, które poprzyklejały się im do igiełek bardzo mocno – w nocy mokry śnieg wszędzie zamarzł. Myślę o tym, że to ten arktyczny krajobraz, a nie soczysta trawa, oddaje prawdziwe kolory ogrodu mojej znajomej. Jakaś cząstka mnie odczuwa ulgę, bardzo ludzką i wcale się jej nie wstydzę. Ulgę, że trawa i u innych wcale jednak nie taka zielona, a jeśli zielona, to dlatego, że ciężko na jej stan pracują. Srebrna taca podsuwana innym pod nos za darmo to fatamorgana, w którą gra z nami wyłącznie nasz własny umysł.

Życzę mojej znajomej, by jej ogród jak najszybciej się zazielenił. Życzę sobie i Państwu, byśmy w nadchodzący wielkanocny poranek, myśląc o tym, jak z końca może zrobić się początek, pomyśleli i o tym, że trawa po naszej stronie świata jest i zawsze będzie zielona. Najbardziej zielona zrobi się wtedy, gdy zamiast rozglądać się na boki i porównywać ją z innymi, skoncentrujemy się na tym, by ją odżywiać i pielęgnować tak, jak umiemy najlepiej. My sami wyposażeni w te narzędzia, które już posiadamy. Jeśli posiadamy zdrowie, miłość bliskich i empatię dla świata, to posiadamy, proszę mi wierzyć, naprawdę wszystko, czego nam trzeba.