W chaosie globalnej wioski

0
63
PEXELS.COM

Czy było nam łatwiej? Nawet jeśli było ciężej, to jednak chyba… było nam łatwiej? Nie ma towarzyskiego spotkania w gronie rodziców dorastających dzieci, gdzie nie pojawiłby się taki wątek w rozmowach.

Kuriozalny, jak się o nim pomyśli, bo normą przez pokolenia była sytuacja odwrotna. Z wyjątkiem czasów wojen, każde następne pokolenia zwykle miewało „lepiej i łatwiej”. Stał za tym postęp, nowe, ekscytujące wynalazki, przemiany społeczne i polityczne, a przez ostatnie 100 lat upowszechniający się dostęp do edukacji dla obu płci, w tym na poziomie uniwersyteckim, co otwierało przed młodymi zupełnie nowe – fantastyczne z punktu widzenia ich rodziców – szanse na realizację ambicji zawodowych i osobistych.

By nie podpierać się przykładami z Polski, bo tam rzeczywistość nie była reprezentatywna, sięgnę po Amerykę. Rodzice mojego męża byli w swoich rodzinach po obu stronach pierwszymi (najstarsze dzieci), którzy ukończyli studia. Pierwszymi, którzy zamiast pracować dla kogoś innego pracowali dla siebie, pierwszymi, wreszcie, których stać było na zagraniczne wakacje. Nieczęsto, bo tylko raz w dzieciństwie mojego męża, ale jednak. Zarówno mój mąż, jak i jego siostry byli pierwszymi w rodzinie (najstarsze wnuki po obu stronach), którzy przynajmniej część studiów odbyli za granicą, a przy okazji korzystali z możliwości podróżowania i zwiedzania nowych zakątków globu.

Przyzwoity dyplom w kieszeni, pewien poziom światowego obycia oraz dodatkowe języki – i ze znalezieniem ciekawej, intratnej pracy pod koniec ubiegłego wieku nie było większych problemów. Ewentualnym „minusem” tamtych czasów była wizja wyprowadzki z rodzinnego miasta i stanu. Upowszechniła się już bowiem wtedy taktyka poszukiwań i rekrutacji pracowników na terenie całego kraju, nawet jeśli firma posiadała tylko jeden jedyny oddział w małej mieścinie pośrodku pól kukurydzy w Kansas. Swoją drogą to właśnie to, stworzone i rozpropagowane w Ameryce, motto, że „za pracą się idzie, a nie czeka, aż ona przyjdzie do ciebie”, stało się jednym z głównych fundamentów pod rewolucję globalizacji, która przyszła chwilę potem.

Pokolenie naszych rodziców patrzyło na nas z nieukrywaną zazdrością, kibicując nam jednocześnie w naszych przedsięwzięciach, podróżach, zawodowych i prywatnych podbojach, i w codziennym życiu, które – z ich punktu widzenia – stało się o niebo prostsze i wygodniejsze. Na przykład nie musieliśmy już biegać na pocztę z korespondencją i opłatami, czy opuszczać domu, by zrobić zakupy. Nie musieliśmy, za każdym razem, gdy nasze dziecko potrzebowało odpowiedzi, by odrobić pracę domową, udawać się z nim do biblioteki. Wiedza i edukacja umościły się bowiem u naszych stóp niczym wierny pies i pozostają do naszej dyspozycji, dostępne w każdej chwili, z każdego miejsca na świecie, w formie i różnorodności, o jakich człowiek z przeszłości nie śmiał nawet marzyć.

My jednak patrzymy na nasze własne dorastające dzieci i zamiast im zazdrościć – współczujemy. Jak to możliwe? Co poszło nie tak?
Używając nowoczesnego języka można by powiedzieć, że pojawił się „glitch”. Awaria w systemie operacyjnym. Błąd w kodzie, który sprawia, że komputer się zawiesza, ekran dostaje czkawki i miga jak przepalająca się żarówka, a programy, choć niczego nie dotykamy, samoczynnie się otwierają i zamykają, lub autokopiują bez żadnej komendy.
Zgodnie z krzywą pokoleniową nasze dzieci też mają dzisiaj więcej od nas w każdym wymiarze: materialnym, edukacyjnym, rozrywkowym, turystycznym, nie wspominając nawet o gadżetach, w których nieletni zawsze się tak lubują, ani o „dostępie” do szeroko pojętego życia towarzyskiego. Młodzież ma dziś to życie na uderzenie palcem w ekran – „under the thumb”, jak sama to określa.

Niezgodnie z krzywą pokoleniową nasze dzieci nie mają dzisiaj pojęcia – a my nie potrafimy im pomóc! – w co inwestować swój czas i siły, by w przyszłości dostać pracę. Wiedzą przy tym doskonale, że będą o nią rywalizować ze sztuczną inteligencją, a także, że czeka ich wykonywanie zawodów, których my dzisiaj jeszcze nawet nie znamy. Niektórzy futurolodzy przewidują, że za ćwierć wieku te zupełnie nowe zawody będą stanowić aż 80 procent wszystkich profesji!

Równie niezgodnie z krzywą pokoleniową, nasze dzieci mają raczej wstrzemięźliwy niż entuzjastyczny stosunek do dalszej globalizacji, w każdym razie w formie, w jakiej znamy ją obecnie. Nie postrzegają jej, jak my i poprzednie pokolenia, przez pryzmat zacieśniania ludzkiej wspólnoty, koncept redukcji dzielących nas różnic kulturowych i obyczajowych, wręcz przeciwnie. Boją się, że dalsza globalizacja ściągnie na świat konflikty, które mogą nas wręcz wykończyć jako gatunek na planecie.

Martwimy się o nasze dzieci i uważamy, że mają gorzej i trudniej od nas, bo widzimy, że są zagubione, niepewne i dość przestraszone. Wiem, najlepiej jest zwalać jest winę na media społecznościowe i technologię. Miały nas połączyć, a przyczyniły się do wzrostu poczucia wyalienowania – niemal co dzień dostajemy na ten temat nowe raporty. Miały szerzyć dobre ideały, tymczasem spolaryzowały ideologicznie, wyzwoliły i podsycają agresję, która coraz śmielej wylewa się z wirtuala w real w formie fizycznych napaści, ataków i przestępstw. A jednak…

Wydaje mi się, że prawdziwa przyczyna leży gdzie indziej. Nasze dorastające dzieci są pierwszym pokoleniem od którego, nie pytając go o zgodę, zażądaliśmy – choć też kłóciłabym się, czy zdając sobie z tego w pełni sprawę – by było pokoleniem globalnym. Uwaga! – nie globalistami, bo globaliści to ludzie dobrowolnie i świadomie identyfikujący się z tzw. wartościami globalnymi. My globalność naszym dzieciom narzuciliśmy. Nie osobiście, nie każda rodzina z osobna, rzecz jasna. Ale poprzez materiał, jakiego uczą się dziś w szkole (nacisk na sprawiedliwą reprezentatywność kulturową i obyczajową), poprzez to, co widzą w naszych miejscach pracy (kadry międzynarodowe, coraz częściej z wielu kontynentów), to, czego doświadczają na co dzień w otaczającym ich świecie.

Ten ostatni zaś coraz bardziej zmienia się w niekształtną bryłę, stanowi pomieszanie wszystkiego ze wszystkim: strzępków kultur z wyrywkami z historii, zdrapek z obyczajów z odpryskami z kultury. Każdy z tych elementów osobno posiada swój kształt, wagę i znaczenie, niestety, zrzucone na jedną kupę, do jednego worka, tworzą nic innego niż oddychający chaos. Brakuje tej masie celu, kierunku, sensu.
Jestem, być może, z niemodnej już dzisiaj szkoły antropologii, która wyznawała, że centralne dla ludzkiej jednostki jest jej poczucie przynależności. Do konkretnej rodziny, społeczności, narodu, władającego konkretnym językiem i dzielącego wspólne dzieje/tradycje/obyczaje. Zafundowaliśmy sobie jednak postęp, który w przeciągu jednego – zaledwie jednego! – pokolenia wydziedziczył człowieka z tej przynależności.

Wszystko byłoby świetnie, gdybyśmy jednocześnie równie intensywnie i autentycznie zintegrowali się jako ludzkość, gdybyśmy jako mieszkańcy globalnej wioski wypracowali sobie komplet nowych, globalnych obyczajów, kultury, tradycji, które będą nas w naszej nowej odsłonie definiowały. Tak się nie stało. Szczerze polecam rozmowy z młodzieżą, usłyszą Państwo od nich sami, że czują się samotni, bo nie wiedzą, kim są. Z czym mają się identyfikować? Za kogo siebie uważać? Wszystkim naraz być nie można, a my od początku im wmawiamy, że muszą. Powinni. Tylko tak coś w dzisiejszym świecie osiągną. Ten sam postęp, który nam, poprzednim pokoleniom, przyniósł wiele dobrego – skończył z niewolnictwem, dał kobiecie prawa wyborcze, walczy z procederem wydawania za mąż małych dziewczynek – tutaj strzela nam jednak w kolano. W kontekście globalnej wioski staje bowiem na stanowisku, że identyfikacja tylko z jednym, wybranym paskiem historii czy grupą etniczną to też forma dyskryminacji i rasizmu.

Myślę, że choć nie lubimy tego wypowiadać na głos (wstydzimy się? policja poprawności politycznej czuwa?), wiemy doskonale, że nasze dzieci mają gorzej od nas, bo – sięgnę tutaj po kowbojską metaforę – są wyrzucone z siodła. Nie mam nic przeciwko jedności i autentycznej integracji międzyrasowej oraz międzykulturowej. Czekam na to i jestem przekonana, że w którymś momencie jako homo sapiens osiągniemy ten stopień ucywilizowania. Jednak póki co, dla dobra moich dzieci, będę z premedytacją wcielać się w piątą kolumnę i zaszczepiać w nich poczucie identyfikacji z tym, z czym sama się identyfikuję: z wybranym paskiem historii jednego kraju, języka i kanonu pewnych, nie zawsze znanych reszcie świata, tradycji. Żeby miały więcej siły i odwagi tworzyć świat, w którym historie, języki i tradycje nie będą cegłami budującymi rozdzielające ludzi mury.