Wojna 1939 roku – przykład bohaterstwa polskiego żołnierza

328
Wojciech Budzyński: "Niestety, osamotniona Polska w 1939 roku nie była w stanie wygrać z potęgą Niemiec" / Foto: ARCHIWUM WOJCIECHA BUDZYŃSKIEGO

6 października minęła 80. rocznica zakończenia tzw. kampanii wrześniowej, czyli obrony Polski tuż po niemieckiej agresji we wrześniu 1939 roku. Na ten temat rozmawiamy z Wojciechem Budzyńskim, pasjonatem historii oraz byłym prezesem Klubu Miłośników Militariów Polskich im. Andrzeja Zaremby w Nowym Jorku.

Niedawno obchodziliśmy 80. rocznicę tzw. wojny obronnej 1939 roku, która zakończyła się 6 października. Czy była wówczas możliwość wygrania z Niemcami?
Przede wszystkim, według mnie, określenie wojny 1939 roku jako wojny obronnej jest błędne, ponieważ działania wojenne dzieli się na kampanie, a nie na kolejne wojny. Okres od 1 września do 6 października z powodzeniem można nazwać wojną 1939 roku, natomiast na pewno nie obronną. Naturalnie miała ona charakter obronny, ale jeżeli do tego okresu użyjemy określenie „wojna obronna”, to jak nazwiemy działania późniejsze, po 6 października 1939 roku? Czy funkcjonowanie Polskiego Państwa Podziemnego wraz z Armią Krajową, akcja „Burza”, powstanie warszawskie, udział Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie od Narwiku po Tobruk, walka Polskiej Marynarki Wojennej i Polskich Sił Powietrznych to była wojna agresywna? Żołnierz polski walczył w obronie ojczyzny od 1 września 1939 do 8 maja 1945 roku. Dlatego też używanie określenia „wojna obronna” tylko w odniesieniu do kampanii wrześniowej jest zatem niewłaściwe. Ale odpowiadając na główne pytanie. Niestety, osamotniona Polska w 1939 roku nie była w stanie wygrać z potęgą Niemiec.

W 1939 roku Polacy byli przekonani, że po ewentualnym niemieckim ataku przyjdą nam z pomocą kraje zachodnie – m.in. Anglicy i Francuzi – które zaatakują Niemcy od zachodu. Tak się jednak nie stało, w dodatku 17 września zostaliśmy napadnięci przez Sowietów. Hitler na pewno wiedział, co zrobi Rosja, ponieważ to wynikało z paktu Ribbentrop-Mołotow, ale Polska chyba nie była świadoma, że może dostać od niej cios w plecy.
Polska dyplomacja nie zdawała sobie sprawy z podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow w aspekcie tajnej klauzuli, chociaż alianci doskonale wiedzieli o tym fakcie i nie powiadomili rządu polskiego. Natomiast uważam – co może nie wszystkim się spodobać – że pomimo ataku Sowietów 17 września, kampania ta nie wyglądałaby inaczej. Wojsko Polskie już było na tyle rozbite, iż agresja sowiecka była w zasadzie dobiciem, właśnie tym słynnym nożem w plecy. Atak rosyjski spowodował olbrzymi chaos, ale podobny był rozkaz wydany przez marszałka Rydza-Śmigłego, który ogłosił, żeby „nie walczyć z Sowietami”. Z tego powodu walki przeciwko Rosjanom należały do rzadkości. W tym kontekście należy wspomnieć przede wszystkim obronę Grodna oraz bitwę pod Szackiem i Wytycznym.

Czy było aż tak źle?
Niestety, tak. „Fall Weiss”, czyli kryptonim ataku na Polskę opracowany przez niemiecki sztab generalny, zakładał rozbicie i okrążenie polskich oddziałów w wielkich kleszczach na zachód od Wisły do 14 września. Plan ten się nie udał. Dzięki olbrzymiej determinacji i bohaterstwie Wojska Polskiego udało wycofać się na wschód od Wisły, ale, niestety, kolejne uderzenia niemieckie spowodowały rozbicie dalszych polskich oddziałów wojskowych i zakleszczenie ich w okolicy Brześcia nad Bugiem, co miało miejsce około 17 września, czyli w momencie wkroczenia Sowietów. Niemcy nazwali tę kampanię „wojną 17-dniową” tylko propagandowo, bo wszystkim żołnierzom zaliczono wojnę do 6 października, tym niemniej z punktu strategicznego wojna była przegrana.

Co to znaczy z punktu strategicznego?
Każdy konflikt zbrojny jest rozpatrywany z punktu operacyjnego i strategicznego. Hannibal wygrał wiele bitew z Republiką Rzymską, przeszedł Alpy i wkroczył na tereny republiki, czyli wygrał operacyjnie, ale z powodów technicznych nie mógł zdobyć Rzymu, czyli przegrał strategicznie. Podobnie Niemcy; w sierpniu 1943 roku po przegranej bitwie na Łuku Kurskim, utracie Afryki, lądowaniu aliantów na Sycylii i klęsce w bitwie o Atlantyk, z punktu widzenia strategicznego wojna wcześniej czy później musiała się zakończyć klęską. Wracając jednak do 1939 roku, w połowie września utraciliśmy większość magazynów, brakowało amunicji, głównie artyleryjskiej, paliwa i żywności. Dalsze krwawe walki miały tylko charakter operacyjny.

Czyli tzw. blitzkrieg zadziałał idealnie.
Blitzkrieg, czyli wojna błyskawiczna, nie był pomysłem nowym. Twórcą tej teorii jeszcze przed pierwszą wojną światową był szef sztabu armii pruskiej Alfred von Schlieffen. Zakładał on w przeszłej wojnie błyskawicznej rozgromienie armii francuskiej i przerzucenie większości żołnierzy niemieckich na front wschodni. Teorię tę w 1937 roku rozwinął Heinz Guderian w pracy „Achtung Panzer”. Jego koncepcja blitzkriegu polegała na toczeniu wojny metodą błyskawicznych ataków dużych dywizji pancernych wspieranych natarciem z powietrza. Kliny pancerne wraz ze zmotoryzowana piechotą miały rozbijać przeciwnika, ale nie zajmować terenu. Tym miała się zająć druga fala. Z kolei lotnictwo miało nie niszczyć mostów, dróg i trakcji kolejowej. Idealnie teoria ta zadziałała w kampaniach: francuskiej 1940 roku, bałkańskiej w 1941 oraz przez pierwsze pięć miesięcy ataku na Rosję. Niestety, większość historyków uważa, że blitzkrieg po raz pierwszy miał miejsce we wrześniu 1939 roku. Wtedy, poza kilkoma epizodami ataków klinowych, wojska pancerne atakowały wraz z piechotą, a lotnictwo niszczyło mosty, trakcje kolejowe, czyli było to zaprzeczeniem głównej tezy blizkriegu. Uważam, że wrzesień najwyżej można określić jako preludium blitzkriegu.

Czy w 1939 roku Niemcy byliby do pokonania, gdyby prócz Polski do wojny z Trzecią Rzeszą od razu przystąpili Anglicy i Francuzi?
To bardzo trudne pytanie, nad którym głowią się historycy wojskowości. Generalnie Wielka Brytania nie była przygotowana do wojny w 1939 roku – chodzi głównie o siły lądowe. Dużo lepiej przedstawiała się Royal Navy z Home Fleet na czele, która, jak sądzę, w ciągu 7-10 dni mogłaby wypłynąć na Morze Północne i blokować Niemców. Jeszcze lepiej wyglądało to w RAF-ie. Gdyby podjęto decyzję na szczeblu politycznym, to lotnictwo myśliwskie łatwo byłoby przebazować i przetransportować na polowe lotniska do Francji, która ogłosiła mobilizację już 2 września. Niecałe dwa tygodnie później Armia Francuska liczyła: 84 dywizje piechoty (w tym 8 dywizji pancernych i zmotoryzowanych), 16 850 dział (w tym ponad 3200 ciężkich i ok. 700 najcięższych), 2230 czołgów, 1275 samolotów myśliwskich i bombowych (oraz około 1500 samolotów brytyjskich). Armia niemiecka zaś dysponowała 44 dywizjami piechoty (w tym 32 rezerwowymi), 1186 samolotami i około 1000 dział. Różnica była ogromna na korzyść aliantów. Co prawda na granicy istniała tzw. Linia Zygfryda, która z pewnością stępiłaby aliancki atak, ale sądzę, że istniały spore szanse na pokonanie Niemiec. Decydującym aspektem był czas. Jeśli atak aliancki rozpocząłby się około 10 września, w momencie kiedy ruszył polski kontratak pod Bzurą, rozpoczęłaby się wojna na dwóch frontach. Co by było dalej, to spekulacja, niewątpliwie niemieckie dowództwo miałoby do rozwiązania wielki problem.

Czy Hitler mógł w jakiś sposób przewidzieć, jak po jego ataku na Polskę zachowa się Zachód?
Wbrew temu, co się uważa, Hitler był dobrym politykiem. Na początku omamił cały naród, a następnie wykiwał, i to z łatwością, czołowych brytyjskich, francuskich, włoskich, austriackich i czeskich polityków. Przystąpienie do wojny Anglii i Francji jednak było dla niego zaskoczeniem. Jest słynne zdjęcie z 3 września 1939 roku, kiedy dowiedział się o wypowiedzeniu wojny przez Francję i Wielką Brytanię – jego mina mówi sama za siebie. W naczelnym dowództwie niemieckim doszło do paniki, którą szybko zgasił Hitler. Znając mentalność Zachodu, po prostu nie wierzył, aby „Francuzi, nie mówiąc o Anglikach, chcieli walczyć i umierać za Gdańsk”. Niestety, miał rację.

Plany wojny z Niemcami powstały dopiero w 1939 roku. Czy to nie było za późno?
Tak, to prawda. Sprawą tą w polskim Sztabie Głównym zajęto się na początku 1939 roku. Ale jeżeli wybierasz się na wakacje nad morze, to czy kupujesz narty śniegowe, kombinezon itp.?

Nie bardzo rozumiem to porównanie.
Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy cofnąć się do 1919 roku. Wówczas 28 czerwca podpisano traktat wersalski, na mocy którego rozwiązano armię niemiecką, a w jej miejsce utworzono 100-tysięczną Reischwerę, bez broni pancernej, lotnictwa, ciężkiej artylerii i z okrojonym sztabem generalnym. Po zakończonej wojnie bolszewickiej, od co najmniej 1935-36 roku taki przeciwnik nie stanowił dla polskiej armii żadnego zagrożenia. Przykładem jest genialne posunięcie marszałka Piłsudskiego z tzw. wojną prewencyjną z 1933 roku.

Na czym ona polegała?
Kiedy w 1933 roku Hitler doszedł do władzy, od razu poruszył sprawę Gdańska. Wówczas kanałami dyplomatycznymi marszałek zapytał Francję, czy nie jest zainteresowana wspólną wojną przeciwko Trzeciej Rzeszy. I tutaj mamy sedno. Marszałkowi nie chodziło tak naprawdę o wypowiedzenie wojny Niemcom, natomiast motywem było to, żeby dyplomacja francuska powiadomiła Berlin, że Polacy są na tyle zdeterminowani, że nie pozwolą sobie na jakiekolwiek rozmowy na temat Gdańska. Efektem tego było podpisanie w 1934 roku traktatu pokojowego z Polską na 10 lat. Poruszam ten temat nie bez kozery. Chodzi mi o to, że od 1921 do 1938 roku nie było zagrożenia militarnego ze strony Niemiec, a głównym wrogiem dla Polski w tym czasie była sowiecka Rosja. Tym samym cała doktryna wojenna skierowana była na Wschód. Dopiero na przełomie 1938/39 roku zarysował się problem i ewentualna wojna z Niemcami.

Śledząc przedwojenną prasę można odnieść wrażenie, że Polska przed niemiecką napaścią była do niej świetnie przygotowana. Jak to wyglądało w rzeczywistości? W jakim stanie była polska armia i jej uzbrojenie we wrześniu 1939 roku?
Po 1921 roku armia polska przeszła na stopę pokojową. Na składzie mieliśmy umundurowanie, wyposażenie i uzbrojenie niemieckie, austriackie, rosyjskie, francuskie, amerykańskie, a nawet japońskie. Głównym zadaniem dla Ministerstwa Spraw Wojskowych było scalenie tej składanki w jeden dobrze funkcjonujący organizm. Musimy jednak pamiętać, że kraj był w stanie kompletnej ruiny. Na początku należało scalić administracyjnie, politycznie, ekonomicznie i prawnie trzy różne byłe zabory. Infrastruktura przemysłowa najlepiej zachowana była w Wielkopolsce i na Śląsku, gorzej było w Galicji. Natomiast w byłym zaborze rosyjskim przemysł był zupełnie zdewastowany. Inflacja, epidemia, głód, bezrobocie – to były priorytety, którymi zajął się rząd, i na to zostały przeznaczone pieniądze. Jednak już od połowy lat 20. rozpoczęto reorganizację wojska, m.in. scalanie różnych kalibrów w artylerii, oraz podjęto prace nad polskimi konstrukcjami broni. Idealnym przykładem jest granatnik piechoty, nad którym prace rozpoczęto w 1927 roku, a który dopiero po 10 latach trafił na wyposażenie wojska jako granatnik wz.36. Była to świetna, prosta i skuteczna broń. Niestety, wyprodukowano jej tylko 3500 sztuk, i to z minimalną liczbą amunicji, przez co nie wykorzystano w pełni tego granatnika. W połowie lat 30., już po zakończeniu kryzysu ekonomicznego, z większym rozpędem przezbrajano Wojsko Polskie. Od lepszych mundurów i hełmu wz.31 począwszy, a na trzewikach wz.31. skończywszy. Opracowano świetną armatę przeciwlotniczą wz.36/7 kal. 75; niestety, wyprodukowano ją tylko w liczbie 52 sztuk. Ewenementem na skalę światową był karabin przeciwpancerny wz.35, tzw. Ur.

Polski karabin przeciwpancerny wz. 35 Ur. w 1939 roku był ewenementem na skalę światową / Foto: WIKIPEDIA.ORG

Skąd taka nazwa? Co to za broń?
Była to genialna, prosta konstrukcja. Karabin o kalibrze 7.92 mm, czyli bardzo małym jak ten typ broni, był w stanie przebić pancerz większości używanych czołgów. Z odległości 100 m przebijał pancerz grubości 33 mm, a z 300 m pancerz grubości 15 mm. Niektórzy twierdzą, że przy szybkości pocisku wynoszącej ok. 1200 m/s siła uderzenia była tak duża, że nawet gdyby pocisk nie przebił pancerza, to powodował jego wewnętrzny rozprysk na drobne odłamkami, które raniły załogę. Produkcja była tak utajniona, iż broń ta do oddziałów trafiła dopiero w połowie lipca 1939 roku. Jego wprowadzenie do uzbrojenia objęte było ścisłą tajemnicą wojskową. Karabin miał być rzekomo produkowany na eksport do Urugwaju, stąd właśnie wzięła się potoczna nazwa tej broni: Ur (od „Urugwaj”). Broń była dostarczana w drewnianych skrzyniach z napisem: „Nie wolno otwierać – sprzęt mierniczy” lub „Nie otwierać – sprzęt optyczny”. Wykonano jej około 3500 egzemplarzy, które dobrze wykorzystano we wrześniu. Niestety, żołnierze nieznający skuteczności broni strzelali tak długo, dopóki czołg nie stanął lub nie zaczął się palić. Nie wiedzieli, że jego załoga została zabita lub raniona odłamkami wewnętrznymi pancerza. Kolejnym bardzo ważnym osiągnięciem polskich konstruktorów był peryskop optyczny majora Rudolfa Gundlacha, umożliwiający obserwację w zakresie 360° bez odwracania głowy czy zmiany pozycji obserwatora. Peryskop okazał się na tyle fenomenalną konstrukcją, że stosowano go prawie we wszystkich wozach bojowych w wielu armiach do lat 70. Czasami mieliśmy zwykłego pecha. Mowa tu o samolocie myśliwskim PZL P-11, nad którym prace rozpoczęto w 1929 roku. Po licznych prototypach wszedł on do uzbrojenia w 1935 roku i należał do światowej czołówki pod względem nowoczesności. Niestety, Niemcy rozpoczęli prace później, bo w 1933 roku, i opracowali nową generację myśliwca – słynny Messerschmitt Bf-109, który wszedł do uzbrojenia Luftwaffe w 1937 roku i był znacznie lepszą konstrukcją od P-11. Nie jest prawdą, że władze wojskowe nie przywiązywały wagi do rozwoju broni pancernej. Zakupiono nawet licencję od szwedzkiej firmy Bofors na produkcję armaty przeciwczołgowej wz.36 kalibru 37 mm. Łącznie wyprodukowano 1200 sztuk. Ta doskonała armata z łatwością zwalczała każdy niemiecki i rosyjski czołg. Opracowano również polski czołg 7TP, którego konstrukcja była polskim rozwinięciem brytyjskiego czołgu Vickers. Został on został zatwierdzony do produkcji wiosną 1935 roku. Czołg 7TP ustępował pod względem opancerzenia jedynie nowszym wersjom niemieckich czołgów PzKpfw III E i PzKpfw IV B-C. Były to jednak czołgi średnie o masie sięgającej 20 ton i stanowiły względnie niewielką część niemieckich sił pancernych. Natomiast 7TP z łatwością zwalczał czołgi PzKpfw I i II, które stanowiły podstawowy trzon niemieckich dywizji pancernych. Niestety, wyprodukowano go tylko w liczbie 134 sztuk. Od 1937 roku na deskach kreślarskich opracowywano nowsze modele czołgu średniego i nowsze typy myśliwców, ale to wszystko przerwała wojna.

Skoro mieliśmy takie udane konstrukcje, to dlaczego kampania wrześniowa zakończyła się klęską?
Różnica w potencjale przemysłowym, ekonomicznym i militarnym pomiędzy Polską a Niemcami była ogromna. Historycy specjalizujący się w ekonomii obliczyli, że pomiędzy 1936 a 1939 rokiem na jednego dolara wydanego przez Polskę Niemcy wydawali od 20 do 33 dolarów. Tak więc odpowiedź jest prosta – nie byliśmy w stanie dogonić Niemców lub konkurować z nimi pod żadnym względem. Poza tym w 1939 roku w Niemczech było około 400 tys. samochodów wszelkiego typu, w Polsce zaś tylko 31 tys. Nie licząc Rosji, Niemcy mieli kolosalną przewagę: 48 dywizji piechoty, 6 dywizji pancernych, 4 dywizje piechoty zmotoryzowanej, 4 dywizje lekkie, 2 brygady piechoty, 1 brygada górska, 1 brygada kawalerii, 10 tys. dział, 2700 tys. czołgów oraz 1300 samolotów. Wojsko Polskie miało do dyspozycji: 39 dywizji piechoty (plus dwie improwizowane), 11 brygad kawalerii (plus jedna improwizowana), 2 brygady zmotoryzowane, 3 brygady górskie, 3 bataliony czołgów lekkich, 14 brygad Obrony Narodowej (plus samodzielne bataliony ON), 4300 dział, 880 czołgów (według niektórych źródeł tylko 343) oraz 400 samolotów. To tylko liczby, a w praktyce było jeszcze gorzej. Na 400 samolotów składały się nieuzbrojone samoloty łącznikowe, na około 120 bombowców PZL-37 „Łoś” tylko 70 było gotowych (według niektórych źródeł tylko 38). Podobnie było z czołgami. Nie licząc tankietek TKS, do walki mogły ruszyć tylko czołgi 7TP, reszta to były przestarzałe konstrukcje z czasów pierwszej wojny światowej lub wczesnych lat 20., które nie liczyły się we wrześniu. Z artylerią było podobnie, generalnie były to starsze konstrukcje i na dodatek z katastroficznie małym zapasem amunicji. Po prostu ekonomicznie nie mogliśmy wygrać tego konfliktu.

Konstrukcja jednowieżowego czołgu-7TP była polskim rozwinięciem brytyjskiego czołgu Vickers / Foto: WIKIPEDIA.ORG

Jakie plusy i jakie minusy mieli Polacy podczas kampanii wrześniowej?
Owe minusy miały miejsce jeszcze przed wojną. Nie chcę wkładać kija w mrowisko, ale według mnie zawiodła polska dyplomacja. Skoro jednak na przełomie 1938/39 roku wiadomo było, że dojdzie do konfliktu z Niemcami, należało błyskawicznie zakupić sprzęt wojskowy, i to w dużych ilościach, głównie samoloty myśliwskie, działa przeciwpancerne i przeciwlotnicze. Należało przestawić produkcje na tor wojenny oraz zatrudnić więcej pracowników w krajowych fabrykach produkujących sprzęt wojskowy. A co zrobiono? Niestety, nic. Mało tego, że nie zwiększono produkcji, to sprzedawano za granicę już wyprodukowany sprzęt, m.in. działa przeciwlotnicze „Bofors” oraz działa przeciwpancerne (sprzedano ich 250 sztuk). Minister skarbu Eligiusz Kwiatkowski nie chciał dopuścić do inflacji i nie zgadzał się na zwiększenie budżetu dla wojska, które i tak sięgało 50 procent produktu narodowego. W sumie mieliśmy nie oddać guzika od munduru, a straciliśmy wszystko. Krytykuje się także taktykę i plan wojny z Niemcami. Chodzi o rozmieszczenie wojska wzdłuż niekorzystnej z punktu obrony granicy, ale polski MSZ obawiał się, że jeśli nie będziemy bronić Pomorza, Śląska i Wielkopolski, to Niemcy zajmą te tereny, a następnie dojdzie do kolejnego „Monachium” i, tak jak w przypadku Czechosłowacji, Polska zostanie zmuszona do oddania Niemcom tych terenów. Plusem było bardzo dobre wyszkolenie żołnierza polskiego, który indywidualnie był lepiej wyszkolony niż żołnierz niemiecki. Dla przykładu, Niemcy potwornie bali się walki wręcz, i kiedy dochodziło do ataku na bagnety, po prostu uciekali.

Czy rzeczywiście zakupy uzbrojenia, o których wspomniałeś, i zwiększenie produkcji wojskowej coś by zmieniło?
Gdyby było więcej sprzętu, głównie w obronie przeciwpancernej i przeciwlotniczej, co można było wykonać w krajowych fabrykach, zapewne wojna wyglądałaby inaczej, ale finał byłby ten sam.

Jakie straty ponieśli Niemcy?
Zginęło około 17 tys. żołnierzy i było 37 tys. rannych. Stracono bezpowrotnie 217 czołgów i samochodów pancernych, 11 tys. pojazdów, 280 samolotów i 370 dział.

A nasze straty?
70 tys. poległych, 134 tys. rannych, około 700 tys. jeńców wojennych i całkowita utrata sprzętu.

Reasumując, czy pięć tygodni wojny obronnej prowadzonej przez Polskę – patrząc na nią przez pryzmat uzbrojenia i stanu naszej armii – to długi czy krótki okres walki? Jak oceniasz postawę Polaków w tym pierwszym etapie drugiej wojny światowej?
Zostaliśmy zaatakowani z zachodu, północy i południa, a 17 września od wschodu. W takiej sytuacji i wobec kolosalnej przewagi wrogów nie sposób było się długo bronić. Kampania trwała 36 dni. Francja została zaatakowana tylko z jednej strony – ze wschodu, a atak lądowy Włoch, który nastąpił dopiero 21 czerwca 1940, był pozbawiony znaczenia militarnego. Alianci mieli przewagę nad Niemcami pod każdym względem. Kampania francuska rozpoczęła się 10 maja 1940 roku i po 25 dniach strategicznie była wygrana, czyli trwała o osiem dni dłużej niż kampania w Polsce. Francuzi podpisali kapitulację 22 czerwca, zatem wojna z Francja trwała 43 dni, 7 dni dłużej niż wojna z Polską. W zasadzie nie potrzeba komentarza, wystarczy tylko porównać. W tym kontekście wypadliśmy o niebo lepiej niż alianci. Wojna w Polsce miała charakter obronny. W dzień walka, w nocy odskok i ponownie, walka i odskok w tył. Ciągłe cofanie wpływa negatywnie na morale żołnierza, tym bardziej we własnym kraju. Pomimo tego postawa wojska, poza kilkoma przypadkami wśród generalicji, była bez zastrzeżeń. Pomimo strasznej tragedii i klęski wojna 1939 roku jest przykładem bohaterstwa żołnierza polskiego, z którego powinniśmy być dumni.