W Polsce jak u siebie

299
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Nie wszyscy mówią po polsku, ale wszyscy tańczą polskie tańce narodowe, a każdy podkreśla, że Polska jest w jego sercu. Uczestnicy XVIII Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych przyjechali do Rzeszowa z różnych części świata. Najliczniejsza grupa, jak zwykle, ze Stanów Zjednoczonych – 11 zespołów. „Polski folklor jest przepiękny i jestem dumna, że mogę, po raz drugi, uczestniczyć w festiwalu. Za każdym razem jest to wielkie przeżycie” – mówi „Nowemu Dziennikowi” 19-letnia Weronika Niedzielski z Chicago. Podobnych opinii jest o wiele więcej.

Festiwal Polonijnych Zespołów Folklorystycznych to największa tego typu impreza na świecie. Organizowany jest co trzy lata. Pierwszy raz – w lipcu 1969 roku. Tym razem wyjątkowo, po dwóch latach, tak by można było świętować jubileusz 50-lecia festiwalu. W tegorocznej edycji wystąpiły 34 zespoły z 11 krajów. Między innymi ze Stanów Zjednoczonych, Brazylii, Kanady, Rosji, Wielkiej Brytanii oraz Czech.

W NAGRODĘ – AKORDEONY, KORALE, WIANKI, KIERPCE

W pierwszej edycji wzięło udział 13 zespołów – 12 z Europy i jeden ze Stanów Zjednoczonych. Festiwal trwał aż trzy tygodnie, a nie, jak obecnie, tydzień, a całemu przedsięwzięciu patronowało Towarzystwo Łączności z Polonią za Granicą. Najlepsze zespoły dostały w nagrodę na przykład akordeony, korale, wianki i kierpce. „Baliśmy się, że nasz festiwal, podobnie jak Światowy Festiwal Chórów Polonijnych w Koszalinie, umrze śmiercią naturalną, bo pokolenie, które te tradycje i zwyczaje pamięta, już nie będzie w stanie do nas przyjeżdżać. Tymczasem widzimy, że w naszym wydarzeniu dominuje młodzież, a chętnych jest zazwyczaj więcej niż miejsc – mówi Lesław Wais, dyrektor artystyczny rzeszowskiego festiwalu. – Wiele zespołów odwiedzało nas kilkanaście razy. Rekordzistą jest Olza z czeskiego Cieszyna, który gościł u nas 14 razy. Łącznie, na wszystkich imprezach, wystąpiło ponad 600 zespołów, liczących w sumie 18 tys. osób” – wylicza Lesław Wais.

FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Festiwal rzeszowski to impreza o walorach nie tylko artystycznych. Nawiązują się tu nowe przyjaźnie, a nawet poznają przyszłe pary małżeńskie. „Tutaj spotyka się Polonia z całego świata i tutaj rzeczywiście zawiązują się miłości. Kilka festiwali wcześniej zrobiliśmy widowisko pod tytułem ‚Wesele w Rzeszowie’. Wystąpiły w nim 23 pary, które poznały się w Rzeszowie. Osoby z różnych krajów, a nawet z różnych kontynentów – wspomina Lesław Wais. – Wierzę, że wszyscy dalej żyją razem. Natomiast w tej edycji jedna para zawarła ślub w Rzeszowie. Do stolicy Podkarpacia przyjechali z całą rodziną z Australii” – dodaje rozmówca „Nowego Dziennika”.

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

Apolonia i Robert poznali się pięć lat temu podczas XVI Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Apolonia mieszkała wtedy w Wielkiej Brytanii i tańczyła w zespole Orlęta. Przeniosła się do Sydney po tym, jak poznała Roberta. „Urodziłam się w Londynie, moi rodzice są z Polski. Mama spod Warszawy, a tata z Podkarpacia. Od dziecka byłam związana z polską kulturą – chodziłam do polskiej sobotniej szkoły, no i tańczyłam w zespole ludowym” – opowiada Apolonia. Pierwsze walentynki spędzili nad Morskim Okiem. Trzynaście miesięcy temu Robert oświadczył się. Razem z narzeczonym zaplanowali ślub w Rzeszowie, przede wszystkim dlatego, że właśnie tutaj się poznali i tu zaczęła się ich wspólna historia. Na ich weselu zespół Syrenka, w którym Robert jest choreografem, zaprezentował tańce rzeszowski i łowicki. A wcześniej, podczas uroczystego otwarcia XVIII festiwalu na scenie rzeszowskiego rynku, gratulacje parze składał im między innymi prezydent miasta, życząc młodym pomyślności na nowej drodze życia. Para przyznaje, że gdyby pięć lat temu ktoś powiedział, że w Rzeszowie poznają drugie połówki, nie uwierzyliby. Teraz zgodnie mówią, że to miejsce i to wydarzenie zbliża ludzi. „Wszyscy jesteśmy Polakami” – podkreślają.

POLSKA GOŚCINNOŚĆ

Miłość swojego życia, ponad 20 lat temu, dzięki polskiemu folklorowi, spotkał też Mirosław Cisło z Chicago. Swoją obecną żonę poznał podczas jednej z prób zespołu Wesoły Lud w Chicago. Mają dwie córki: 20-letnią Oliwię i 17-letnią Aleksandrę, które, podobnie jak rodzice, uwielbiają tańczyć. „Miałem okazję przyjechać do Polski na festiwal już ponad 30 lat temu, ale doszło wtedy do katastrofy w czarnobylskiej elektrowni jądrowej. Obawialiśmy się o nasze zdrowie, więc wyjazd został odwołany. Później pojawiły się obowiązki związane z pracą i rodziną, i musiałem zrezygnować z tańca” – opowiada Mirosław. Dopiero dwa lata temu udało mu się spełnić marzenie. Co więcej, przyjechał do Rzeszowa z córkami. Tym razem też tańczy, i to z jedną z nich w parze. „To jest wspaniałe uczucie. Jak się tylko dowiedziałem, że Wesoły Lud szuka tancerzy i że mogę wrócić do zespołu, od razu pognałem na próby” – przyznaje nasz rozmówca.

Karolinka – Brazylia
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Mirosław Cisło urodził się w Stanach Zjednoczonych. O Polsce często i pięknie opowiadają jego rodzice, którzy wyemigrowali za ocean z tego samego powodu co miliony rodaków – po lepsze jutro. „Mój tata jest wielkim patriotą. Uczestniczy we wszystkich polonijnych wydarzeniach: festiwalach czy paradach. Zawsze ma ze sobą polską flagę i z dumą mówi o swojej ojczyźnie – podkreśla Mirosław. Mimo że urodził się w Stanach Zjednoczonych, w sercu, tak samo jak rodzice, ma Polskę. – Kocham tu przyjeżdżać. Zresztą wciąż mieszkają tu moi bliscy, między innymi w Krakowie, Rabce, Mielcu czy Żabnie. Tak długo, jak będę mógł, będę częstym gościem w Polsce, choć tak naprawdę czuję się tu jak u siebie” – twierdzi nasz rozmówca. Zespół, w którym tańczy, Wesoły Lud z Chicago, wystąpił na rzeszowskim festiwalu już po raz 12. Istnieje od ponad 40 lat. Obecnie tańczy w nim 200 osób. Najmłodsi mają zaledwie kilka lat. „Są to wesołe ludki-krasnoludki – mówi Ryszard Jamiński, dyrektor artystyczny i choreograf zespołu. – Tym razem do Rzeszowa przyjechało 30 osób. Bardzo lubimy tu występować. Za każdym razem towarzyszą nam ogromne emocje. Pochodzę z Rzeszowa. Do Stanów Zjednoczonych wyemigrowałem 34 lata temu. Czyli ponad połowę życia spędziłem poza granicami Polski. Mam dwie ojczyzny, które są tak samo bliskie mojemu sercu. Wzruszam się, gdy ląduję na tej ziemi, a jeszcze bardziej – na ziemi rzeszowskiej” – przyznaje nasz rozmówca. Festiwal jest wydarzeniem bardzo oczekiwanym przez tancerzy. „Jesteśmy jedną wielką polonijną rodziną. Poznajemy nowe osoby, zawiązują się przyjaźnie i już mogę powiedzieć, że niejednej osobie zakręci się łezka w oku w dniu powrotu do amerykańskiego domu” – uważa Ryszard Jamiński. W Chicago najpierw zaczął trenować w konkurencyjnym zespole, a po kilku latach dołączył do Wesołego Ludu. Poznał w nim swoją żonę – Amerykankę, która nie tylko świetnie tańczy po polsku, ale i mówi w tym języku. „Jej pradziadkowie pochodzą z Polski, a mama, żeby było ciekawiej, urodziła się we Francji. Później z rodzicami przeniosła się do USA. Mówi w kilku językach i wychowywana była w kilku kulturach, ale najbliższa jest właśnie ta polska” – Ryszard Jamiński. Zapytany, co sprawia, że rzeszowski festiwal cieszy się od lat tak dużym powodzeniem, odpowiada, że sprawia to jego atmosfera. „Takiego drugiego narodu jak Polacy to chyba nie ma na świecie. Wszystko inne może być podobne – ulice, domy, ale ta nasza gościnność jest wyjątkowa. Pamiętam festiwale sprzed lat. Polska nie wyglądała tak jak dzisiaj. Były zupełnie inne warunki. Brakowało nawet papieru toaletowego. Jak to ktoś kiedyś mówił – czym się tu dzielić: kartką do pisania czy czymś do wycierania. Warunki z pewnością nie zachęcały do odwiedzenia naszego kraju, a mimo to na jednym festiwalu było tutaj nawet ponad 100 zespołów. To co przyciągało tancerzy i nadal przyciąga, to właśnie Polacy, gościnność rodaków, a także wciąż mieszkające w ojczyźnie rodziny. Jesteśmy naprawdę unikalnym narodem” – uważa dyrektor artystyczny i choreograf chicagowskiego zespołu folklorystycznego.

Tancerze zespołów Lajkonik i Ojczyzna
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

„POLSKIEGO NAUCZYŁEM SIĘ SAM”

Drugi raz na rzeszowskim festiwalu jest Małgorzata Bondyra, dyrektor artystyczna i choreografka zespołu Ojczyzna z Baltimore, słuchaczka IV roku Polonijnego Studium Choreograficznego w stolicy Podkarpacia. Pochodzi z Torunia, gdzie grała w kapeli ludowej. „Folklor towarzyszy mi w życiu od zawsze. Jestem z wykształcenia muzykiem. Gdy wyjechałam do USA, znalazłam Ojczyznę w Baltimore i dołączyłam do zespołu. Było to w połowie lat 90. Na początku byłam tancerką, teraz jestem tancerką i choreografką. Dla nas wszystkich możliwość wzięcia udziału w polonijnym festiwalu, na który zjeżdżają się rodacy z całego świata, jest ogromnym przeżyciem” – podkreśla nasza rozmówczyni. Wtóruje jej Michael Carnahan, menedżer zespołu. „Ja zacząłem tańczyć w Ojczyźnie w 1986 r. Dlaczego? Bo chciałem poznać polską kulturę. Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych, tak samo jak moi rodzice, ale mój dziadek wyemigrował do USA z Polski – opowiada Michael. – Był wtedy jeszcze dzieckiem. Przypłynął do Stanów razem z rodzicami i rodzeństwem. W sumie 12 osób. Było to tuż po I wojnie światowej. Nie za bardzo chciał rozmawiać po polsku. Zresztą jego rodzice wcale nie nalegali. Co więcej, chcieli, by dzieci jak najszybciej nauczyły się języka angielskiego, by mogły się wykształcić i znaleźć dobrą pracę. Często pytałem dziadka o Polskę, ale raczej nie chciał o niej rozmawiać. Natomiast ja bardzo chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o kraju moich przodków. Trudno to nawet wytłumaczyć” – przyznaje Michael. Sam więc nauczył się mówić po polsku, a wcześniej dołączył do polonijnego zespołu folklorystycznego. „Miałem wtedy 16 lat. Ojczyzna występowała u nas w szkole i bardzo spodobał mi się ich taniec. Gdy dowiedziałem się o naborze, natychmiast się zapisałem. Występ w Rzeszowie jest spełnieniem naszych marzeń i ukoronowaniem ciężkiej pracy. To jest też spore przeżycie dla naszej społeczności w Baltimore. Podczas festiwalu towarzyszy nam prezes Domu Polskiego i jego babcia, która ma już 84 lata. Jest też nasz proboszcz z polskiego kościoła, który kiedyś mieszkał w Rzeszowie” – dodaje Michael Carnahan.

Syrena – Milwaukee
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik
Polanie – Kanada
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

W Ojczyźnie gościnnie tańczy Marcin Niemiec z Filadelfii. Na co dzień tancerz PKM Polish Folk Dance Ensemble. „Podkarpacie to moje rodzinne strony. Pochodzę z Komorowa, oddalonego ok. 50 km od Rzeszowa. Pewnie, że jak się jest tutaj, to włącza się ogromna tęsknota za krajem. Ja jestem na emigracji już od 27 lat. Nawet trudno mi o tym mówić, tak wielkie jest to dla mnie przeżycie” – przyznaje Marcin. Trzeci raz na festiwalu polonijnych zespołów folklorystycznych jest Andrzej Wiśniewski z Filadelfii, także gościnnie występujący w Ojczyźnie. „Moi pradziadkowie przypłynęli z Polski, jeszcze przed wojną. Rodzice urodzili się w USA, ale mimo to nie zapomnieliśmy o polskich tradycjach. Trudniej jest z językiem. Nauczyłem się go sam. W 2009 r. otrzymałem stypendium Fundacji Kościuszkowskiej i dzięki niemu mogłem studiować w Krakowie przez dwa miesiące. Z urodzenia jestem obywatelem USA, ale czuje się bardziej Polakiem. Szkoda, że nie mam polskiego obywatelstwa, ale spróbuję to naprawić jeszcze w tym roku” – zapowiada Andrzej.

ŚWIATOWA RODZINA

Lajkonik – Sydney
FOTO: Anna Arciszewska/Nowy Dziennik

Z paszportem polskim czy bez, każdy na rzeszowskim festiwalu czuje się przede wszystkim Polakiem. „Jak byłam mała, to często nie chciało mi się wstawać do polonijnej szkoły w sobotę, ale teraz jestem wdzięczna rodzicom, że mnie mobilizowali” – mówi 19-letnia Kasia Staroń z Chicago. W zespole Wesoły Lud tańczy od 5 lat. Tata pochodzi z USA, ale też ma polskie korzenie. Mama do Stanów Zjednoczonych wyemigrowała z Dąbrowy Tarnowskiej. Nie planowała zostać na stałe. Tak po prostu wyszło. „W domu królował język polski. Jak mówiłam po angielsku, to rodzice udawali, że mnie nie rozumieją albo kazali poszukać słowa w słowniku. Na festiwalu jestem po raz drugi i jestem bardzo dumna, że mogę prezentować tak piękny polski folklor. Cudowne jest też to, że bez względu, z jakiego kraju pochodzimy, wszystkich uczestników łączy Polska” – podkreśla Kasia.
W tym roku zjechało do Rzeszowa prawie tysiąc osób. Dyrektor Lesław Wais, zapytany o najbardziej wzruszające momenty, przypomina sobie na przykład list od jednego z widzów. „To był Amerykanin, którego córka tańczyła w zespole folklorystycznym. Razem z rodziną towarzyszyli jej w poprzedniej edycji festiwalu. Napisał do nas tak: ‚Gdy staliśmy na rzeszowskim rynku, oglądając kolejne występy, powiedziałem do syna: popatrz, tutaj jest twoja światowa rodzina, po to tutaj przyjeżdżamy, by się poznać, by wiedzieć, jaką tworzymy wielką, ogólnoświatową rodzinę”. I to nam, organizatorom, daje ogromną satysfakcję – mówi Lesław Wais – że w Rzeszowie potrafimy stworzyć taką atmosferę, która zostaje w sercach tysięcy uczestników na zawsze”.