Za szklaną ścianą

Spowiedź trzeźwego alkoholika

0
319

W poniedziałek, 15 kwietnia, obchodzony jest Światowy Dzień Trzeźwości, który został ustanowiony, by walczyć z alkoholizmem.

„Moją „spowiedź” kieruję zarówno do ludzi uzależnionych, którzy są teraz na etapie życia, na jakim ja byłem jeszcze 14 lat temu, aby uwierzyli, że za „szklaną ścianą” istnieje normalne, i piękne życie. Dlatego warto próbować znaleźć i otworzyć „drzwi”. Jak i dla ich bliskich którzy nie mają z tym problemu, aby zrozumieli „dlaczego” i pomogli im znaleźć te „drzwi” – pisze na łamach „Nowego Dziennika” Tomasz Konieczny z NJ. Cały list w najnowszym papierowym wydaniu gazety.

Wiele razy próbowałem przestać pić wiedząc, że powoli zabijam siebie i robię krzywdę moim bliskim, którzy przecież próbowali mi pomóc. Zawsze jednak głód alkoholowy wygrywał, bo nie dało się z nim normalnie żyć. Wszystko wtedy było w czarnych kolorach. Bez sensu było wstanie z łóżka, zadbanie o higienę osobistą, jak również jedzenie, nie wspominając już o pracy. Całe moje życie było bez sensu. Czułem się bardzo źle fizycznie i jeszcze gorzej psychicznie. Wstydziłem się tego, co robię, przed innymi i przed samym sobą, co jeszcze bardziej potęgowało depresję. Jedynie śmierć wydawała się być oswobodzeniem.
Na szczęście nigdy nie zrealizowałem związanego z nią planu…
Wystarczał jeden kieliszek wódki albo pół szklanki piwa, żeby zmienić ten stan rzeczy i zobaczyć świat w normalnych kolorach. Oczywiście z czasem jeden kieliszek już nie wystarczał i trzeba było wypić więcej, częściej, więcej, częściej, częściej, częściej… W taki sposób przeżyłem ponad połowę mojego życia.

Często, nawet w pijackim amoku, modliłem się i prosiłem Boga, żeby mi pomógł i dał siłę, aby zerwać z nałogiem (ja sam wtedy nie wiedziałem, czy i w jaki sposób ktoś mógłby mi pomóc). Pan w swojej miłości i dobroci wysłuchał mnie. Zesłał na mnie chorobę, która mnie nie zabiła, ale zmusiła do przerwania tego piekielnego obłędu. W 2005 roku, gdy miałem 34 lata, ciężko zachorowałem na tętniaka w mózgu, co paradoksalnie ocaliło mi życie. Przez ponad dwa lata byłem całkowicie niesprawny fizycznie.

Na początku przykuty do łóżka, w ogóle z niego nie schodziłem. Dzięki temu przetrwałem w trzeźwości najgorszy czas głodu alkoholowego i, szczęśliwie dla mnie, nawet tego nie pamiętam! Kiedy po około dwóch latach zacząłem świadomie myśleć, to zrozumiałem, że jestem już na dnie, bo dalej była tylko śmierć. Wtedy podjąłem decyzję, że chcę jeszcze żyć! 
Od tego momentu było już o wiele łatwiej pozostać w trzeźwości. Odwróciłem całe moje życie o 180 stopni.

Oczywiście przestałem pić i palić, co w obliczu nowych problemów nie było już żadnym problemem. Zacząłem się dobrze i zdrowo odżywiać.
Nie chciałem do końca życia pozostać na wózku inwalidzkim, do którego przykuła mnie choroba, więc zacząłem trenować chodzenie. Początki były bardzo trudne, bo nie chcąc używać laski musiałem chodzić wzdłuż płotów i przytrzymywać się co chwila. Konsekwentnie i sumiennie realizowałem mój plan powrotu do zdrowia i robię to do dziś. Dzięki intensywnym i systematycznym treningom nauczyłem się znowu chodzić bez laski. 

Obecnie jeszcze nie jest dobrze, ale już nie jest źle! Chodzę coraz szybciej i coraz dalej, a czasem nawet tańczę! 
Wiem, że jestem alkoholikiem. I już do końca życia nim pozostanę, ale można z tym normalnie żyć, pod warunkiem, że się nie pije. 
Po kilku latach, od kiedy zdiagnozowano tętniaka w moim mózgu, ja nadal od czasu do czasu miewałem przykry efekt “głodu alkoholowego”, a przynajmniej wtedy tak myślałem. Kiedyś powiedziałem o tym dr Elżbiecie Wirkowskiej, która w tym czasie zajmowała się leczeniem uszkodzeń w moim mózgu powstałych wskutek tętniaka. Pani doktor wysłuchała mnie uważnie i przepisała lekarstwo na depresję, które uwolniło mnie od przykrych dolegliwości. O “głodzie alkoholowym” w ogóle zapomniałem, a co za tym idzie – i o potrzebie picia też! 

Stałem się optymistą i dzięki temu wszystko zaczęło mi się lepiej układać. Teraz mogę powiedzieć, że jestem od 14 lat trzeźwym alkoholikiem i dzięki Bożej opiece, wspaniałym lekarzom, pomocy mojej rodziny, i własnemu zaparciu wyrwałem się z tego piekła, skąd wielu już nie wraca!
Niedawno byłem u innej lekarki, która w mojej karcie chorobowej zobaczyła lekarstwo na depresję i zapytała: dlaczego? Opowiedziałem jej więc moją historię alkoholika i o diagnozie dr Wirkowskiej. Pokiwała ze zrozumieniem głową i powiedziała, że “wielu ludzi cierpiących na depresję, nie zdając sobie sprawy z fatalnych skutków takiego postępowania, leczy się alkoholem”.

I tak właśnie było w moim przypadku, bo ja nie piłem po to, żeby się upić, tylko żeby się normalnie czuć! Dlatego tak wielu ludzi, nawet z mojego otoczenia nie wiedziało, że piłem nałogowo…