Upamiętnienie amerykańskich pilotów w Nasielsku

222
Pomnik upamiętniający por. Josepha Vignę i por. Roberta Petersa został odsłonięty na terenie Niepublicznej Szkoły Podstawowej "Pod Fiołkami" w Nasielsku / Foto: ADAM KOWNACKI

W niewielkim miasteczku Nasielsk w województwie mazowieckim odsłonięto pomnik poświęcony dwóm amerykańskim lotnikom – por. Josephowi Vignie i por. Robertowi Petersowi – którzy zginęli podczas akcji niesienia pomocy uczestnikom powstania warszawskiego. Monument został sfinansowany z prywatnych pieniędzy, a jego pomysłodawcą jest Tomasz Krasoń – nasielszczanin od 30 lat mieszkający w Bostonie.

Mimo że inicjatywa była zupełnie oddolnym i społecznym projektem, to przybrała rangę dużego międzynarodowego wydarzenia. Wzięła w nim udział amerykańska ambasador Georgette Mosbacher, a także zastępca dowódcy generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, generał dywizji Jan Śliwka oraz 96-letni uczestnik powstania warszawskiego, płk Eugeniusz Tyrajski ps. Sęk i żołnierz AK, mjr Antoni Zienkiewicz ps. Cichy.

Pojawiły się delegacje m.in.: Polskich Sił Powietrznych, Ministerstwa Obrony Narodowej i Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Światowego Związku Żołnierzy AK, Stowarzyszenia Pamięci Powstania Warszawskiego, Związku Powstańców Warszawy, Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego, Stowarzyszenia Lotników Polskich, Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego RP, Muzeum Powstania Warszawskiego, Instytutu Lotnictwa i Kuratorium Oświaty w Warszawie.

Ceremonię odsłonięcia pomnika uświetniła Kompania Reprezentacyjna Sił Powietrznych oraz Orkiestra Wojskowa z Dęblina, a także występ artystyczny uczniów nasielskiej Niepublicznej Szkoły Podstawowej „Pod Fiołkami”, na terenie której stanął monument.

Na uroczystość przyjechały także ze Stanów Zjednoczonych rodziny obu amerykańskich pilotów, odnalezione przez inicjatora ich upamiętnienia Tomasza Krasonia, który także uczestniczył w tym niecodziennym wydarzeniu.

Osłonięcie pomnika upamiętniającego por. Josepha Vignę i por. Roberta Petersa odbyło się 18 września, dokładnie 75 lat od chwili ich śmierci, a także w dniu uznawanym za narodziny amerykańskich sił powietrznych.

Kompania Reprezentacyjna Sił Powietrznych oddała salwę honorową na cześć poległych amerykańskich żołnierzy – por. Josepha Vigny i por. Roberta Petersa / Foto: ADAM KOWNACKI

ODSŁONIĘCIE POMNIKA
„Chciałabym, aby ten pomnik był świadkiem nadziei, która wiąże się ze wspólnymi doświadczeniami i wyrasta ze wspólnej ofiary. Aby był świadectwem wspólnych wartości, które łączą oba nasze narody. Te osoby zapłaciły największą cenę za naszą wolność i nigdy nie możemy o tym zapominać” – powiedziała podczas ceremonii w Nasielsku amerykańska ambasador Georgette Mosbacher. Ona również wraz z rodziną zestrzelonych amerykańskich pilotów – Lynne Alexander i Mellisą Misi – oraz w towarzystwie gen. Jana Śliwki i Tomasza Krasonia dokonała odsłonięcia pomnika upamiętniającego por. Josepha Vignę i por. Roberta Petersa.

W trakcie uroczystości orkiestra wojskowa odegrała hymny narodowe – polski i amerykański – była honorowa salwa, odczytano także specjalny list przesłany przez prezydenta RP Andrzeja Dudę oraz Apel Pamięci. Za zgodą Ministerstwa Obrony Narodowej został on nieco zmodyfikowany i zawierał nazwiska amerykańskich pilotów, którzy oddali życie lecąc z pomocą dla walczącej Warszawy, wymieniono w nim także kilku lokalnych bohaterów wojennych.

(Od lewej) Gen. Jan Śliwka, Lynne Alexander, amerykańska ambasador Georgette Mosbacher oraz Mellisa Misi podczas odsłonięcia pomnika / Foto: ADAM KOWNACKI

„Po ceremonii w szkole otwarto wystawę, zawierającą różne pamiątki, a nawet fragmenty zestrzelonych samolotów, które zostały odnalezione przez okolicznych mieszkańców, m.in. pojemnik na tlen, aluminiowe kawałki skrzydeł i kabiny, łuski z myśliwskich karabinów. Wystawiono nawet sztukę pt. ‚Śmierć pilota’ napisaną przez jednego z nauczycieli” – wspominał w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” Tomasz Krasoń dodając, że Amerykanie byli bardzo wzruszeni tą ceremonią, a łzy płynęły im po twarzach cały czas.

Jak podkreślił nasz rozmówca, uroczystość była zasługą Elżbiety Fijalskiej, dyrektorki Niepublicznej Szkoły Podstawowej „Pod Fiołkami”, która czuwała nad jej przebiegiem oraz włożyła bardzo dużo pracy w jej przygotowanie.

Gen. Jan Śliwka (w środku) składa wieniec pod pomnikiem upamiętniającym por. Josepha Vignę i por. Roberta Petersa / Foto: ADAM KOWNACKI

BOHATERSCY LOTNICY
Amerykańscy piloci, por. Joseph Vigna i por. Robert Peters, zostali zestrzeleni 18 września 1944 roku, podczas akcji niesienia pomocy dla powstania warszawskiego. Wówczas 107 tzw. Latających Fortec – Flying Fortress B-17 – pod osłoną 56 myśliwców P-51 Mustang zrzuciło 1248 zasobników z pomocą zawierającą m.in. broń, amunicję, żywność i leki.

„Te zrzuty miały być wykonane dużo wcześniej, ale w związku z tym, że amerykańskie samoloty ze względu na małą pojemność zbiorników z paliwem nie były w stanie wrócić z Warszawy do Wielkiej Brytanii czy Włoch, musiały skorzystać z innych lotnisk. Dlatego też latały dalej za linię frontu i lądowały na terenie amerykańskich baz zlokalizowanych w Związku Radzieckim. Tam maszyny przechodziły remont, tankowały, były uzbrajanie w amunicję i wracały do swoich baz. Były to takie wahadłowe loty o nazwie ‚Frantic – wyjaśnia Tomasz Krasoń, który jest miłośnikiem historii oraz kolekcjonerem militariów. – W ten sposób wykonano sześć misji związanych z bombardowaniem niektórych celów daleko od amerykańskich baz. O każdej takiej akcji musiał wiedzieć Stalin, który osobiście wydawał zgodę na lądowanie amerykańskich myśliwców na rosyjskim terenie. Niestety, gdy się dowiedział, że będą organizowane zrzuty z pomocą dla powstańców warszawskich, to zgody tej nie chciał udzielić. Zrobił to dopiero pod wpływem nacisku w połowie września, gdy powstanie już dogasało, a obszar zajmowany przez powstańców był niewielki. Dlatego też tylko około 20 procent amerykańskiej pomocy trafiło w ręce powstańców” – podkreśla członek Klubu Miłośników Militariów Polskich im. Andrzeja Zaremby.

Porucznik Robert Peters z żoną Margaret Hart podczas ślubu w czerwcu 1943 roku / Foto: ARCHIWUM TOMASZA KRASONIA

W akcji transportu zasobników dla walczącej Warszawy brały udział setki amerykańskich pilotów, kilku z nich straciło życie, m.in. por. Joseph Vigna i por. Robert Peters.

Myśliwiec pierwszego z nich został zestrzelony w okolicach wsi Kątne pod Nasielskiem, drugi był strącony w okolicach wsi Stara Wrona. Do dzisiaj żyją tam jeszcze świadkowie tych wydarzeń.

Pochodzący z Ohio por. Robert Peters w chwili śmierci miał 21 lat i pozostawił w Stanach Zjednoczonych żonę i dwumiesięczną córeczkę, której nigdy nie widział. Został pochowany w pobliżu upadku jego mustanga. Niemcy otoczyli jego płonący samolot i nie pozwolili polskiej ludności wydobyć rannego pilota z maszyny.

Z kolei pochodzący z Kalifornii, 24-letni por. Joseph Vigna na polecenie niemieckiego pilota, który go zestrzelił, został pochowany z wojskowymi honorami. Po wojnie ciała obu lotników ekshumowano i przeniesiono na cmentarz wojskowy w Neuville we Francji, a w 1948 r. pochowano ich w rodzinnych amerykańskich miejscowościach.

Porucznik Joseph Vigna / Foto: ARCHIWUM TOMASZA KRASONIA

IDEA UPAMIĘTNIENIA
Mieszkający od 30 lat w Bostonie pomysłodawca upamiętnienia amerykańskich pilotów, którzy ponieśli śmierć niosąc pomoc dla powstańców warszawskich, o wydarzeniu, które miało miejsce w jego rodzinnej miejscowości Kątne koło Nasielska, dowiedział się kilka lat temu.

W związku z tym, że bardzo interesuje się historią, postanowił zdobyć nieco więcej informacji na ten temat.

„Pojechałem tam, by porozmawiać z pewną starszą panią, Leokadią Łącką, która obecnie ma ponad 90 lat i była świadkiem tego wydarzenia” – wspomina Tomasz Krasoń. W trakcie jego rozmowy z panią Leokadią okazało się nawet, że doskonale znała jego mamę.

„‚Pana matka mojej rodzinie pomogła przeżyć okupację’ – usłyszałem od niej, gdy dowiedziała się, że moja mama miała na imię Irena” – relacjonuje nasz rozmówca.

Okazało się, że jego matka pracowała w niemieckiej piekarni, a ponieważ żywność była wówczas na kartki, to wynosiła po kryjomu chleb i rozdawała go najbardziej potrzebującym.

„Gdy się o tym dowiedziałem, to doszedłem do wniosku, że nasze spotkanie nie mogło być przypadkowe. Przyjechałem tam ze Stanów Zjednoczonych, by poznać historię zestrzelonych lotników od osoby, która widziała zdarzenie na własne oczy, a dowiedziałem się wiele na temat mojej mamy. Postanowiłem więc rozpocząć akcję, by w jakiś sposób upamiętnić ofiarę tych amerykańskich żołnierzy” – wspomina pan Tomasz dodając, że za wszelką cenę chciał także odnaleźć ich krewnych. Po długich staraniach udało mu się odnaleźć rodziny obu pilotów. Dotarł do nich w ubiegłym roku.

Tablica na pomniku upamiętniającym amerykańskich pilotów, którzy zginęli niosąc pomoc dla powstańców warszawskich / Foto: ADAM KOWNACKI

KREWNI PILOTÓW
Korzystając z internetu oraz różnych stron dotyczących powiązań rodzinnych, mediów społecznościowych i książek telefonicznych, m.in. „White Pages”, a także poprzez wysyłanie listów pod różne adresy noszące znamiona powinowactwa różnych osób z zestrzelonymi lotnikami w końcu panu Tomaszowi udało się dotrzeć do ich krewnych.

„Odnalazłem Lynne Alexander, która obecnie ma 75 lat, a w chwili śmierci jej ojca, por. Roberta Petersa, miała zaledwie dwa miesiące. On wówczas miał 21 lat i nigdy jej nie widział na oczy. Był asem powietrznym, na swoim koncie miał pięć zestrzeleń niemieckich samolotów. 18 września odbył swój 50. lot bojowy, który niestety zakończył się dla niego tragicznie” – opowiada nasz rozmówca dodając, że krewni obu pilotów byli bardzo zaskoczeni i wzruszeni jego akcją upamiętnienia Amerykanów.

„Jeżeli chodzi o rodzinę por. Josepha Vigny, to udało mi się w Kalifornii odnaleźć jego siostrzenicę. Napisałem do niej list, który otworzyła 6 czerwca, w rocznicę lądowania wojsk alianckich w Normandii. Mellisa Misi miała mgliste pojęcie o swoim wujku, wiedziała, że był pilotem, oraz że zginął w Polsce, i to wszystko. Dopiero jak jej wysłałem różne materiały, m.in. wydruki z książki ‚Frantic 7’ Jerzego Szcześniaka, to bardzo zainteresowała się jego losami” – wspomina Tomasz Krasoń. Przesyłka, którą otrzymała Melissa, była jedną z wielu, jakie wysłał do osób, które uznał, że mogą być rodziną por. Josepha Vigny.

„Była zaadresowana na jego siostrzenicę oraz jej matkę, czyli siostrę lotnika, która jeszcze żyje. W związku z tym, że Melissa rok temu sprzedała dom, to myślała, że list dotyczy tej transakcji i odłożyła kopertę na bok. Dopiero wieczorem, gdy wraz z rodziną siedziała przy stole, przypomniała sobie o tej przesyłce i ją otworzyła. Gdy czytała list, po jej twarzy zaczęły płynąć łzy, więc wszyscy od razu zaczęli pytać, o co chodzi. Było to dla nich niesamowite przeżycie” – mówi pan Tomasz dodając, że wszyscy postanowili polecieć z Kalifornii do Nasielska na odsłonięcie pomnika.

W Polsce spędzili tydzień i nawet odwiedzili Leokadię Łącką, która była świadkiem zestrzelenia samolotu por. Josepha Vigny i upadku jego maszyny na ziemię.

Pomysłodawca pomnika Tomasz Krasoń z Elżbietą Fijalską, dyrektorką Niepublicznej Szkoły Podstawowej „Pod Fiołkami”, na terenie której odsłonięto monument / Foto: ADAM KOWNACKI

JAK FENIKS Z POPIOŁÓW
Pomysłodawca uczczenia amerykańskich lotników, którzy ponieśli śmierć w okolicy Nasielska, nie chciał, by forma ich upamiętnienia była zbyt banalna. Od samego początku uważał, że zasługują oni na coś trwałego i wymownego, tym bardziej że niosąc pomoc powstańcom warszawskim zapłacili największą cenę.

„Początkowo myślałem o jakiejś tablicy upamiętniającej to wydarzenie, ale doszedłem do wniosku, że jest ich już bardzo dużo w całej Polsce, więc postanowiłem zrobić coś oryginalniejszego. Stąd też pojawił się pomysł z pomnikiem” – wspomina Tomasz Krasoń. Stworzyli do jego znajomi artyści z Gdyni – Tadeusz Adamowski z żoną Katarzyną Waszewską.

„Postanowili zrobić go w kształcie skrzydła samolotu myśliwskiego Mustang B-51, którym lecieli obaj zestrzeleni piloci. Jest ono postrzępione przez kule, ale nie jest wbite z ziemię, jak to mogło wyglądać przy upadku samolotu, tylko z niej wystaje” – opisuje monument inicjator akcji upamiętniającej amerykańskich lotników. Pomnik specjalnie jest zaprojektowany w ten sposób, że to skrzydło wyłania się z ruin miasta symbolizującego zniszczoną Warszawę, na pomoc której lecieli piloci.

„Można to także interpretować w ten sposób, że to postrzępione skrzydło odradza się, jak feniks z popiołów, żeby pokazać, że żołnierze ci mimo śmierci nie zostali pokonani i chcą dalej walczyć” – wyjaśnia Tomasz Krasoń.

Monument, który 18 września został odsłonięty na terenie należącym do Niepublicznej Szkoły Podstawowej „Pod Fiołkami” w Nasielsku, został całkowicie sfinansowany z prywatnych pieniędzy, z darowizn przekazanych przez Tomasza Krasonia oraz jego rodzinę i znajomych, a także osób, które zachciały złożyć na ten cel swoje donacje, m.in. Wojciecha i Romana Zasadzińskich – synów powstańca warszawskiego por. Jerzego Zasadzińskiego. Na ten cel nie zostały przeznaczone żadne fundusze publiczne, do zbiórki nie przyłączyły się władze lokalne i gminne.

Pomnik upamiętniający por. Josepha Vignę i por. Roberta Petersa tuż przed odsłonięciem / Foto: ADAM KOWNACKI