W bagażach – kawałeczek ojczyzny

0
718

Rozmowa z Barbarą Caillot, dziennikarką, pisarką i fotograficzką, współautorką książki „Marsz, marsz Batory”

Kim są bohaterowie książki „Marsz, marsz Batory”, nad którą pracowała pani razem z Aleksandrą Karkowską?

Są to przede wszystkim pasażerowie statku MS „Batory”, którzy płynęli do Stanów Zjednoczonych i Kanady przed II wojną światową i po wojnie, w czasie 33 lat życia polskiego transatlantyku. To także członkowie załogi – dwóch kapitanów, oficerowie, mechanik, kucharz i „matka okrętowa”, czyli niania. W sumie ponad 50 osób dzieli się z czytelnikami swoimi wspomnieniami z podróży, ale nie tylko. Pochodzą z różnych środowisk i też powody ich emigracji były przeróżne – za chlebem czy z przyczyn politycznych, jak na przykład arystokracja w czasie komuny lub osoby pochodzenia żydowskiego w 1968 r. Z każdym pasażerem udało nam się porozmawiać osobiście.

W jaki sposób udało wam się dotrzeć do tych bohaterów?

Podczas pracy nad poprzednią książką – „Na Giewont się patrzy” – poznałyśmy osoby, które w taki sposób podróżowały do Stanów Zjednoczonych i Kanady, a oprócz tego, za oceanem i u nas, w Polsce, w różnych miejscach, pojawiły się ogłoszenia, o tym, że poszukujemy osób, które podróżowały MS „Batorym”. Zdarzało się, że wnukowie zgłaszali dziadków. Pisali do nas, że bliscy na pewno pamiętają podróż i chętnie o niej opowiedzą. Książka podzielona jest na trzy części. Pierwsza dotyczy chwil przed wyjazdem, do momentu zamknięcia domu w Polsce na klucz. Druga – pobytu na MS „Batorym”, a trzecia – rozpoczęcia życia na nowym lądzie.

To kto, na przykład, zdecydował się na taką opowieść?

Wśród pasażerów jest pani Janina, która, gdy miała 18 lat, razem z mamą płynęła do Nowego Jorku. Było to w sierpniu 1939 r., a celem była Wystawa Światowa organizowana w dzielnicy Queens. Miały płynąć tydzień czy dwa tygodnie później, ale rodzice czuli, że zbliża się wojna. Ojciec jakoś dostał wcześniejsze bilety i panie popłynęły. Na środku Atlantyku, razem z innymi pasażerami, dowiedziały się o wybuchu II wojny światowej. W trakcie tej podróży pani Janina poznała też swojego męża. Gdy statek dopłynął do Nowego Jorku, podczas odprawy na Ellis Island pojawił się problem. Otóż pani Janina i jej mama miały paszporty z Wolnego Miasta Gdańska, natomiast w czasie gdy dopłynęły do USA, tego autonomicznego miasta-państwa już nie było, a więc dokumenty były nieważne.

Czy pani Janina zamieszkała na dłużej w Stanach Zjednoczonych?

Tak, pani Janina do dziś mieszka w New Jersey, ma 98 lat. Udało nam się ją odwiedzić i to spotkanie było bardzo wzruszające. Wróciła do Polski, ale tylko w odwiedziny, by spotkać się między innymi ze swoim ojcem. Było to wiele lat po wyemigrowaniu do USA.

Co zabierali ze sobą emigranci podróżujący MS „Batorym”?

Przeróżne rzeczy. Były osoby, które podróżowały z jedną walizeczką, a inne z kilkunastoma kuframi. Wielu zabierało ze sobą prawie całe wyposażenie domu, by tam, na emigracji, niczego nie musieli kupować. Jedna z naszych bohaterek, której mama przeżyła pobyt w gułagu, dostała od niej na drogę kołdrę puchową, by nigdy nie zmarzła. Poszukała też jakiegoś większego kosza, żeby mogła ją przewieźć. W bagażach były też książki i to naprawdę spore ilości. Oczywiście polskich pisarzy. Wielu imigrantom bardzo zależało na tym, by ich dzieci, mimo że nie były wychowywane już w Polsce, nigdy o polskiej kulturze nie zapomniały. W naszych rozmowach przewijała się taka obawa, że „będą musieli oddać swoje dzieci nowemu kraju, w takim sensie, że staną się one Amerykanami, a przestaną być Polakami”. Przeglądając zawartość ich bagaży można też odnieść wrażenie, że starali się zabrać choć kawałeczek swojej ojczyzny do nowych domów. Z rozmów z naszymi bohaterami wynika, że najbardziej tęsknili za rzeczami, których nie można było spakować do walizek czy kufrów, na przykład za przyjaźniami, smakami czy zapachami. To, co łączyło wielu podróżnych MS „Batorego”, to to, że nie do końca wiedzieli, dokąd płyną. Nie byli pewni, czy ktoś na nich czeka. Zaproszenia dostawali od dalekich krewnych czy jakichś znajomych. Wielu z nich nie mówiło też po angielsku. Także ta decyzja o emigracji była bardzo odważna. Poza tym sprawa dostania paszportu nie była tak prosta do załatwienia jak teraz. Często czekali kilka lat na dokument. Pierwsza płynęła żona z dziećmi, a na przykład po pięciu latach dołączał mąż albo na odwrót.

A jak bohaterowie książki wspominają samą podróż MS „Batorym”?

Był to statek bardzo luksusowy, przedwojenna wizytówka naszego kraju. Na pokładzie odbywały się bale, przedstawienia, występowali najlepsi polscy artyści. Był też czas na msze święte, a kaplicą na pewien czas stawała się sala balowa, gdzie wysuwano ołtarz. Chętni mogli też skorzystać z basenu czy sali gimnastycznej. Statek na wszystkich robił ogromne wrażenie. Szczególnie na tych mniej zamożnych podróżnych, którzy nigdy wcześniej nie mieli na przykład okazji jadać w restauracjach. A tu nagle częstowano ich wykwintnym jedzeniem, podawanym na pięknej zastawie. Co więcej, obsługiwali ich kelnerzy. Tak było bez względu na to, w której klasie się podróżowało, nawet w tej turystycznej. Wiele z tych osób na MS „Batorym” po raz pierwszy miało okazję zobaczyć i skosztować na przykład pomarańczy czy bananów, a co dopiero kuropatwy z czereśnią w dziobie. Pierwszy kapitan „Batorego” Eustazy Borkowski chętnie podczas balów organizowanych na statku tańczył z pasażerkami, nie miało znaczenia, którą klasą podróżowały. Ten zwyczaj był utrzymywany przez kolejnych dowodzących statkiem. „Matka okrętowa” przyznała, że zawsze miała mnóstwo dzieci do pilnowania, bo ich mamy, często – po tych trudnych czasach związanych z wojną i po wojnie też – wreszcie poczuły wolność. Zresztą, podczas rozmów z nami, pasażerowie często powtarzali, że na „Batorym” wiało wolnością.

Podróż trwała zazwyczaj 11 dni. Później zaczynało się ciężkie życie emigranta…

Już drugiego czy trzeciego dnia po zejściu na ląd. W książce jest takie zdanie, powtarzane przez naszych bohaterów, że bardzo szybko zdawali sobie sprawę z tego, że dolary nie rosną na drzewach. Ktoś był prawnikiem w Polsce, a w Stanach Zjednoczonych musiał schować dyplom do kieszeni i na chleb zarabiał czyszcząc, w takim wielkim sklepie, klatki dla ptaszków. Inny pan, też bardzo dobrze wykształcony, znający kilka języków – francuski, włoski, ale nie angielski – zatrudnił się na stacji benzynowej, bo tam nie musiał nic mówić. To były takie czasy, kiedy Ameryka była utożsamiana z ziemią obiecaną, zresztą nasi rozmówcy to powtarzają: wierzyliśmy, że tam będzie ziemia obiecana. Część przyznała, że była już zmęczona komuną, czuli się szykanowani, w Polsce nie mogli normalnie wychowywać dzieci.

Jak potoczyły się losy tych osób? Wszystkie nadal mieszkają poza rodzinnym krajem?

Większość tak, ale część wróciła do Polski, na przykład na emeryturę czy do dzieci. Dlatego też część naszych rozmów przeprowadziłyśmy w Polsce. Na przykład w Warszawie, na Podhalu i w Trójmieście.

Kiedy książka „Marsz, marsz Batory” ukaże się w sprzedaży?

Pracujemy nad złożonym projektem. Jego pierwszą częścią jest zeszyt „B jak Batory”, czyli ilustrowana historia transatlantyku, który już się ukazał. Natomiast książka „Marsz, marsz Batory” ze wspomnieniami pasażerów i członków załogi, ukaże się w maju. Premiera planowana jest w Muzeum Emigracji w Gdyni, które się mieści w dawnym Dworcu Morskim, skąd wypływał MS „Batory”! Kilka miesięcy później będziemy w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, gdzie planujemy promocję książki oraz wystawę zdjęć związanych z „Batorym”, które znalazły się w naszej książce. Ich autorami są sami podróżni.