Wiwat polska majówka!

108
Czy strach przed sprawą tak ostateczną jak własna śmierć jest czymś, w czym można człowieka wytresować? Czy strach o życie własnych dzieci jest czymś, czego rodzic jest „uczony”, i to w dodatku przez czyhające na jego wolność państwo?/PEXELS

Za moment w Polsce majówka. .Przeciekawe święto, które w dzisiejszym wydaniu cudownie, bo pokojowo, łączy ze sobą dwie bardzo różne rzeczywistości ideologiczne (1 i 3 maja) dając jednak produkt o lubianym przez wszystkich smaku, produkt bardzo dobrze się wszystkim kojarzący i szczerze antycypowany przez cały rok.

Majówka to dziś jedyne w Polsce narodowe święto, w którym zamiast na marsze niepodległości naród masowo wyjeżdża na miniurlopy i dzieje się to za powszechną akceptacją, a nawet błogosławieństwem, zarówno ambony, jak i państwowych władz. Ambona i władze też zresztą na majówkę chętnie wyjeżdżają, w myśl dobrze pojętego prawa do wolności. Wolności poprzez odpoczynek. Wolności do takiego zorganizowania sobie dni wolnych od pracy, jak to się nam żywnie podoba. Ach, taka wolność to jest wolność!

Myślę o polskiej majówce w kwietniowy poranek, który rozpoczął się o wiele za wcześnie i wrzucił mnie z głową w temat wolności.

Ze snu wyrwał całą rodzinę telefon ze szkoły, iż odwołane są lekcje, bo po stanie grasuje niebezpieczna osoba uzbrojona po zęby, która prawdopodobnie nosi się z zamiarem przypuszczenia ataku na którąś z placówek edukacyjnych w związku ze zbliżającą się 20. już rocznicą tragicznej strzelaniny w liceum Columbine.

Dziewczyna, bo mówimy o 18-latce, jest podobno w chory sposób „zafascynowana” tamtą tragedią i wymyśliła sobie, że też uczci jej pamięć, ale wedle własnego horroru. Wszystkie outlety medialne otwierały się tego poranka nagłówkami o trwającym za dziewczyną pościgu. Nam w domu zajęło trochę czasu, żeby uspokoić córkę, że szkoła nie zostanie otwarta, dopóki policja nie zakończy obławy. I choć jestem tym tematem zmęczona ponad wszelką miarę, nie było ucieczki od kolejnej, trudnej rozmowy z dzieckiem o jej bezpieczeństwie w szkole i w miejscach publicznych. My, dorośli posiadamy dojrzałość, dzięki której potrafimy racjonalizować, co jest, a co nie jest faktycznym zagrożeniem, a zwłaszcza w jakim stopniu. Dzieci odbierają świat emocjami i widzą go w kolorach biało-czarnych.

Jeżeli zagrożenie istnieje, to czują się zagrożone, i nie jesteśmy w stanie zbyt wiele tu poradzić. Dodatkowo, dzieci wychowywane w dzisiejszej Ameryce, doświadczające regularnie w swoich szkołach przeszkoleń na okoliczność wtargnięcia do budynku zamachowca z bronią, bombardowane w ramach akcji uświadamiających informacjami o tym, jak identyfikować osoby i sytuacje potencjalnie sygnalizujące zagrożenie, wreszcie – dotknięte, jeśli nie osobiście, to przecież emocjonalnie – jakąś masową, absolutnie horrendalną szkolną strzelaniną co najmniej raz w roku, zdarza się jednak że i częściej – te dzieci nie poczują się uspokojone słowami naszej miłości i troski, żebyśmy nie wiem jak starali się, by brzmiały przekonująco i kojąco.

Nasze dzieci co najwyżej patrzą na nas z życzliwą litością. Wiedzą, że tego zagrożenia od nich nie odsuniemy. Tutaj jesteśmy w ich oczach bezsilni. Ile innych rodzin tego poranka siedziało, jak my, przy kuchennym stole i za wszelką cenę usiłowało osuszyć dziecięce łzy? Podejrzewam, że sporo.
O wyuczonej, amerykańskiej bezsilności wobec kultury broni i przemocy nie będę dzisiaj pisać. Robiłam to już tyle razy, że moi czytelnicy pewnie mogą wyrecytować z pamięci, co miałabym do powiedzenia.

Ale chciałabym zatrzymać się przy kwestii wolności. Idea wolności to taki ważny argument w debacie na temat dostępu do broni w USA. Z jednej strony druga poprawka do Konstytucji USA (nieważne, że jej autorzy mieli na myśli co innego niż to, co się wymowie tej poprawki dzisiaj przypisuje! – gorąco odsyłam do materiałów historycznych), z drugiej fechtowanie najważniejszym, z punktu widzenia tzw. kanonu amerykańskich wartości, konceptem o nadrzędnym i bezwarunkowym prawie do wolności jako tym, które najbardziej definiuje nas jako ludzi.

Historia świata jest podobno historią walki wyłącznie o dwie rzeczy: władzę i wolność. One wyprowadziły naszych praprzodków z lasów, były inspiracją do cywilizacyjnego postępu, sygnowanego coraz to lepszymi rozwiązaniami w dziedzinie produkcji narzędzi, planów rolniczych, budownictwa, osadnictwa, organizacji społecznej itd. One stały za każdą rewolucją, wojną, ale i za każdym wynalazkiem. W miarę jak ludzka tkanka planety coraz bardziej się rozrastała, dojrzewała, organizowała się w coraz bardziej złożone struktury, zaczęliśmy jednak coraz lepiej rozumieć, że każdy medal, który sobie przyznajemy za wygraną, ma w istocie dwie strony, a naszym najgorszym wrogiem jest nie brak entuzjazmu dla jakiegoś ideału, ale ślepa demagogia apogeująca ten ideał bez liczenia się z „drugą stroną medalu” właśnie.

Nie ma bardziej dramatycznych dowodów na moc sprawczą ślepej demagogii niż dwie wojny światowe i liczne akty ludobójstwa w różnych częściach świata, których doświadczyliśmy w ubiegłym stuleciu.

Czym wracamy do idei wolności i jej miejscu w życiu amerykańskiego obywatela. Jeden ze znajomych, z którym już nieraz prowadziłam wymianę poglądów na ten temat, zażarcie broni tezy, że nasze „rozhisteryzowane” reakcje, czy to w odpowiedzi na strzelaninę, czy na samo nią zagrożenie, to dowód na to, jak bardzo, jako społeczeństwo, zostaliśmy „wytresowani”. Ktoś nas wytresował, byśmy reagowali strachem, bo temu komuś chodzi przecież o odebranie nam wolności. Wolności, czyli prawa do broni.

Wolność mój znajomy postrzega w kategoriach absolutystycznych.
Zakończę ten artykuł pytaniami, które traktuję jako odpowiedź na jego stanowisko, a i Państwa zachęcam tutaj do refleksji i dyskusji. Czy strach przed sprawą tak ostateczną jak własna śmierć jest czymś, w czym można człowieka wytresować? Czy strach o życie własnych dzieci jest czymś, czego rodzic jest „uczony”, i to w dodatku przez czyhające na jego wolność państwo? Czy jeżeli mówimy o sytuacji, że moje dziecko traci, skądinąd gwarantowane mu przez konstytucję, prawo do życia w poczuciu bezpieczeństwa i do nauki w bezpiecznych warunkach, to wciąż mówimy o tym, że poszanowane jest jego pryncypialne prawo do wolności?!

Jeżeli, wreszcie, prawo do wolności jednej osoby staje się przyczynkiem do ograniczenia wolności drugiej osoby, to czy wciąż mówimy o tym, że to pierwsze prawo faktycznie wolności broni? Czy raczej ją ogranicza?
Zgadza się, ludzki strach można wykorzystać, i to bardzo prosto, do wielu różnych celów, w tym niecnych. Dobrze wszystkim znane z nazwy organizacje w USA bez pardonu wykorzystują społeczny strach dla własnych korzyści, głównie finansowych, a fakt, że im na to pozwalamy, tylko świadczy o skali „wytresowania” naszych umysłów przez ich demagogię.

Największą przeszkodą na drodze do realizacji jakiejkolwiek sensownej reformy w temacie dostępu do broni, a następnie sensownego rodzaju szkoleń i systematycznej kontroli skutecznie identyfikującej osoby, które dostępu do broni mieć nie powinny (nawet jeśli miały go w przeszłości), jest o tyle wadliwe ustawodawstwo, co stan umysłu amerykańskiego narodu. I jest to chory stan umysłu, skoro widząc dwie strony medalu: rosnący stos trupów, w tym dzieci, ginących z rąk ludzi realizujących swoje rzekome „prawo do wolności”, a konsensus stawiający sobie za cel społeczne bezpieczeństwo, wybiera to pierwsze.

Zazdroszczę rodakom w kraju, że jadąc na majówkę nie muszą się martwić, czy w kinie, w klubie, w parku, na basenie czy na plaży, na którą idą odpocząć, nie znajdzie się jakiś miłośnik wolności w wydaniu absolutystycznym, któremu wpadnie do głowy wystrzelać ich jak kaczki. Wiwat polska majówka!