W Polsce myślimy, że emigracja do USA to droga na skróty

Rozmowa z Dorotą Malesą, dziennikarką i scenarzystką, autorką bloga „50 Shades of States” i książki o Polonii amerykańskiej pt. „Ameryka.pl. Opowieści o Polakach w USA”

0
2222
Dorota Malesa/Archiwum autorki

Pracowała pani nad książką półtora roku, ale w USA bywa od dziesięciu lat. Jaka jest, według pani, Polonia amerykańska?
Polonia amerykańska jest zupełnie inna niż chociażby Polonia londyńska, która nabrała nowego wiatru w żagle po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Jest trochę jak egzotyczna wyspa, niebędąca do końca ani Polską, ani Ameryką. I być może właśnie dlatego jest tak fascynująca. Poznając Polaków za oceanem zauważyłam, że nie ma jednej drogi do urządzenia sobie Ameryki. Jedni, tak jak Gosia z Kalifornii produkująca wino, nie mają praktycznie styczności z Polakami, ale są i takie osoby, jak Basia z Kolorado, która na Dzikim Zachodzie żyje góralską tradycją bardziej niż górale w Zakopanem i prowadzi tam hotel, a w jego recepcji wisi pejzażyk z Tatrami. Jest też Sebek, który wyemigrował 10 lat temu do Chicago i zrobił to trochę wbrew zdrowemu rozsądkowi.

Dlaczego wbrew zdrowemu rozsądkowi?
Sebek jest chłopakiem, który skończył studia prawnicze w Polsce, a żyje w Ameryce nielegalnie i jest to dla niego absolutnie nieopłacalne. Mógłby przecież wyemigrować do Niemiec czy Francji i tam spokojnie sobie żyć i legalnie pracować albo robić karierę w Polsce. Zamiast tego żyje w Stanach i uparł się, że będzie miał polską żonę. Nie chodzi mu o dokumenty i zalegalizowanie pobytu, lecz o wzniosłą, prawdziwą miłość.

Ale polskie dziewczyny w Stanach go nie chcą, bo jeszcze się wystarczająco nie dorobił. W tym czasie, kiedy szuka odpowiedniej kandydatki, zdążył już kupić dom, założyć firmę i całkiem legalnie rozlicza się z amerykańskim fiskusem. Z drugiej strony, kiedy jedzie „hajłejem”, nie może nawet minimalnie przekroczyć prędkości, bo jak zatrzyma go policja, może mieć spore kłopoty.

Dla Polaków mieszkających w Polsce Polonia to wciąż Greenpoint i „Jackowo”?
Myślę że tak. Tak właśnie kojarzy się Polonię, i to pomimo że dzielnice te już dawno nie są polskie. My w Polsce też często myślimy, że wyjazd do Ameryki jest taką drogą na skróty, bo się wyjedzie i od razu się wszystko zdobędzie, i że jest o wiele łatwiej niż w Polsce. Tymczasem historie moich bohaterów pokazują, że emigracja jest absolutnie drogą naokoło i warto to uświadomić rodakom mieszkającym nad Wisłą. Każda z tych historii opisanych w książce – czy jest to historia upadku czy sukcesu – zawsze jest okupiona jakąś straszną krwawicą. Pisząc tę książkę, wyleczyłam się chyba z marzenia, by zamieszkać w USA na stałe.

Emigracja to spore wyzwanie…
Zdecydowanie. Nawet jeśli ma się taki życiorys, który z pozoru jest spełnieniem amerykańskiego snu. W mojej książce jest historia Emila Vardy, imigranta z Lublina, który do USA przybył z jednym plecakiem. To jeden z najbardziej znanych polskich restauratorów w Nowym Jorku.

W jego lokalu bywają osoby znane z pierwszych stron gazet – na przykład Anna Wintour, która razem z gwiazdą tenisa Rogerem Federerem raczyła się u Emila Vardy stekiem. Ale pan Emil zawsze marzył o tym, by robić teatr. Niestety, tego amerykańskiego snu nie spełnił, bo okazało się, że robi teatr, który się Amerykanom po prostu nie podoba, no bo nie jest to Broadway. Musiał więc schować swoje ambicje do kieszeni i zaczął prowadzić restaurację. Fakt, że z ogromnym powodzeniem, no ale nie jest to taka droga, jaką sobie wymarzył na Amerykę. Myślę, że zainteresowanie tą książką wynika między innymi z tego, że każdy z moich bohaterów szczerze opowiedział o swoich doświadczeniach, o tym, co mu Ameryka dała, ale i co zabrała. Teraz, już po premierze, czytelnicy też dzielą się ze mną swoimi przeżyciami.

Na przykład napisał do mnie pan, który stwierdził, że on czuje się w Nowym Jorku jak kot, który wszedł na drzewo i nie wie, jak z niego zejść. Inna pani wyznała, że jakiś czas temu razem z mężem reemigrowali pod Częstochowę i bardzo żałują swojej decyzji. O tym też piszę w książce: jeden z moich bohaterów nazywa to „klątwą Indianina” – kiedy jest się w USA, to cały czas tęskni się za Polską, a po powrocie do Polski chce się być w Stanach.

Zbierając materiał do książki, gościła pani w domach swoich bohaterów, ale też na przykład przez kilka dni obserwowała pani pracę w polonijnej agencji w Chicago.
W ogóle Chicago jest dla mnie takim miejscem, do którego lubię przyjeżdżać pod koniec każdego dłuższego pobytu w USA. Uwielbiam wtedy pójść do knajpy Czerwone Jabłuszko i zamówić sobie pierogi czy bigos. Mijając agencję Polamer na „milłokach” zawsze mnie rozczulało, że był tam napis: „Tu kupisz bilety na Batorego”. Miałam wrażenie, że czas w tej agencji się zatrzymał i byłam tego strasznie ciekawa. Do tego stopnia, że poprosiłam właścicielkę, panią Wiesię, czy mogłabym przez kilka dni pomagać w noszeniu i przyjmowaniu paczek, jako wolontariuszka, a dzięki temu zrozumieć, dlaczego wciąż dla części Polonii to wysyłanie prezentów jest tak ważne.

Zabawnym kuriozum było dla mnie to, że są osoby, które kupują czekoladki importowane do Chicago z Polski, wkładają je do paczek i ślą je do Polski, na przykład do swoich rodziców. Do pudełek wkładają też na przykład banany. Gdy zapytałam jedną z klientek, po co pani wysyła te czekoladki i banany do Polski, to odpowiedziała, że jak wyślę swemu ojcu pieniądze i napisze, że są na banany, to on odłoży te pieniądze, a bananów nie kupi, a jak wyśle banany, to przynajmniej wie, że je zje. Wtedy zrozumiałam, że w tych paczkach wysyłana jest czułość. Zresztą ta książka jest napisana właśnie po to, by lepiej tę Polonię zrozumieć. Pojawiły się głosy krytyczne, że jak osoba, która nie mieszka w USA, mogła napisać książkę o rodakach zza oceanu. Ale pomyślałam, że może właśnie z dystansu ta polonijna egzotyka jest po prostu lepiej widoczna? Poza tym, czy książkę o papieżu może napisać wyłącznie ktoś, kto był papieżem? Ja swoją soczewkę ustawiłam na Polonii już dawno temu i polonijna codzienność od zawsze wydawała mi się szalenie interesująca i warta opisania.

Na przykład polsko-angielski slang, czyli polglisz.
Ja bardzo lubię ten slang. Z moich obserwacji wynika, że to głównie w Chicago ten polglisz jest w użyciu. Tuż przed naszą rozmową oglądałam program „Agent – Gwiazdy”, w którym występują państwo Gołotowie. Bardzo mnie roztkliwia, kiedy pani Mariola Gołota mówi na przykład, że „na trawniku stoi sajna”. Chicago jest absolutnie polskim miastem. Bez przerwy zdarza mi się tam, że gdy jadę metrem, to słyszę, jak ktoś mówi przez telefon: odgrzej sobie pyzy, bo są w lodówce. To jest fantastyczne.

A jaki wydaje się pani Nowy Jork? Czy równie polski?
Nowy Jork jest miastem, które sprawiło, że zakochałam się w Ameryce. Było to pierwsze miasto, do którego przyleciałam i od razu trafiłam na Maspeth, czyli mocno polską dzielnicę. To wtedy dowiedziałam się, a było to 10 lat temu, że Polacy wyprowadzają się z Greenpointu, bo zrobił się bardzo drogi.

Pamiętam, jak się rozchorowałam i musiałam iść do apteki po lekarstwa. Mówiłam wtedy po angielsku o wiele gorzej niż teraz, więc martwiłam się, jak sobie poradzę z tymi specyficznymi określeniami medycznymi, tłumacząc, co mi jest. Uspokoił mnie mój kolega Mateusz, u którego się wtedy zatrzymałam, mówiąc: nie przejmuj się, w pobliżu jest Apteka pod Orłem, w której wszystko załatwisz. To podczas tego pobytu zrozumiałam też po raz pierwszy naturę Polaków w Ameryce. Na przykład to, że Polacy mieszkający w USA to prawdziwi wojownicy. Zauważyłam też, że choć teoretycznie narzekają na siebie, bo niby jest zazdrość i zawiść, ale jak pytam, no dobra, a kto pierwszy pomógł ci w Stanach, zazwyczaj pada odpowiedź – Polak.

————

PACZKA Z AMERYKI
Jeszcze trzy lata temu na witrynie milłokowego Polameru widniał napis: „Tu kupisz bilety na Batorego”, choć nasz kultowy transatlantyk nie kursuje od 1988 roku 12, a na żyletki w tureckiej stoczni złomowej poszedł w roku 2000.
Co bardziej sarkastyczni do dziś się z tego śmieją i mówią, że w Polamerze to czas się zatrzymał. Jednocześnie mało kto nie wykorzystał okazji, by przy napisie zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. W końcu to z tego miejsca stęsknionych za krajem Polaków zabierało się autobusem do Kanady – Montrealu lub Quebecu, by tam mogli wejść na pokład statku, który ich zawiezie do Gdyni.

Kierująca Polamerem pani Wiesia napis o Batorym wspomina z sentymentem, bo sama kiedyś płynęła na jego pokładzie do Polski. W przeciwieństwie do szyderców doskonale jednak wie, że tam, gdzie pracuje, czas nie stoi w miejscu, lecz pędzi jak oszalały. Gdy spojrzy wstecz, widzi rok 1978, gdy w miejscu starej drukarni przy Milwaukee Avenue powstał Polamer i tym samym stał się całym jej amerykańskim życiem. Wybierając we wspomnieniach rok po roku, bez zająknięcia potrafi opowiedzieć historię polskiej emigracji do Chicago przez pryzmat paczek, jakie ruszały do ojczyzny. I spraw, jakie w związku z imigracją w Polamerze załatwiano.

– Najwięcej serca i serdeczności wzajemnej mieli ci, którzy pojawili się tu w latach siedemdziesiątych. Gdy tylko ktoś nowy do Chicago przyjeżdżał, to ludzie z jego regionu już wszystko dla niego przygotowywali. Często nie znali języka i potrzebowali naszej pomocy.

Więc myśmy w ich imieniu te zaproszenia i bilety organizowali. Grupa solidarnościowa to już była zupełnie inna imigracja. Oni mieli łatwiejszy start ekonomiczny, ale też nie okazywali tak dużego zainteresowania, by pomóc następnym. Znali angielski, więc wiele rzeczy mogli załatwić sami. Rzadziej pojawiali się w Polamerze z paczkami dla bliskich, bo bliskich – w przeciwieństwie do emigracji wcześniejszej – pozabierali ze sobą do Ameryki. Jak stan wojenny przyszedł, to mieliśmy kolejki największe. Tu obok nas, gdzie teraz jest Tatoo 13, to była Barbara’s, czyli taka pani Basia, która sprzedawała odzież. Zawsze miała wszystko, co akurat było potrzebne w Polsce. Czyli jak były komunie, to ona miała sukienki komunijne. Jak święta – to świąteczne ubrania. Skoro w Polsce brakowało wszystkiego, to to wszystko dostarczaliśmy. Stąd szły całe kontenery. Cukier, mąka, ryż, kakao… Nie mogłam uwierzyć, że można było tyle wysyłać.

Jeśli więc czas w Polamerze się zatrzymał, to dopiero teraz, gdy wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej i otwarciu europejskich granic dla polskich pracowników przez Milłoki przestał płynąć strumień świeżej imigranckiej krwi.

Teraz do kraju idzie w paczkach już nie ratunek, ale zbytek. Prezenty. Serdeczność i pamięć.
Ci, którzy przed laty do Polameru się przyzwyczaili, nie będą z niego rezygnować. Tak jak osiemdziesięcioletnia babuleńka, która ledwo jest w stanie wejść do biura, nie ma więc nawet mowy, by jeszcze tachała za sobą paczki. W ręku niesie tylko czekoladki – miły upominek bez okazji dla pani Ewy. Resztę bierze na siebie jej młoda asystentka. Będą nadawać przesyłkę do Zambrowa, do siostry naszej klientki.

– Wysyła jej do Polski te paczki od czterdziestu lat – wyjaśnia mi asystentka. – Kupuje w polskim sklepie pampersy, słodycze i banany i wysyła. Tłumaczę jej, że w Polsce to wszystko jest trzy razy tańsze, więc żeby wysłała pieniądze, ale nie chce mnie słuchać. Mówi, że jak wyśle siostrze banany, to siostra przynajmniej te banany zje, a pieniądze zachomikuje i będzie dalej biedować. A przecież sama bogata nie jest. Wysyła wszystko, co ma. Swoją miłość tak wysyła.

– Jak mój tatuś żył, to zamiast paczek wysyłałam mu do Polski pieniądze – wspomina pani Wiesia Bochenek. – W tytule przelewu pisałam: „Na cytryny”. Albo: „Na banany”. Nic nie kupował. Odkładał. Może trzeba było mu słać te banany…

 

Fragment książki Doroty Malesy pt. „Ameryka.pl. Opowieści o Polakach w USA”, rozdział „Godziny ofisowe”.