Z wielkiej mocy miłości

Tylko w Polsce za pomoc Żydom w czasie II wojny światowej groziła śmierć, a mimo to tysiące osób, w chwili wielkiej próby, otwierało drzwi swoich domów, dając schronienie nie tylko znajomym czy sąsiadom, ale często obcym osobom.

163
Pierwsze w Polsce Muzeum Polaków Ratujących Żydów pod okupacją niemiecką znajduje się w Markowej na Podkarpaciu, jego częścią jest Ściana Pamięci, na której umieszczane są nazwiska polskich bohaterów/EPA

Tak zrobili Józef i Jadwiga Pacułowie ze wsi Ostrów na Podkarpaciu. W pewnym momencie niemieckiej okupacji przyjęli pod swój dach kilkunastoletniego żydowskiego chłopca Bernarda. „Zrobili to z wielkiej mocy miłości” – mówią „Nowemu Dziennikowi” wnuczki państwa Pacułów.

Dziadkowie Urszuli Stanek i Władysławy Strzały, Jadwiga i Józef Pacułowie uratowali podczas niemieckiej okupacji kilkunastoletniego wtedy żydowskiego chłopca Bernarda/Anna Arciszewska

Urszula i Władysława przyjechały do Markowej z Wrocławia. W Dniu Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką odsłoniły tabliczkę z nazwiskiem ich babci i dziadka, umieszczoną na Ścianie Pamięci Muzeum Polaków Ratujących Żydów im. rodziny Ulmów. „Jest to bardzo wzruszający moment, uwieńczenie naszych starań, by ta tablica na cześć babci i dziadzia powstała. Do tej pory mamy listy, które wymienialiśmy z panem Bernardem. On, pisząc do naszej babci już zza oceanu, nazywał ją kochaną mamą i dziękował za ocalenie mu życia. Później, gdy babcia umarła, pisał do naszej mamy i do nas” – mówi Władysława Strzała.

W jednym z listów wysłanym przed świętami Bożego Narodzenia Bernard Schanzer wspomina na przykład spotkanie z mamą Urszuli i Władysławy w Krakowie w 1945 r. W innym, wysłanym w 1986 r., przeprasza, że jakiś czas się nie odzywał, ale jak tłumaczy, „tutaj, w Ameryce, wszyscy do siebie dzwonią”, a jemu jest ciężko pisać po polsku, bo dawno nie miał okazji posługiwać się tym językiem.

Uratowany Bernard wyemigrował po wojnie do USA, ale nie zapomniał o swoich wybawicielach, po ich śmierci korespondował m.in. z wnuczkami państwa Pacułów/Anna Arciszewska

Informuje też, że ma firmę budowlaną, w której niedawno zatrudnił Polaków i dzięki temu odświeża swój polski. Gdy Władysława Strzała wychodziła za mąż, nie tylko jej pogratulował, ale przesłał pieniądze w prezencie. Zresztą, od czasu do czasu, wysyłał im dolary, szczególnie wtedy, gdy dowiedział się, że mama Urszuli i Władysławy owdowiała. „Sam się ożenił. Doczekał się syna, z którym prowadził firmę budowlaną w Nowym Jorku, i córki, która została znanym lekarzem. Można o niej przeczytać w internecie” – opowiada Władysława Strzała.

NAZYWAŁA GO JANKIEM I TRAKTOWAŁA JAK SYNA
Kiedy dokładnie kilkunastoletni Bernard zwrócił się o pomoc do bliskich Władysławy i Urszuli? Tego nie wiadomo. Trwała wojna, a Niemcy urządzali regularne łapanki na Żydów. Podczas jednej z nich zamordowano rodziców Bernarda, on schował się w krzakach. Później, dławiąc się łzami, pobiegł do pierwszego domu, który zobaczył, i zastukał do drzwi. „Rodzice Bernarda zostali rozstrzelani na jego oczach, a jemu jakoś udało się uciec i schować. Jak długo się ukrywał w krzakach, tego nie wiemy, w końcu przyszedł pod dom dziadków. Przerażony i w szoku. Dom babci i dziadzia stał na skraju wsi Ostrów (obecne województwo podkarpackie – przyp. red.), obok był tylko budynek remizy strażackiej i kancelaria przy pastwisku, w której dzieci uczyły się podczas wojny. Za domem płynęła rzeczka, a za nią zaczynała się już kolejna wieś” – wspomina Władysława Strzała.

Mimo że dom Jadwigi i Józefa Pacułów był bardzo skromny, a oni sami mieli siedmioro własnych dzieci, znalazło się w nim miejsce dla żydowskiego chłopca. Państwo Pacułowie wiedzieli też, jak bardzo ryzykują, ale dla nich człowieczeństwo było ważniejsze niż życie. „Nasza babcia była bardzo skromną, cichą osobą. Zrobiła to z wielkiej mocy miłości, tak uważam. Bardzo kochała Bernarda. Nazywała go Jankiem i traktowała jak syna – mówi Urszula Stanek. – Czy razem z dziadkiem czuli się bohaterami? Nie sądzę. Zresztą nie za bardzo chcieli opowiadać o tamtej rzeczywistości, bo ona dla nikogo nie była łatwa. Bernard trochę czasu spędzał w domu, a gdy były łapanki, uciekał na przykład na cmentarz i chował się w pustych grobowcach. Nasz, nieżyjący już, kuzyn opowiadał, że nosił mu tam jedzenie. Innym razem zanurzał się w gnojowniku. Z czegoś tam robił sobie rurkę i tak chował się przed Niemcami.

Innym świadkiem jest kuzynka mamy, która gdy przychodziła w odwiedziny, to pamięta chłopca, który chował się za kredensem. Biedny, bał się każdego. Ona ocenia, że mógł mieć najwyżej 13 lat” – wspominają wnuczki państwa Pacułów. Trwają starania o to, by uznać ich dziadków za Sprawiedliwych. W niedzielę, 24 marca, siostry odsłoniły tabliczki z nazwiskami Józefa i Jadwigi Pacułów na Ścianie Pamięci muzeum w markowej. „Ja mam dziś urodziny. I jest to najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać od moich dziadków” – twierdzi Urszula Stanek.

ZE STRYCHU WYCIĄGNIĘTE RĘCE, PO CHLEB
W tym samym miejscu, w Markowej, jest już tabliczka z nazwiskiem innych polskich bohaterów – rodziców 89-letniego Eugeniusza Szylara, Antoniego i Doroty. „Tato był bardzo odważny, w każdym przypadku. U niego nie było rzeczy niemożliwych, wszystko musiało dać się zrobić. Pomagał ludziom, i to bardzo dużo. A mama to była tak dobra, że mało spotkać takich ludzi” – wspomina w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” wyraźnie wzruszony Eugeniusz Szylar. Sześcioosobowa grupa Żydów schroniła się u nich w stodole w którymś momencie 1941 roku. Pan Eugeniusz już dokładnie nie pamięta, ale wie, że tata chciał ich najpierw odesłać. Oni zostali. „Tatuś pewnego ranka poszedł do obejścia, po siano dla koni, patrzy, a tam grupa Żydów i wszyscy do taty z prośbą, żeby ich przetrzymał przez jakiś czas. Wtedy trwały różne łapanki, a im jakoś udało się uciec. Jedną z osób była koleżanka taty ze szkoły. Też mieszkała w Markowej, ale jej domu już nie było” – opowiada pan Eugeniusz.

Żydzi zimę spędzali w kryjówce zrobionej na strychu domu, długą i szeroką, gdzieś na 4 metry. Nie była zbyt wysoka, można było co najwyżej usiąść w niej na taborecie. Latem przenosili się nad stajnię, gdzie było więcej miejsca. Dorota Szylar gotowała nie tylko dla swojej siedmioosobowej rodziny, ale i dla gości. Pan Eugeniusz, który miał zakaz wchodzenia na górę domu, do dziś pamięta, jak ze strychu wyciągały się ręce, a to po bochenek chleba, a to po miskę ziemniaków. Jeden z krewnych Szylarów, który nic o Żydach nie wiedział, miał żartować, że dzieci się roztyją, bo Dorota aż tyle gotuje. Najtrudniejszy był moment, gdy rozstrzelano rodzinę Ulmów. Mieszkali przecież w tej samej wiosce i, tak samo jak Szylarowie, bardzo starannie ukrywali swoją tajemnicę. Nie udało się. „O zbrodni dokonanej nad ranem, 24 marca 1944 r., dowiedziałem się w szkole. Nauczycielka odwołała lekcje i odesłała nas do domów. Ja nie pamiętam, jak szedłem, byłem tak przerażony. Gdy w końcu dotarłem do domu, wszystkie drzwi były poodmykane, a w środku żywej duszy. Na strych miałem zakaz wychodzić, ale nikogo nie słyszałem. Czułem się strasznie” – wspomina pan Eugeniusz.

Dopiero później okazało się, że Żydzi uciekli z domu, bo bali się, że także i tu przyjdą Niemcy. Dorota Szylar zabrała dzieci i poszła do rodziców, a ojciec Eugeniusza po prostu wyszedł, bo nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Wieczorem wszyscy wrócili, także ukrywający się u nich Żydzi. „Tatuś powiedział, że jakoś przetrwamy, i że innej rady nie ma. No i faktycznie przetrwaliśmy. Do dziś pamiętam koniec wojny i pierwszy wspólny obiad. Żydzi nie musieli się dłużej ukrywać. Schodząc ze strychu, a to się śmiali, a to płakali. My zresztą też. Mama ugotowała jakieś tam kluski i zasiedliśmy do wspólnego posiłku. Najpyszniejszego, jaki jadłem w życiu, bo jadłem go w spokoju” – podkrteśla pan Eugeniusz. Wojenne doświadczenia na zawsze zmieniły jego mamę. Pani Dorota ciężko zachorowała, ze stresu. Bała się cały czas, przede wszystkim o dzieci, a po zabójstwie Ulmów ten strach niewyobrażalnie się spotęgował. Mimo to nie zdecydowali się z mężem odesłać Żydów. Nie pozwoliło im na to ich człowieczeństwo.

PLANOWANA EGZEKUCJA
Takie historie można mnożyć, i to w różnych częściach Polski. Na pewno należy o nich pamiętać. „Musimy mówić o Polakach, którzy zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, i o takich, którzy jeszcze tego tytułu nie mają. Musimy pamiętać o tych ludziach dlatego, że oni ryzykowali bardzo wiele –. mówi wiceprezes Instytutu Pamięci Narodowej Mateusz Szpytma. – Wiedzieli przecież, że za każdą pomoc udzieloną Żydowi grozi kara śmierci. Były rozlepiane plakaty o tym informujące, a co jakiś czas przeprowadzane były egzekucje, takie jak ta w Markowej na ośmioosobowej rodzinie Ulmów. Często ginęli nie tylko ci, którzy bezpośrednio pomagali, ale też ich bliscy. Tak jak w przypadku Ulmów.

No bo trudno przecież powiedzieć, żeby ich najmłodsza córka, półtoraroczna Marysia, w jakikolwiek sposób pomagała Żydom w ukrywaniu się. Mimo to została zamordowana przez niemieckich żandarmów” – dodaje Szpytma. Wiktoria Ulma była siostrą jego babci Marioli. „Pochodzę z tej miejscowości, mieszkałem w Markowej przez pierwsze 19 lat życia. Wiktoria Ulma była też matką chrzestną mojego taty. Tak się złożyło, że studiowałem na Uniwersytecie Jagiellońskim i zostałem historykiem. Wtedy jeszcze bardziej zacząłem badać tragiczną historię rodziny Ulmów.

Już wiadomo, że ktoś na nich doniósł, a ich egzekucja była zaplanowana. Dokonali jej żandarmi niemieccy z Łańcuta. Wiktoria była w 9. miesiącu ciąży. Kilka dni później, gdy wykopano jej zwłoki, by włożyć je do prowizorycznej trumny, okazało się, że było widać główkę i piersi dziecka” – mówi Szpytma. To głównie dzięki jego staraniom w Markowej powstało pierwsze w Polsce Muzeum Polaków Ratujących Żydów pod okupacją niemiecką. Natomiast od 2003 r. toczy się proces beatyfikacyjny rodziny Ulmów.