Wydział Edukacji zniechęca uczniów do nauki

283
Wielu uczniów było zaskoczonych wynikami rekrutacji do szkół średnich i niedostaniem się do żadnej z 12 wytypowanych przez nich szkół mimo wysokiej średniej / Foto: PEXELS

Nowojorski Wydział Edukacji, a zwłaszcza jego kanclerz David Banks oraz burmistrz Eric Adams znaleźli się w ogniu krytyki ze strony rodziców, uczniów, a nawet lokalnych polityków. Powodem jest nowy system rekrutacji do szkół średnich, który nie tylko spowodował ogromne zamieszanie w tym procesie, ale nawet udowodnił, że wyniki w nauce nie są nic warte, co odebrało wielu dzieciom ochotę do dalszego kształcenia się.

“Słyszałem skargi od wyborców, że ich dzieci, mimo doskonałych ocen, nie zostały przyjęte do żadnej z publicznych szkół średnich, do których składały podania. Mojemu personelowi powiedziano, że polityka Wydziału Edukacji opiera się na niskich dochodach, a nie wynikach czy lokalizacji – napisał radny Robert Holden w liście skierowanym do Davida Banksa, nowojorskiego kanclerza ds. szkolnictwa. – Jeśli rzeczywiście taka jest polityka Wydziału Edukacji, to czego uczymy dzieci pokazując im, że ich ciężka praca się nie opłaca? Oceny uczniów muszą mieć znaczenie, jeśli Nowy Jork ma mieć świetlaną przyszłość. Lokalne szkoły muszą mieć miejsca dla lokalnych uczniów, którzy uzyskali wysokie oceny. W ramach takiej polityki wyrządzamy dzieciom i ich rodzicom wielką krzywdę” – czytamy dalej w piśmie radnego miejskiego reprezentującego 30. dystrykt wyborczy, obejmujący m.in. Glendale, Maspeth, Middle Village, Ridgewood, Woodhaven i Woodside.

Robert Holden jednocześnie wezwał Davida Banksa do natychmiastowej zmiany systemu rekrutacji na honorujący wyniki w nauce oraz najlepszych uczniów. Powołał się przy okazji na konkretny przykład uczennicy, która została bardzo skrzywdzona przez innowację wprowadzoną przez kanclerza ds. oświaty. Mimo że miała bardzo wysoką średnią, nie dostała się do żadnej z 12 wybranych szkół.

“Pracowici uczniowie, tacy jak ona, są cennym zasobem dla tego miasta, a jej osiągnięcia powinny być nagradzane, a nie karane tylko dlatego, że Wydział Edukacji uznał, że jej rodzina nie kwalifikuje się do kategorii z niskimi dochodami” – napisał radny z Queensu.

Opisany przez niego przykład nie jest odosobniony, świadczy o tym protest rodziców i uczniów, który został zorganizowany 17 czerwca na Manhattanie przed siedzibą nowojorskiego Wydziału Edukacji. Wzięło w nim udział ponad 100 osób, a sytuacje, o których mówiły, były dokładnie takie same, jak ta opisana w przytoczonym liście Roberta Holdena. Obecny system przyrównywały do rosyjskiej ruletki, a nawet stwierdziły, że nie tylko dyskryminuje najzdolniejszych uczniów i tych wywodzących się z zamożniejszych rodzin, ale nawet określiły go jako rasistowski.

W proteście przed siedzibą nowojorskiego Wydziału Edukacji wzięło udział ponad 100 osób / Foto: TWITTER/SUEANNE SCHULLMAN

Wśród osób poszkodowanych przez nową formę rekrutacji do szkół średnich są także polskie dzieci.

“Moja córka z 12 wybranych programów nie otrzymała ani jednej oferty. W większości były to jedne z lepszych szkół publicznych na Queensie, które kończy ponad 90 uczniów oraz podobna liczba dostaje się na studia – zaznaczyła pani Marta (nazwisko znane redakcji) z Glendale. Należy podkreślić, że jej córka ma bardzo dobre wyniki w nauce oraz średnią wynoszącą 98 procent. Stąd też ich zainteresowanie skupione było na najlepszych placówkach oświatowych. Niestety, nowy sposób rekrutacji uczniów “wytypował” dla niej zupełne coś innego. Zaproponowano jej szkołę, która ani nie była w ich dystrykcie, ani też nie spełniała żadnych kryteriów, których oczekiwały.

“Mimo że mieszkamy na Queensie, córka dostała ofertę ze szkoły, która jest na Brooklynie. Co gorsza, okazało się, że placówka ta ma bardzo niski poziom nauczania, kończy ją 70 procent uczniów, z czego tylko 20 procent dostaje się na wyższą uczelnię” – wyjaśniła pani Marta. Dodała, że po otrzymaniu tej wiadomości oraz sprawdzeniu informacji na temat tej placówki jej córka całkowicie się załamała.

“Zaczęła płakać i pierwsze, co powiedziała, to: ‘Mamo ja nigdy do tej szkoły nie pójdę i nie będę się już uczyć’. Sprawdziła też w internecie wiadomości na temat szkoły i okazało się, że uczęszcza do niej tylko niecałe 3 proc. białych dzieci. Córka wpadła w rozpacz” – powiedziała nasza rozmówczyni.

Nie ma się co dziwić tej reakcji, tym bardziej że uczniowie doskonale wiedzą, jak wygląda sytuacja w takich placówkach, oraz że – mimo braku oficjalnych wiadomości na ten temat – często dochodzi w nich, wśród uczniów, do różnego rodzaju form znęcania się (bullying).

Tuż po ogłoszeniu wyników rekrutacji pani Marta otrzymała z nowojorskiego Wydziału Edukacji emailowe zaproszenie na wirtualne spotkanie na Zoomie w celu wyjaśnienia, dlaczego jej córka nie dostała się do żadnej z wytypowanych przez nią szkół oraz wybranych programów.

“Obiecali w tym liście, że wyjaśnią nam wszelkie wątpliwości oraz podadzą różne opcje dalszego postępowania” – relacjonowała pani Marta. Okazało się, że w rzeczywistości na tym spotkaniu nie można było z nikim porozmawiać, a przedstawiciele Wydziału Edukacji przekazali tylko to, co sami chcieli powiedzieć, unikając wyjaśnień i odpowiedzi na kontrowersyjne kwestie.

“Na ekranie było widać tylko slajdy z różnymi informacjami, które dodatkowo czytało dwóch niewidocznych mężczyzn. Z przekazanych przez nich wiadomości wynikało, że moje dziecko nie dostało się do wybranej szkoły, ponieważ wszystkie 12 programów, o które aplikowaliśmy, zostały zajęte przez uczniów, którzy mieli jeszcze wyższe wyniki” – podkreśliła nasza rozmówczyni. Dodała, że wynika z tego, że te dzieci musiały mieć średnią od 99 do 100 procent. Być może takich uczniów też jest sporo, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę 12 programów i przemnożymy je przez ok. 300-400 osób, które zaczynają naukę jako tzw. freshmans, czyli jako uczniowie pierwszych klas szkół licealnych, to na Queensie (bo w podaniu jej córki były tylko programy z tej dzielnicy) powinniśmy mieć samych “geniuszy”, a wszystkie placówki oświatowe opinię najlepszych w mieście.

“Poprzez te slajdy zapewniano nas również, że zaproponowane nam szkoły są bardzo podobne do tych, o które starały się nasze dzieci, co jest absolutną nieprawdą. Po prostu są ich całkowitym przeciwieństwem” – stwierdziła pani Marta. Zachęcano ich także do zapisywana się na tzw. listy oczekujących, z których ich dzieci – jeżeli w danej szkole nie będzie tylu chętnych co złożonych propozycji – mogą w późniejszym terminie (na początku września) zostać przyjęte.

“Podczas tego spotkania nie można było porozmawiać z nikim. Jedynie, co nam udostępniono, to możliwość napisania swoich pytań na tzw. czacie. Niestety, nie uzyskaliśmy odpowiedzi na żadne pytanie, dlaczego nasze dzieci – mające średnią 98 proc. – nie dostały się do wybranych przez nas szkół ani też placówek w naszym dystrykcie, tylko w innej dzielnicy. A było ich bardzo dużo. Przedstawiciele Wydziału Edukacji wybierali i odpowiadali tylko na pytania, które były dla nich wygodne” – zaznaczyła nasza rozmówczyni. Dodała, że dla niej jako rodzica, to zoomowe spotkanie nie wniosło nic nowego, a raczej udowodniło, że nowojorski Wydział Edukacji unika jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co się stało, wyjaśnienia, dlaczego tak zostało to zrobione i jakimi w rzeczywistości kryteriami się kierowano przy podziale programów i szkół.

Kanclerz ds. szkolnictwa David Banks został ostro skrytykowany przez rodziców, uczniów, a nawet lokalnych polityków za wprowadzony nowy system rekrutacji do szkół średnich / Foto: WWW.SCHOOLS.NYC.GOV

Odpowiedzi na wystosowany list do kanclerza Davida Banksa nie otrzymał – do chwili oddana gazety do druku – nawet radny Robert Holden. To świadczy nie tylko o braku odpowiedzialności za nieudolną reformę sposobu rekrutacji, ale także o lekceważeniu rodziców i osób – w tym polityków – mających odwagę krytykować system, który może skutkować poważnymi problemami i całkowicie zniechęcić uczniów do nauki, a nawet chodzenia do szkoły.

Potwierdza to fachowa opinia psychologa.

“Wynikiem tego może być, i najprawdopodobniej będzie, dla każdego dziecka jakiś rodzaj traumy” – podkreśliła dr Monika Herrera, właścicielka kliniki psychologicznej Nadzieja/ Hope. Dodała, że jej stopień uzależniony będzie od tzw. wewnętrznej umiejętności radzenia sobie z niepowodzeniami i różnego rodzaju nieprzyjemnymi sytuacjami.

“Rezultat tego na pewno wpłynie na psychikę każdego dziecka. Uczniowie ci mogą czuć się gorsi i niedowartościowani, co może także rozwinąć u nich brak motywacji do nauki i wkładania w nią większego wysiłku. Mogą nawet nie chcieć uczęszczać do szkoły, do której zostaną przyjęci przez system. Dla nich nie ważne jest to, w jaki sposób tę sytuację tłumaczą władze miejsce, stanowe czy szkolne, ponieważ w ich oczach oni się nie dostali tam, gdzie chcieli, przez co czują się gorsi czy nawet niedouczeni” – stwierdziła nasza rozmówczyni.

Dr Monika Herrera od jednej z dziewczynek, która mając bardzo dobre wyniki w nauce oraz wysoką średnią, nie dostała się do żadnej z wybranych przez nią szkół, usłyszała nawet stwierdzenie: “Do niczego się nie nadaję. Jestem przegrana”.

“Takie postrzeganie przez dziecko samego siebie może doprowadzić do rozwoju braku poczucia własnej wartości, a nawet wiary w siebie” – zaznaczyła pani psycholog. To z kolei zabija w uczniach motywację do działania, ponieważ zaczynają oni uważać, że nie są w stanie z niczym sobie poradzić.

“U dzieci mniej odpornych na sytuacje stresowe czy mających słabiej rozwiniętą możliwość radzenia sobie z niepowodzeniami może to doprowadzić do stanów lękowych, depresji, a nawet zespołu szoku pourazowego (PTSD)” – ostrzega dr Monika Herrera. Dodaje, że szczególnie dotyczy to polskich dzieci, dlatego że ich rodzice – co jak twierdzi pani psycholog jest potwierdzone badaniami – mają zazwyczaj wyższe oczekiwania niż inni, jeżeli chodzi o wyniki dzieci w nauce.

“Często od najmłodszych lat wpaja się dziecku, że ono musi być najlepsze, oraz że musi skończyć daną szkołę, żeby być kimś czy też coś osiągnąć. Dziecko się stara, uczęszcza na różnego rodzaju kursy i dodatkowe lekcje, a tu nagle okazuje się, że mimo bardzo dobrych rezultatów nie dostaje się do wybranej szkoły. Wtedy żaden list wyjaśniający od burmistrza czy nawet gubernatora nie znaczy dla niego nic, ponieważ jego wewnętrzny świat się zawalił. Górę bierze świadomość, że nie spełniło ono oczekiwań rodziców” – wyjaśniła pani psycholog. Dlatego też dr Monika Herrera zachęca rodziców, by na przyszłość przed ogłoszeniem jakichkolwiek wyników różnych egzaminów czy nawet testów, uświadamiali swoim dzieciom i przygotowywali je wewnętrznie na to, że nawet jeżeli są one bardzo dobrymi uczniami, mającymi świetnie wyniki w nauce, to nie zawsze na pewno uda im się osiągnąć dany cel, oraz że taka porażka nie oznacza, iż są one gorsze lub niedouczone.

“Dzieci muszą wiedzieć, że czasami są także zewnętrzne czynniki, które wpływają na daną sytuację. W tym przypadku mówi się np. o zbyt małej liczbie miejsc w stosunku do uczniów spełniających kryteria i chcących dostać się do danej szkoły” –podkreśliła właścicielka kliniki psychologicznej Nadzieja/ Hope.

Nowy system rekrutacji do szkół średnich skutecznie zniechęca dzieci do nauki / Foto: PEXELS

Reasumując można stwierdzić, że na zaistniałą sytuację oraz zbyt pochopnie wprowadzony nowy, i chyba nie do końca sprawdzony lub przynajmniej przemyślany, sposób rekrutacji do szkół średnich na pewno wpływ miała pandemia oraz panujący bałagan w nowojorskim systemie oświaty, a zwłaszcza poważne i gwałtowne zmiany wśród kadr pracujących w Wydziale Edukacji i jego dystryktach.

Jak widać, dywersyfikacja dzieci w szkołach pod względem etnicznym i majętności ich rodziców – zapoczątkowana już podczas urzędowania poprzedniego burmistrza Billa de Blasio – wyrządziła więcej szkody niż pożytku dla uczniów, zwłaszcza tych najlepszych. A czy uczniowie słabsi cokolwiek zyskają na tym, że po wakacjach będą się uczyć w szkołach o wyższej renomie i poziomie? Z dużym prawdopodobieństwem można podejrzewać, że one też za kilka miesięcy będą przeżywać traumę i rozterki, ponieważ nie będą mogli nadążyć za programem wykładanym na wyższym poziomie niż byli do tej pory przyzwyczajeni. No, chyba że szkoły go celowo zaniżą i zamiast wyrównywać poziom w odniesieniu do najlepszych lub przynajmniej średnich uczniów będą dążyć do kształtowania go według umiejętności tych najsłabszych. W długofalowej perspektywie straci na tym także miasto, i to nie tylko z powodu słabiej wykształconego społeczeństwa, ale również ze względu na mniejsze wpływy do budżetu miasta z podatków, które płacą nowojorczycy mieszkający w pobliżu dobrych szkół.

Wiele osób twierdzi – i tak też było podczas wspomnianego wcześniej protestu – że jeżeli system rekrutacji dzieci do szkół średnich nie powróci do obowiązującego dotychczas, to zamierzają sprzedać swoje domy czy też mieszkania i wyprowadzić się do innych miast lub stanów. Poza tym wiadomo już od dawna, że jednym z głównych czynników wpływających na migrację Amerykanów jest poziom szkół, do których mogą uczęszczać ich dzieci.