Wojna zwykłych ludzi

0
EPA-EFE/NATIONAL DIGITAL ARCHIVE POLAND

„Zniszczenie Polski jest naszym pierwszym zadaniem. Bądźcie bezlitośni i brutalni” – powiedział Adolf Hitler na naradzie dowódców w przededniu podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. Zaatakował Polskę 1 września nad ranem 1939 roku. Ponad 2 tygodnie później na nasz kraj napadli Rosjanie. Nie było już gdzie uciekać.

„Pół mostu na Sanie było ruskie, pół niemieckie. A nasz parkan był prawie granicą” – opowiada Irena Oryl z Jarosławia. Gdy wybuchła wojna, miała 9 lat i dzieliła tę nie do pojęcia rzeczywistość z tysiącami innych wojennych dzieci. Rodzice pani Ireny pobrali się we Lwowie. Ojciec był artylerzystą. Jeszcze przed wybuchem wojny został przeniesiony do Jarosławia. Dostał działkę nad Sanem i tam wybudował dom. Razem z żoną i dziećmi – dwiema córkami i synem – wiedli spokojne życie. Nie wiedzieli jeszcze, że ich dom znajdzie się tuż przy linii demarkacyjnej, oddzielającej III Rzeszę i ZSRR. „W takim miejscu nie można było mieć psa, to pewnego dnia pan oficer przyszedł i zamordował go siekierą. Pewnie żałował kulki, dlatego użył siekiery. Nie mogliśmy z bratem tego przeżyć. Mama trzymała nam głowy między nogami, bo chcieliśmy ratować naszego pupila” – opowiada pani Irena.

„URATUJ ICH, BĄDŹ CZŁOWIEKIEM”

Niemieccy pogranicznicy często przychodzili do domu jej rodziców, szczególnie w zimie, gdy nie chciało im się marznąć na zewnątrz. „Co było robić, musieliśmy ich wpuszczać” – wspomina nasza rozmówczyni. Wśród nich był Franek, Niemiec ze Śląska. Jego pani Irena zapamiętała najbardziej. „Gdy Niemcy rozpoczęli zagładę Żydów, część z nich próbowała przedostać się na drugą stronę Sanu. Płynęli łodziami. Pewnego razu jedna z nich przewróciła się, a ponieważ było dość głęboko, prawie wszyscy utonęli. Uratowała się tylko jedna rodzina. Jakoś udało im się chwycić krzaków i wyszli na brzeg. Szukając ratunku, zapukali do pierwszego domu, tak się składa, że był to nasz dom. Wtedy ojciec zwrócił się do pogranicznika: Franek, oni uciekają za życiem. Proszę cię, znajdź jakąś krypę i przewieź ich na drugą stronę Sanu, bądź człowiekiem! No i ten Niemiec znalazł łódź i pomógł im. Tacy ludzie wśród okupantów też byli” – wspomina Polka.

Mimo że była wtedy dzieckiem, doskonale pamięta, jak wszystkiego zaczęło brakować. „Bieda była straszna. Chodziło się po polach, tam już byli Niemcy, ale mimo tego trzeba było chodzić. Zbierało się kłosie, potem się suszyło i chodziło do sąsiadów, by zemleć to wszystko. Robiło się jakąś kaszę z tego. O mleko też było ciężko. Niemcy ściągali z niego tłuszcz, a resztę sprzedawali, trzeba było stać w kolejce, by cokolwiek dostać. Naprawdę nie było co jeść – mówi pani Irena. – Lekarz, który badał mnie i brata po wojnie w szkole, stwierdził: ta parka jest racjonalnie odżywiona, a my zaczęliśmy się śmiać. Zapytał, co nas tak rozbawiło, więc wytłumaczyliśmy, że mama kazała nam zbierać lebiodę. Jedliśmy trawę. Na co lekarz odparł: mieli mądrą matkę”.
Pani Irena pamięta też śliwę, która rosła tuż za ogrodzeniem. W miejscu, gdzie nie wolno było chodzić. „Było na niej pełno owoców, a my przecież nie mieliśmy co jeść. Wzięłam więc torebkę i poszłam po śliwki. Gdy wracałam z woreczkiem, natrafiłam na Niemca, to był już starszy żołnierz. Natychmiast oddałam mu to, co nazbierałam, a on mnie złapał w pół i dał klapsa. Po czym powiedział: Rusek będzie strzelał! Pomyślałam wtedy, a Niemiec to nie?”.

Pani Irena, mimo że była dzieckiem, doskonale wiedziała, że wojna jest okrutna, że nie ma litości, nawet dla najmłodszych. „Znajomy rodziców, uciekając przed nalotami z 4-letnim synem, schował się w piwnicy. Niemcy ich dopadli i padł rozkaz: rozstrzelać. Matka tego chłopczyka na kolanach szła do Niemca, żeby dziecko jej oddał. Obejmowała jego nogi i błagała o litość. Jednak coś go ruszyło, bo synka puścił, ale jej męża zamordował” – wspomina nasza rozmówczyni. Jej starszy brat także cudem uniknął śmierci. Brał udział w bitwie pod Warszawą i został ciężko ranny. „Uratował go jego koń. Jak brat chciał usnąć, to kopytem uderzał go w klatkę piersiową. W końcu pojawił się pielęgniarz” – wspomina pani Irena.
Z czasów wojny najbardziej jednak pamięta strach, były też momenty nienawiści. Opowiadając o tym wszystkim, ciężko wzdycha, a od czasu do czasu zasłania twarz dłońmi. Dla niej wspomnienia dotyczące wojennej codzienności wciąż są bardzo bolesne.

ODPOWIEDZIĄ BYŁA PIĘŚĆ

Horodenka to niewielka miejscowość na Ukrainie, oddalona prawie 1000 kilometrów od Westerplatte, symbolu ataku armii niemieckiej na Polskę, a prawie 700 km od Wielunia, gdzie po raz pierwszy zaatakowało lotnictwo niemieckie. Przed II wojną światową Horodenka była częścią II Rzeczypospolitej. To w tej miejscowości urodził się Jan Tymryk. W lipcu 1939 r. skończył 14 lat. „Miałem dwie starsze siostry i brata. Żyło nam się dobrze, bo mieliśmy piękny dom i spore gospodarstwo. Teraz już nawet nie pamiętam, ile hektarów, ale niczego nam nie brakowało. Moje dzieciństwo było całkiem zwyczajne. Chodziłem do szkoły, a później pomagałem rodzicom na roli. Gdy był czas, spotykałem się z kolegami. Bawiliśmy też i w wojnę, nie wiedząc, że wkrótce niewinna zabawa stanie się straszną rzeczywistością” – mówi pan Jan.

W początkach kampanii wrześniowej, gdzie trwała walka praktycznie na całej długości granicy polsko-niemieckiej oraz między innymi o stolicę, na Kresach panował pozorny spokój. Mieszkańcy mieli nadzieję, że konflikt potrwa najwyżej kilkanaście tygodni i może wojna w ogóle do nich nie dojdzie. Gdy 17 września Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę RP, kruchy spokój prysnął. Pojawił się chaos, zagubienie i lęk, rozpacz i bezsilny gniew ludzi, którym odebrano prawo do uporządkowanego przeżywania ich zwyczajnych dni. „O tym, że dotarła do nas wojna, dowiedziałem się, gdy na naszym polu zobaczyłem ruskie czołgi i żołnierzy. Zacząłem krzyczeć, że niszczą własność mojej rodziny. Wtedy jeden z nich parsknął śmiechem i krzyknął, że od teraz nic już nie należy ani do mojej rodziny, ani do któregokolwiek z mieszkańców Horodenki” – wspomina nasz rozmówca.

Zgodnie z dyrektywami czerwonoarmiści zachęcali do odbierania polskim panom ziemi. Hasło to natychmiast zostało podchwycone przez powstające komitety rewolucyjne i zwykłe bandy. Sowieckiej agresji towarzyszyły więc napady chłopstwa na majątki i dwory ziemiańskie, a także zakłady przemysłowe. W ciągu kilku godzin były rozkradane i dewastowane. Na przykład z cukrowni w Horodence wywieziono 1500 wagonów cukru. Do aresztu trafiali sędziowie, nauczyciele, urzędnicy, policjanci czy strażnicy więzienni. Ojciec pana Jana jakoś uniknął więzienia. W domu zostały jeszcze dwie siostry i mama. Starszy brat, jeszcze przed wojną, został wcielony do armii. Kilka miesięcy później przyszła wiadomość, że spoczął w masowym grobie, gdzieś w centralnej Polsce.

„Ojciec nie mógł sobie tego wybaczyć. Tym bardziej że rok wcześniej wymyśliliśmy z bratem, że wyemigrujemy do Kanady. Mieliśmy uskładane jakieś pieniądze. Akurat tyle, ile kosztowały bilety na statek w najniższej klasie. Ojciec się nie zgodził na wyjazd, bo nie miałby kto pomagać mu w gospodarstwie. Wtedy nikt nie przypuszczał, jak bardzo to tatowe ‚nie’ wpłynie na nasze życie” – wspomina pan Jan. W wojennej codzienności o wszystko robiło się coraz trudniej, brakowało podstawowych produktów spożywczych. Nastały nowe porządki – ze szkół zniknął język polski, a jedyną walutą na terenach wcielonych do ZSRR stał się rubel. Wymianę ograniczono do 300 zł na osobę. To zrujnowało tysiące ludzi posiadających oszczędności w bankach, także rodziców pana Jana. „Po jakimś czasie od zajęcia terenów przez Ruskich ogłoszono pobór do wojska. Mnie ominął, bo brali o kilka lat starszych chłopaków. W przeciwnym wypadku mógłbym nie doczekać końca wojny, bo Polacy w tej armii byli traktowani gorzej niż zwierzęta” – mówi nasz rozmówca.

On stał się ofiarą niemieckiej okupacji na tym terenie. Wehrmacht wkroczył na Kresy w połowie 1941 r. „Nie wiem, czy mieliśmy nadzieję, że będzie lepiej. Modliliśmy się, żeby gorzej nie było. Pewnego dnia, idąc z kolegami, mijaliśmy patrol niemiecki. Jeden z żołnierzy kazał nam ściągnąć czapki i się ukłonić. Odparłem, że tego nie zrobię. Pamiętam, jak zapytałem: a kim wy jesteście, że mamy się przed wami kłaniać? Odpowiedzią był cios pięścią. Wybił mi chyba ze cztery zęby, zapisał, gdzie mieszkam i kazał się stawić na dworcu kolejowym we Lwowie. Okazało się, że mam jechać na roboty przymusowe. Prosiłem ojca, żeby nie pozwolił na to, ale on, mając w pamięci okupację rosyjską i niepewność jutra, stwierdził, że będę tam bezpieczniejszy. Pamiętam, jak wsadzał mnie razem z matką do pociągu i zapewniał, że będzie dobrze. Wtedy widziałem ich po raz ostatni” – wspomina Jan Tymryk.

Polacy stanowili najliczniejszą grupę cudzoziemskich robotników zatrudnionych w czasie II wojny światowej w niemieckiej gospodarce. Według różnych szacunków, do końca wojny wywieziono nawet 3,5 miliona osób posiadających w 1939 r. polskie obywatelstwo. Warunki pracy robotników przymusowych zależały od wielu czynników. W najcięższym położeniu byli zatrudnieni w fabrykach zbrojeniowych, a w stosunkowo najlepszym w gospodarstwach rolnych. Wszędzie jednak decydujące znaczenie miała postawa pracodawcy lub bezpośredniego nadzorcy. Polacy byli traktowani znacznie gorzej i mieli bardziej ograniczone prawa niż robotnicy z zachodniej Europy. Najgorzej natomiast byli traktowani robotnicy z terenów wschodnich, czyli z okupowanych obszarów ZSRR. Pan Jan pracował w rolnictwie. O tym, jak było, opowiada krótko: „Musiałem bardzo szybko dorosnąć, a miałem wtedy 16 lat, całkiem już poważny wiek. Po jakimś czasie przyszła armia i mnie zabrała. Przez wiele lat po wojnie szukałem bliskich, ale nie udało mi się ich odnaleźć. Do Horodenki nigdy nie wróciłem, bałem się. Stalin aresztował wszystkich powracających z Niemiec czy Polski, wtedy już, na ziemie ruskie i wywoził na Sybir. Chodziło o to, żeby nie opowiadali, jak naprawdę jest za granicą. Według propagandy, szczególnie w Polsce, miały tam być tylko lepianki. Tymczasem to Rosjanie borykali się ze skrajną biedą. Pamiętam tych żołnierzy ruskich, wielu z nich miało karabiny na sznurkach, pierwszy raz jedli wędlinę czy spali w łóżkach. Dla nich nasz kraj był jak dla nas później Ameryka – ziemią obiecaną, którą próbowali zdobyć w tak okrutny sposób” – uważa pan Jan.

„NIC NIE BYŁO – ANI CHLEBA, ANI UBRANIA”

Emilia Pióro urodziła się w Węgierce, niewielkiej wsi na Pogórzu Dynowskim. Gdy rozpoczęły się bombardowania, miała 9 lat. Pierwsze dni wojny kojarzą się jej z przemarszem żołnierzy, wyjącymi syrenami i bombardowaniem. „Jak niemieckie samoloty miały nadlatywać, to te syreny tak bardzo wyły. Później, jak już było po nalocie, to słychać było taki przerywany sygnał” – wspomina.

Była jedną z wielu zwykłych ludzi, którzy nie mieli wpływu na przebieg wojny. Mogli się jej tylko przyglądać i mieć nadzieję, że jak najmniej ich dotknie, a jeśli już, to jakoś uda im się przeżyć. „Nic nie było – ani chleba, ani ubrania, no nic. Ludzie z miasta przychodzili na wieś, żeby coś kupić, ale jak spotkali po drodze patrol niemiecki, to wszystko musieli oddać” – opowiada pani Emilia. Spieniężano domowe kosztowności. Za tak zdobyte pieniądze kupowano od rolników cokolwiek do jedzenia, mimo że w końcu okupant wprowadził zakaz handlu, i to pod groźbą śmierci. W większych miastach przemyt pożywienia wiązał się z koleją. „Szmugler ubierał się w długi płaszcz, przewiązywany w pasie, a pod nim kryło się całe jego bogactwo. W sekretnych kieszonkach jechała kasza, mąka i inne sypkie skarby, a w pasie przywiązany był baleron, kiełbasa lub kawał słoniny. W razie kontroli taka osoba udawała ciężko chorą – Niemcy panicznie bali się zarażenia tyfusem. To dlatego, po wywłaszczeniu polskich właścicieli samochodów, do szmuglu wykorzystywano także karawany – towar, w tym mięso, ukrywano w trumnach”– pisze w swojej książce „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania” Aleksandra Zaprutko-Janicka.

Jednak z czasem i na wsi zrobiło się bardzo źle, na przykład w tej, w której mieszkała pani Emilia Pióro. „Cukru nie widzieliśmy przez niemiecki czas. Kawę robiło się w taki sposób, że najpierw gotowało się buraki cukrowe i dopiero na tej wodzie przyrządzało się kawę. My, dzieci, prosiliśmy chłopów, którzy jechali z dworu z burakami do miasta, żeby nam choć jednego rzucili, no i rzucali. Zboże trzeba było oddać, mleko też ściągali, a jak nie, to zabierali krowę. Za zabicie świni groziła kara śmierci. Jak był chlebuś, to było wszystko. Nigdy już mi tak nie spakował postny chleb, jak wtedy, w czasie wojny. Ja byłam jedynym dzieckiem, ale moja sąsiadka miała dziesięcioro. Boże drogi, ja nie wiem, jak oni wszyscy przeżyli, co jedli? Jedyne co pamiętam, to to, że mieli taką kuchenkę żelazną i na niej piekli ziemniaki” – wspomina pani Emilia.

Jej ojciec pracował przymusowo w Wiązownicy, gdzie Niemcy chcieli wybudować linię kolejową. Do tej pory stoją tam filary. „Ojciec wstawał o godz. 5 rano i na piechotę, przez kilka godzin, szedł do pracy. Mijał miejscowość, gdzie przywożono i rozstrzeliwano Żydów, a po jakimś czasie palono ich ciała. Ojciec wspominał, że nie można było wytrzymać tak straszny był ten odór. Niemcy Żydom wszystko pozabierali – sklepy, warsztaty, no nic im nie zostało. Równie okrutni byli Ukraińcy, którzy przeprowadzali pacyfikacje wiosek. Strzelali do ludzi jak do ptaków. Nie pamiętam, który to był rok dokładnie, ale wiem, że 8 marca. Przybiegł do nas kuzyn mamy i opowiadał, co się działo. Sąsiadami moich dziadków była młoda rodzina. Mieli dwóch synków, jeszcze do szkoły nie chodzili. Ich mama poszła rano do gminy, coś załatwić, a mąż został w domu, bo miał grypę. Ktoś go ostrzegł, że przyjechali do wsi Ukraińcy, a on odparł, że przecież nic nikomu nie jest winien. Akurat weszli do jego domu, kazali się ubrać, wyprowadzili na zewnątrz i zastrzelili. Jak jego matka to zobaczyła, wybiegła z krzykiem i ją też zabili, w ganku dopadli jednego z chłopców. Drugi próbował schować się pod łóżkiem, ale dla niego też nie mieli litości. Oni nawet, gdy kogoś z daleka zobaczyli, to strzelali. Straszne czasy i zmarnowane dzieciństwo” – kiwa głową pani Emilia.

„WASI TAM LEŻĄ NA PLACU ROZSTRZELANI”

W lecie 1939 roku o nadchodzącej katastrofie pisano nie tylko w prasie krajowej. „New York Times” niemal codziennie informował o żądaniach dotyczących Gdańska. Mimo to życie toczyło się dalej. Przedwojenne wakacje doskonale pamięta Zdzisław Stankiewicz z Jarosławia. Miał wtedy 10 lat. „W jednym dniu mnie i mojego brata ojciec zabrał na plac ćwiczeń, gdzie odbywały się zawody końskie. Był to bardzo przyjemny dzień. Byliśmy też razem na strzelnicy. Przed pierwszym bombardowaniem dochodziły do nas wiadomości, że coś wisi w powietrzu, ale jak to z każdą wojną bywa, nigdy się nie wie, kiedy wybuchnie. Dla nas zaczęła się, kiedy nad miastem pojawiły się pierwsze bombowce (11 września – przyp. red.) – wspomina nasz rozmówca. – Ojciec pracował wtedy jako listonosz. Jego regionem była kolonia oficerska i Lachmanówka. Razem z innymi osobami skryli się w piwnicy jakiegoś większego budynku. Pech chciał, że uderzyła tam bomba. Ranny trafił do szpitala. Miał złamaną rękę, obojczyk i ogólne potłuczenia. Ponieważ nie było już miejsca w budynku szpitalnym, chorych kładziono na leżankach pod drzewami. Następnego dnia razem z bratem poszliśmy do ojca. Wtedy nastąpił kolejny atak samolotów szturmowych. Mimo że szpital był oznaczony krzyżem, to niemieccy żołnierze cięli z karabinów maszynowych, jak nie wiem co. Schowaliśmy się pod drzewami i jakoś udało nam się przetrwać” – relacjonuje wydarzenia z początku wojny pan Zdzisław.

Jego ojciec, po opatrzeniu ran, wrócił do domu. Ktoś wpadł na pomysł, by przed kolejnymi bombardowaniami skryć się w piwnicach pobliskiej miejskiej rzeźni. „Schowało się tam kilka rodzin z naszej ulicy. Także dzieci. Jeśli chodzi o moich bliskich, to razem ze mną byli rodzice i rodzeństwo: 14-letnia siostra Helena, 12-letni brat Jan i najmłodsza siostra, która wtedy miała 6 lat. Byli tam też Żydzi, do których należał pobliski sklep i karczma, kilka dni później doszczętnie spalone. To był rano w niedzielę, czwarty dzień wojny w Jarosławiu. Przed południem do piwnicy wpadli Niemcy i wyprowadzili wszystkich mężczyzn. Mnie i bratu także kazali wyjść. Długi czas czekaliśmy, siedząc przy ogrodzeniu. W końcu przyszedł jakiś chyba ich dowódca i coś tam powiedział po niemiecku. Mój ojciec zrozumiał, o co chodzi, bo walczył w I wojnie światowej, w oddziałach austriackich. Wiedział, że będą nas mordować. Nie wiem, co powiedział temu żołnierzowi, ale jakimś cudem mnie i brata oszczędzili. Innych zabili, w tym 15-letniego chłopaka. Ten, co do niego strzelał, chyba robił to pierwszy raz, bo nie trafił. Chłopak przed nim klęknął, a ten na wyraźny rozkaz przełożonego, strzelił mu w twarz. Okropne. Natomiast kobiety i dzieci, które były w piwnicach, nie wiedziały, co dzieje się na zewnątrz. Dopiero ktoś im później powiedział, że wasi tam leżą na placu rozstrzelani. Byliśmy zszokowani, bezsilni. Dopiero jak ochłonęliśmy i do nas dotarło, co się stało, no to rozpacz. Matka została sama z czwórką dzieci. Bez żadnego zabezpieczenia czy majątku, musiała jakoś sobie poradzić. A takich kobiet było setki tysięcy. Proszę powiedzieć, czy one nie były prawdziwymi bohaterkami? Powinno się mówić o nich o wiele więcej, nie tylko o tych, którzy zginęli walcząc za Polskę. One też walczyły i były w tej walce niesłychanie dzielne” – podkreśla Zdzisław Stankiewicz.

Jego matce jakoś udało się hodować w komórce przy domu kozę i świnię. Mieli mleko, a to już było bardzo dużo. Po jakimś czasie musieli zabić świnię. Nikt z sąsiadów nie chciał pomóc, bo groziła za to kara śmierci. „Nie było innej rady – powiedziałem matce, że ja to zrobię. Brat skomentował, że jestem wariat, no ale nie było innego wyjścia. Trzeba to też było zrobić bezszelestnie. Siostra zgodziła mi się pomóc, późnym wieczorem poszliśmy do komórki i się udało. Później mieliśmy wspaniałe wyżywienie, a proszę mi wierzyć – każdy z wojny najbardziej zapamiętał głód” – podkreśla nasz rozmówca. Nie czuje złości czy nienawiści do kogokolwiek. Jak podkreśla, taka była rzeczywistość, gdy był dzieckiem, i starał się z nią radzić sobie najlepiej jak mógł. Tak samo jak miliony innych, którzy nie mieli przecież wpływu na przebieg wojny, bo wojna nigdy nie jest decyzją zwykłych ludzi.