Wychowałem się w w blasku Jasnej Góry

186
O. Lucjusz Tyrasiński/O. MARCIN MIKULSKI, PAULIN

Rozmowa z najstarszym paulinem w USA, o. Lucjuszem Tyrasińskim,
przebywającym obecnie w Amerykańskiej Częstochowie

Jest ojciec najstarszym paulinem w Stanach Zjednoczonych. Kiedy ojciec przybył do Ameryki?
Przyjechałem w 1963 roku. Miałem wówczas 32 lata. Z nominacją na przeora klasztoru paulinów w Doylestown, w stanie Pensylwania, odbyłem swoją pierwszą podróż zagraniczną na statku m/s „Batory” z Gdyni do Montrealu, a potem pociągiem do Nowego Jorku i następnie ostatni, 160-kilometrowy odcinek samochodem do Doylestown.

Jakie były pierwsze wrażenia po dotarciu do celu podróży?
Raczej minorowe. Był 9 listopada. Pamiętam dokładnie ten sobotni dzień, zimny, pochmurny i szary. Przyjechałem z Częstochowy, gdzie się urodziłem 24 kwietnia 1931 roku. Wychowałem się w cieniu, a raczej w blasku sanktuarium maryjnego na Jasnej Górze. Sanktuarium maryjne, jakie zobaczyłem w Doylestown, dalece odbiegało od jasnogórskiego.
Kaplica mieściła się w dostosowanej do jej potrzeb stodole farmerskiej. Zakonnicy mieszkali w pięciu małych farmerskich domach. To było wszystko.

Różne są znaki i drogi powołań kapłańskich. Jak się ono objawiło u ojca?
Jak sięgam pamięcią, a ciągle rysuje się ona niezwykle ostro, to był proces z wyraźnym punktem kulminacyjnym. Całe moje dzieciństwo związane było z Jasną Górą. Wiele lat byłem ministrantem. Z ul. św. Jadwigi, gdzie mieszkaliśmy – rodzice i ośmioro rodzeństwa – pieszo było 15 minut drogi do klasztoru. Moi rodzice byli bardzo pobożni.
Ojciec, który był ślusarzem w zakładach naprawczych taboru kolejowego w Częstochowie, dokąd jeździł rowerem, przed pracą i po pracy jechał na Jasną Górę, na godzinki rano i na różaniec po południu. W domu nigdy nie słyszałem wulgarnych słów. Mieliśmy w rodzinie księdza, to był brat mojej mamy, Stanisław Gałązka (redaktor naczelny Tygodnika Katolickiego „Niedziela” w latach 1937-1939). W czasie wojny u niego mieszkaliśmy jakiś czas. Lata mojego dorastania przypadły na czas wojny i okupacji. Niewątpliwie przyspieszają one dojrzewanie młodego człowieka, tym bardziej że nasza rodzina doświadczyła gorzkich chwil.
Zginęli mój brat i moja siostra. Ten punkt kulminacyjny powołania, które zmieniło kierunek mojego życia, nastąpił na przymusowym letnim obozie Służby Polsce. Osiem tygodni byliśmy w Jęzorze k. Zabrza.
Pracowaliśmy, mieliśmy różne zajęcia edukacyjne, ale nie było czasu na wyjście do kościoła, czego bardzo mi brakowało. Władze komunistyczne nie pozostawiały żadnych złudzeń, co do kierunku edukacji młodzieży polskiej. Do tego dołączył się tragiczny wypadek, któremu zupełnie niespodziewanie ulegli moi dwaj koledzy z gimnazjum. Pojechali się kąpać nad Wartę. Nadeszła burza z deszczem. Schronili się pod drzewem, w które strzelił piorun, i obaj chłopcy zginęli. To było dla mnie tak silnym przeżyciem, że zemdlałem podczas wieczornej modlitwy. Postanowiłem szukać wiedzy o duchowym wymiarze ludzkiego istnienia.

Jaka jest zdaniem ojca najtrafniejsza definicja powołania?
Powołanie czuje się. To wezwanie Pana Boga. To głębokie poczucie bycia na właściwym miejscu przychodzi wówczas, gdy podejmuje się decyzję, a potem trwa przy niej i potwierdza się jej słuszność. Chociaż czasami, gdy przychodzą trudności, rodzą się myśli, że być może gdzie indziej byłoby lepiej. Trzeba jednak być, gdzie się jest. Ci, którzy odeszli od zakonu, może mówią, że są szczęśliwi, ale czy tak jest? Wkraczamy jednak w zagadnienie szczęścia, a ono jest sprawą bardzo subiektywną.

Wstąpił zatem ojciec do nowicjatu, potem do seminarium…
Moi rodzice chcieli, abym został jubilerem. Nawet poszedłem z ojcem do zakładu, ale był zamknięty.

17 czerwca 1956 roku to ważna data w ojca życiorysie.
To była niedziela. Biskup krakowski Stanisław Rospond na Skałce w Krakowie udzielił mi święceń kapłańskich. Było nas pięciu paulinów.
Oprócz mnie święcenia przyjęli: Cyryl Kluzek, Grzegorz Kotnis, Jan Nalaskowski i Efrem Osiadły. Po treningu ducha w nowicjacie, studiach i pogłębianiu ćwiczeń duchowych oraz święceniach mniejszych, już nieistniejących, święceniach diakonatu, przyszły te ostatnie – kapłańskie. Kapłaństwo wyciska na duszy znamię niezatarte, znamię specjalne. Było dla mnie wielkim przeżyciem. Wiązałem się na zawsze, swoim życiem i przykładem, w służbę Bogu i Kościołowi. To jest wielka odpowiedzialność. Moją samodzielną drogę kapłańską otwierała msza św. prymicyjna, którą odprawiłem 24 czerwca 1956 roku w nowo wybudowanym kościele św. Krzyża nieopodal Jasnej Góry. Dwa lata temu miałemdiamentowy jubileusz kapłaństwa.

Przybył ojciec do Stanów Zjednoczonych po siedmiu latach pracy w
Polsce. Czy posługa kapłańska w kraju i tutaj, w Ameryce, różnią się?
W zasadzie nie ma różnicy. Ameryka stawiała jednak przede mną wiele wyzwań.

Jakie to były wyzwania?
Przede wszystkim musiałem nauczyć się języka angielskiego. Przed przyjazdem miałem wrażenie, że go znałem, ale szybko przekonałem się o jego niedoskonałości. Kurs na Columbia University poprawił moje językowe umiejętności. Musiałem również poznać polonijne środowiska, w czym pomagało moje duszpasterstwo parafialne. Zapoznawałem się z krajem, w którym przeżyłem więcej lat niż w Polsce. W 1969 roku zostałem jego obywatelem. Jednym z największych wyzwań w okresie, kiedy sprawowałem urząd przeora paulińskiego klasztoru przez dwie kadencje (1963-1969), było przeniesienie sanktuarium na wzgórze Beacon Hill, wznoszące się naprzeciwko pierwotnego miejsca lokalizacji kaplicy-sanktuarium i w związku z tym budowa sanktuarium tysiąclecia w Amerykańskiej Częstochowie, która to nazwa przyjęła się od samego
początku i funkcjonuje do dzisiaj w topografii terenu i w praktyce.

Sanktuarium zostało zbudowane na tysiąclecie chrześcijaństwa państwa
polskiego. Pierwszym gościem z listy znaczących ludzi, którzy przyjeżdżali tutaj przez lata, był ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson. Przyjechał na spotkanie z Polonią i na nasze zaproszenie. Ta wizyta w znacznym stopniu pomogła nam nagłośnić ten fakt, że sanktuarium istnieje i się rozwija. Założone przez o. Michała Zembrzuskiego w 1955 roku było przecież miejscem mało znanym i rzadko odwiedzanym. Nikt nie przyjeżdżał na mszę św. w ciągu tygodnia. To wszystko stopniowo ulegało zmianie. Coraz więcej wiernych przybywało do sanktuarium.

Czy ojciec cały czas pełnił posługę w Amerykańskiej Częstochowie?
Nie. Na podstawie decyzji przełożonych naszego zakonu byłem w Cadogan i Kittanning w zachodniej Pensylwanii, także w Aurorze w stanie Missouri i wiele lat na Manhattanie w Nowym Jorku w parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika, najstarszej polskiej parafii na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Od 1986 roku tę parafię formalnie przejęli paulini, co oznacza, że od tej pory jest ona dla nich domem zakonnym.

Czy będąc w tych wskazanych miejscach przeżył ojciec coś wyjątkowego?
Było wiele niezwykłych przeżyć. Wspomnę o Aurorze, miejscowości gdzie byłem przez trzy lata (1976-1979) proboszczem w parafii św. Trójcy. W Missouri była bardzo nieliczna Polonia, a w mojej parafii Polaków w ogóle nie było. Pamiętamy datę 16 października 1978 roku. Kardynał Karol Wojtyła został obrany papieżem. Wówczas rozdzwoniły się na mojej plebanii telefony od redakcji gazet, prośby o wywiady. Wszyscy chcieli zobaczyć zakonnika pochodzącego z rodzinnego kraju papieża Jana Pawła II. Jeśli ktoś miał jakieś odległe polskie korzenie przyznawał się do nich entuzjastycznie, by poprzez to być blisko historycznych wydarzeń. W Missouri znalazło się nagle wielu Amerykanów polskiego pochodzenia. To były podniosłe i wzruszające przeżycia również nadziei dla świata, Kościoła rzymskokatolickiego, dla Polski i Polaków.

Wracał jednak ojciec do Amerykańskiej Częstochowy, by sprawować tam ponownie funkcję przeora w latach 1979-1986 i prowincjała w latach 1996-2003.
Oprócz czystości i ubóstwa ślubowałem posłuszeństwo wobec władz naszego zakonu, jak każdy zakonnik. Powrót do sanktuarium w Doylestown, np. po dziesięciu latach (1986-1996) w parafii św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie, nie był dla mnie łatwy. To bardzo ludzkie, że się przyzwyczajamy do ludzi, do miejsca i do środowiska, które musiałem zostawić.

Jakie wydarzenia z tamtych lat uznaje ojciec za najważniejsze dla
sanktuarium maryjnego na Beacon Hill w Pensylwanii?
Trudno wymienić wszystkie, ponieważ było ich wiele i wszystkie były
istotne dla dziejów sanktuarium, choć oczywiście w różnym stopniu.
Gdybym miał wyselekcjonować, powiedzmy, trzy, zdecydowanie najważniejszym było spłacenie zadłużenia sanktuarium. Wierzyciel, w tym wypadku First National Bank of Minneapolis, postawił sprawę jasno – albo zadłużenie zostanie spłacone do 15 kwietnia 1980 roku, albo nastąpi licytacja sanktuarium. To było nasze być albo nie być. Czas naglił. Organizacje polonijne nie kwapiły się z pożyczeniem nam pieniędzy, a jeśli tak, to kwoty były minimalne wobec potrzeby.

Uratowali nas Rycerze Kolumba. Dosłownie na minutę przed „godziną zero” uzyskaliśmy od nich pożyczkę i oddaliśmy pieniądze bankowi, a potem dość szybko zwróciliśmy dług Rycerzom Kolumba. Byłem członkiem tej organizacji. Posiadałem czwarty stopień wtajemniczenia, co nie pozostawało bez znaczenia dla skutków rozmowy z ówczesnym Najwyższym Rycerzem Virgilem C. Dechantem.

Drugim doniosłym wydarzeniem była dla nas historyczna wizyta Ronalda Reagana 9 września 1984 roku. Prezydent Stanów Zjednoczonych przyjął moje zaproszenie do Amerykańskiej Częstochowy na Polski Festiwal.
Ubiegał się o drugą kadencję. Spotkanie z Polonią i Amerykanami polskiego pochodzenia miało szeroki wydźwięk ze względu na słowa prezydenta skierowane do narodu amerykańskiego i polskiego, w których przywoływał wspólną historię, idee wolnościowe i zasługi papieża Jana Pawła II, pobudzającego ludzkość do życia zgodnego z ideałami. Szacuje się, że na spotkanie z prezydentem przybyło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Na chwilę do Amerykańskiej Częstochowy przeniósł się Biały Dom i dziesiątki stacji telewizyjnych oraz radiowych, a wiedza o naszym sanktuarium obiegła świat. I pogoda dopisała znakomicie, choć dzień wcześniej lało jak z cebra.

I trzecie spośród wydarzeń, które chcę wskazać, to uroczystość umieszczenia urny z sercem Ignacego Jana Paderewskiego w murach sanktuarium maryjnego w Doylestown. Miała ona niezwykle emocjonalny i patriotyczny wymiar. Pianista, patriota i mąż stanu przyjeżdżał wielokrotnie do Stanów Zjednoczonych z koncertami i misją dyplomatyczną. Przekonywał najważniejsze osoby w rządzie amerykańskim i wśród Polonii do polskiej racji suwerennego bytu.

Ameryka pokochała go i obdarzyła swojskim przydomkiem „Pady”, a on odwzajemnił to uczucie i w ostatniej woli pozostawił Ameryce swoje serce, ale chciał być pochowany w wolnej Polsce. Zmarł w Nowym Jorku 29 czerwca 1941 roku. Z wojskowymi honorami pochowany został na amerykańskim Cmentarzu Narodowym w Arlington, gdzie spoczywał do 1992 roku. W 51. rocznicę śmierci wielkiego Polaka jego szczątki zostały przetransportowane do Warszawy i po uroczystościach pogrzebowych 4 lipca spoczęły obok Henryka Sienkiewicza w krypcie katedry św. Jana. A serce odnalezione w przedziwnych okolicznościach, na przywołanie których nie ma tutaj miejsca, jest w sanktuarium maryjnym na Beacon Hill.

Czy jest w sanktuarium miejsce, dla którego ojciec żywi specjalne,
głębokie uczucie?
Takim miejscem jest dla mnie kaplica Matki Bożej Częstochowskiej. Zbudowana została pod głównym kościołem. Ma wiele podobieństw do jasnogórskiej kaplicy. Wiele wpisów pozostawionych w księdze gości potwierdza przekonanie o tym, że ziściła się idea wykreowania miejsca służącego pogłębieniu kultu maryjnego i zbliżeniu go do człowieka.
Kaplicę poświeciliśmy 26 sierpnia 2001 roku. Jest ona „sercem” sanktuarium.

A jak jest dzisiaj?
Dzisiaj jestem emerytowanym zakonnikiem. Nadal pełnię wiele obowiązków w posłudze duchowej. Cieszy mnie duża liczba pielgrzymów przyjeżdżających do Amerykańskiej Częstochowy. Rocznie jest to około pół miliona wiernych różnych ras i narodowości z bliskich i odległych miejsc. Ci z daleka mogą przenocować w Domu Pielgrzyma. Szczególnie wiele osób przybywa w dniu Wszystkich Świętych, aby odwiedzić groby bliskich zmarłych. Nekropolia nieopodal sanktuarium liczy ponad sześć tysięcy grobów. Sanktuarium w Doylestown, PA, stało się największym na świecie, poza Polską, miejscem kultu Matki Bożej Częstochowskiej.
Piękniało przez lata, dzięki pracy i wysiłkom zarówno paulinów, jak i
wiernych.